Skocz do zawartości
 
GRACZY ONLINE

zwariowane rodzeństwo Bubba


dzonny

Rekomendowane odpowiedzi

image.png.8c0ad5a5b08408c09afcea6bfb99c714.png

Spoiler

I — GNIAZDO Z CIERNI

Tulsa, Oklahoma. Dziewięć przecznic od centrum. Osiedle, na którym listonosz nie zatrzymywał się dłużej niż trzeba, a straż pożarna przyjeżdżała tylko wtedy, gdy naprawdę nie było już czego gasić. Dom Bubba był parterowy, z odpadającym tynkiem i ścianami pokrytymi brudem, który, tak jak obrus na stole, stał się codziennym elementem wystroju.

Ojciec budził się każdego dnia o szóstej, tylko po to, by pić od szóstej trzydzieści. Robił bimber z cukru, drożdży i czegokolwiek, co wpadło mu w ręce i co zdołał znaleźć w zapuszczonej kuchni. Kiedy coś nie wychodziło, wyżywał się na tym, co miał pod ręką: zwierzętach, meblach, żonie albo dzieciach. Gdy był trzeźwy, agresję w stosunku do swoich pociech nazywał twardym, “jedynym słusznym” wychowaniem. Gdy był pijany — tracił kontrolę. Bił, by zrobić krzywdę. Matka była w swoim własnym domu jedynie duchem. Całymi dniami przesiadywała w wygniecionym, zatęchłym fotelu i godzinami gapiła się przez okno.. Brała garści tabletek, które miały ukoić jej wewnętrzny ból. Najczęściej dostawała je od sąsiadki — pielęgniarki na emeryturze, która chcąc związać koniec z końcem zaopatrywała okolicę w zamienniki leków, na które nikogo nie byłoby normalnie stać. Nie interesowało jej to, co działo się w domu. Nigdy nie reagowała. Nigdy nie zapytała swoich dzieci o to jak się czują, czego potrzebują. Nie wspierała ich. Wegetowała utwierdzona w przekonaniu, że jest jedyną, skrzywdzoną kobietą w mieście. Weszła do więzienia, które sama stworzyła w swojej głowie. Więzienia, z którego już nigdy nie udało jej się wydostać. Dzieciaki nigdy nie czuły, aby ktokolwiek sprawował nad nimi pieczę. Od najmłodszych lat nie miały na kogo liczyć. Były traktowane jako błędy. Coś, co się wydarzyło i z czym ojciec z matką musieli koegzystować.

Bonnie, jako najstarsza z trójki rodzeństwa, musiała dorosnąć szybciej niż ktokolwiek. Potrafiła wykonywać obowiązki gotowe, zanim nauczyła się pisać i czytać. Gotowała makaron, który potem polewała obficie ketchupem, aby zabić smak zwietrzałego jedzenia. Nie było to wiele, ale starała się tak, jak tylko mogła. Szkołę odwiedziła tylko kilka razy. Nikt jej nigdy nie powiedział jak ważne jest w dzisiejszych czasach wykształcenie. Traktowała edukację jako przeszkodę i stratę czasu, który mogła poświęcić na znalezienie kilku dodatkowych dolarów. Bobby przez kilka pierwszych lat swojego życia nie mówił praktycznie wcale. Rzadko płakał, prawie nie reagował na to, co działo się dookoła. Drżał, gdy słyszał głośne dźwięki. W nocy spał z głową na brzuchu siostry. Tylko wtedy był spokojny. Z biegiem lat Bobby nauczył się żyć. Stworzył w głowie swój własny świat, w którym znajdował ucieczkę i ukojenie. Od zawsze był inny. Wyjątkowy. W szkole uważano, że jest zwyczajnie leniwy i niespotykanie głupi. Ojciec od zawsze uważał, że “po prostu jest coś z nim nie tak”. Wyżywał się na nim, bo nie był taki, jakiego chciałby go ojciec. Zbierał martwe zwierzęta z ulicy i zabierał je do piwnicy. Bonnie raz znalazła go z otwartym szopem na stole i notesem w ręku. Rysował to, co widział. Na pytanie „dlaczego?”, odpowiedział spokojnie: „Chcę wiedzieć, kiedy ja też przestanę działać. Nie mogę się doczekać”. Nie potrafił odróżnić czerwieni od zieleni. Mylił cyfry. Litery mu uciekały. Ale miał doskonałą pamięć. Pamiętał wszystko, co mu ktoś powiedział. Wyrwany ze snu potrafił wyrecytować program telewizyjny, który oglądał kilka dni wcześniej. I nie zapominał krzywd.

