Skocz do zawartości
 
GRACZY ONLINE

Isaiah & Wyatt Johansson - The Remnant of the Chosen Few


Analny Terminator

Rekomendowane odpowiedzi

──────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────

Rok 2025 05.08 - Po dziesięciu latach istnienia do każdego zapisanego w księgach w pełni obszytego członka trafia informacja o zamknięciu oddziału w San Anne przez Mother Chapter klubu Chosen Few MC. Większość opuściła swoją działalność już przed tym faktem z wcześniej istniejących problemów. Sam rozdział trzymał się praktycznie na kilku osobach, które wierzyły, że pomimo ciężkiego okresu uda się stanąć na nogi, jednak po