Bonnie, jako nastolatka nie mająca dostępu do zbyt wielu rozrywek zainteresowała się rysunkiem. Ołówek i kartka papieru kosztowały zdecydowanie mniej, niż nowa sukienka albo modne trampki, które nosiło pół szkoły. Z biegiem czasu zaczęła rysować po skórze brata. Głównie dla zabawy — zaczęło się od wąsów i udawania przez Bobbiego kota. Później rysowała coraz więcej. Najpierw flamastrem, a lata później igłą. Uczyła się na nim, bo nie miał nic przeciwko. Później tatuowała innych. Ćpunów, bezdomnych, ludzi, którzy nie pytali o sterylność. W wieku kilkunastu lat Bonnie zaliczyła już kilka prac dorywczych. Pozwalało jej to zarobić wystarczająco, aby kupić zapas makaronu i keczupu. Z czasem zaczęła się prostytuować. Nie przeżywała tego ani nie traktowała jako zbeszczeszczenia swojego ciała. Życie nauczyło ją traktować je przedmiotowo — jak kawałek mięsa. Kawałek mięsa, który pozwalał zarobić na cudzych żądzach. Zaczęło się od jednego gościa z baru, który dał jej pięćdziesiąt dolarów i paczkę tanich papierosów. Potem pojawiali się kolejni. Nie szukała tego, ale potrzebowała pieniędzy, a Bobby musiał jeść. Ojciec zmarł, gdy miała około osiemnastu, dziewiętnastu lat. Leżał na ziemi, cały w wymiocinach. Znalazła go w kuchni. Tej samej kuchni, w której wlewał w siebie hektolitry samogonu. Płynu, który uwalniał w nim najgorsze instynkty. Matka przestała oddychać niedługo później. Pewnego razu zamknęła oczy, a na następny dzień już jej nie było. Zniknęła. Bez zapowiedzi i bez pożegnania. Nie było jej w domu od lat, ale tym razem wyniosła się z życia Bonnie, Bartiego i Bobbiego na dobre. Rodzeństwo nie płakało. Nie rozmawiało o tym, co się stało. Po prostu spakowali plecaki i wsiedli do autobusu. Kierunek nie był istotny. Istotne było to, aby wydostać się z Tulsy. Z miasta, w którym powinni przeżyć najmilsze lata swojego życia. Zamiast tego, czuli, jakby zerwali się z łańcucha samemu diabłu, a moment włączenia silnika autobusu traktowali niczym osobistą, emocjonalną nirvanę.


II — NIKT NIE RODZI SIĘ PRZESTĘPCĄ
Rodzeństwo przyjechało do Los Santos w 2025 roku, traktując miasto jako kolejny punkt na swojej wciąż odkrywanej mapie Stanów Zjednoczonych. Wcześniej tułali się przez kilka stanów — wszędzie byli obcy, zawsze na chwilę. Z żadnym z dotychczasowych miejsc nie wiązali przyszłości. W Los Santos zatrzymali się na Vespucci — dzielnicy, która na pierwszy rzut oka wydawała się zaniedbana, lecz wciąż żywa. Wynajęli wspólny pokój w pobliskim motelu, tuż przy przystanku autobusowym. Ściany były cienkie jak papier, materace śmierdziały wilgocią, ale zamykane drzwi i brak szczurów uznali za luksus, którego dawno nie było dane im zaznać.

Bonnie i Bobby byli ze sobą zżyci, choć relacja ta cechowała się wyraźną hierarchią. Bonnie — starsza o sześć lat, stanowcza, zacięta — prowadziła ich przez życie, podejmując większość decyzji. Bobby, zdiagnozowany w dzieciństwie w kierunku zaburzeń ze spektrum autyzmu, funkcjonował stosunkowo samodzielnie, ale miał trudności z przystosowaniem się do nowych warunków, zwłaszcza wśród obcych ludzi. Ciągłe zmiany go przerażały i nie pozwalały na przystosowanie się do otaczających go warunków. Walczył z całych sił. Za wszelką cenę nie chciał zawieść swojej siostry. Kilka dni po przyjeździe wydarzyło się coś, co zmieniło ich postrzeganie Los Santos na zawsze. Bonnie została zaatakowana na plaży przez grupę miejscowych, czarnoskórych nastolatków. Widząc ją zapytali ją o cenę za jej “usługi”. W domyśle głupi żart bandy gówniarzy uruchomił w kobiecie wspomnienia, które kojarzyła z najgorszym czasem swojego życia. Bez większej refleksji rzuciła się na nich, by chwilę później paść w kałuży krwi na ziemię. Pobita leżała nieprzytomna przez kilka minut zanim ktokolwiek zareagował. Policja przyjechała z opóźnieniem. Widząc Bonnie — to jak wygląda — pobieżnie wykonali czynności. Zignorowali sprawę, ot kolejna ćpunka dostała w łeb. Bonnie zrozumiała wówczas, że musi oglądać się za siebie. Czujność w Los Santos to podstawowa cecha, niezbędna, aby dożyć kolejnego dnia. Bobby był świadkiem pobicia. Wystraszony sytuacją schował się w krzakach nieopodal. Pomimo to, zapamiętał każdy szczegół. Czuł wstyd, że nie pomógł siostrze. Strach go sparaliżował, a miasto znowu wygrało w nierównej bitwie z autystycznym zaburzeniem trzydziestolatka. Od tamtej chwili nie spuszczał siostry z oczu. Zmienił się — był cichszy, ale jednocześnie bardziej czujny. Obserwował ludzi na ulicy z podejrzliwością, a jego reakcje stawały się coraz bardziej przemyślane. Nie rozumiał ludzi, nie rozumiał emocji. Uczył się na pamięć wzorców zachowań, które później dopasowywał do odpowiedniej kategorii. Nauczył się reagować na to, co działo się dookoła. Był w tym wyjątkowo skrupulatny. Poczuł, że po raz pierwszy może zmierzyć się z Los Santos na równych warunkach. Barty zniknął niedługo po przyjeździe do miasta. Od zawsze miał problem z narkotykami, a historia znów zatoczyła koło. Zniknął z dnia na dzień, zatracając się w narkotycznym cugu. Nie powiadomił rodzeństwa. Nie zależało mu na tym. Z dnia na dzień zniknął, przytłoczony przeszłością, teraźniejszością i przyszłością.

Pobicie Bonnie sprawiło, że rodzeństwo zmuszone było zatrzymać się w Los Santos na dłużej. Właściciel motelu domagał się zapłaty, a w portfelach Bubbów szalał przeciąg. Ich próby znalezienia pracy okazały się długim i bolesnym procesem. Przechodzili od lokalu do lokalu, od warsztatu po bar, od stacji benzynowej po magazyn. Wszędzie spotykali się z tym samym spojrzeniem — oceniającym, niechętnym, skrajnie pogardliwym. Tatuaż na czole Bonnie (wytatuowała sobie napis Aryan Pride, co później określała, jako głupotę i błąd przeszłości) nie dodawał jej dziewczęcego uroku, tak potrzebnego, aby wywrzeć dobre, pierwsze wrażenie. Bonnie mówiła szczerze — że nie ma doświadczenia, że jest gotowa się nauczyć, że zrobi wszystko, aby się wykazać. Ale to nikogo nie interesowało. Bobby był jeszcze mniej przekonujący. Pracodawcy widzieli w nim dziwaka. Bali się podać mu rękę. Traktowali go jak odludka, za którego od zawsze go uważano. Ale Bobby nie odpuszczał. Nie chciał znowu zawieść siostry. Robił wszystko, aby dowieść swojej wartości. Chciał tylko, aby siostra znów się uśmiechała. Po wielu dniach, po porażce za porażką trafili w końcu do jednej z większych firm taksówkarskich zmagających się z falą zwolnień. Nie patrzono zbyt dokładnie na papiery. Bonnie została przyjęta od razu — miała prawo jazdy, była dyspozycyjna i, co ważne, nie zadawała zbyt wielu pytań. Bobby dostał szansę dzięki kierownikowi zmiany, mężczyźnie imieniem Jason, który najwyraźniej poczuł do niego pewnego rodzaju współczucie. Jason był jednym z nielicznych, którzy nie traktowali Bobby’ego z góry. Opierając swoją wiedzę na dotychczas popełnionych błędach, Bobby robił wszystko, aby utrzymać się w pracy. Mnóstwo nerwów, stresu i wyrzeczeń. Zapomniał o swoim dawnym “ja”, by móc skupić sto procent swojej uwagi na przewożeniu innych. Po kilku tygodniach wszystko zaczęło się znowu komplikować. Początkowy zapał szybko przerodził się we frustrację. Zderzyli się z rzeczywistością, którą nie do końca rozumieli. Praca była dla nich wymagająca, trudna, nużąca. Robota, którą wykonują prości ludzie po prostu ich przerosła. Praca z ludźmi nie była czymś, do czego Bonnie i Bobby byli stworzeni. Strój służbowy był dla nich więzieniem, a nacisk na dwudziestoczterogodzinną dyspozycyjność skutkował ich rozdrażnieniem i zmęczeniem. Zaczęli łapać coraz więcej ostrzeżeń od przełożonych. Poczuli zagrożenie, z którym nie byli gotowi się zmierzyć.

Pewnego czerwcowego wieczoru, w trakcie zmiany, zatrzymali się przy jednym z postojów, na którym poznali faceta z konkurencyjnej firmy. Nie wyglądał jak standardowy kierowca taksówki — miał zdecydowanie więcej wspólnego, których ogląda się na rozprawach sądowych na Kanale 6. Szybko złapał z Bonnie wspólny język. Krótka rozmowa szybko przerodziła się w znajomość, znajomość w interes, a interes w bliżej nieokreślony układ. Facet od taksówek i jego wspólnik nie byli ostrożni. Nie interesowało ich to. Wiedzieli na ile mogą sobie pozwolić. Wiedzieli, że Bonnie jest zdesperowana i nie puści pary z gęby. Wciągnęli ją w handel brudnymi narkotykami. Robota przynosiła szybkie, duże pieniądze, a przede wszystkim — poczucie niezależności. Ryzyko zdawało się być tłumione przez wolność, którą dawała im brudna gotówka pozyskiwana z rąk okolicznych ćpunów. Bonnie zwęszyła okazję, a Bobby… Bobby po prostu szedł za nią. Jak zawsze. Los Santos nie dawało szansy na stabilność w oparciu o robotę od 8 do 16. Bonnie i Bobby pojęli to dość szybko. Zrozumieli, że przetrwać mogli tylko ci, którzy byli gotowi grać według własnych zasad.

 

Nieważne, jak wysokie było ryzyko. Dla nich liczyła się stawka.

 

Edytowane przez dzonny

every saint has a past, and every sinner has a future

Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Dołącz do dyskusji

Możesz dodać zawartość już teraz a zarejestrować się później. Jeśli posiadasz już konto, zaloguj się aby dodać zawartość za jego pomocą.

Gość
Dodaj odpowiedź do tematu...

×   Wklejono zawartość z formatowaniem.   Usuń formatowanie

  Dozwolonych jest tylko 75 emoji.

×   Odnośnik został automatycznie osadzony.   Przywróć wyświetlanie jako odnośnik

×   Przywrócono poprzednią zawartość.   Wyczyść edytor

×   Nie możesz bezpośrednio wkleić grafiki. Dodaj lub załącz grafiki z adresu URL.

×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę. Warunki użytkowania Polityka prywatności Regulamin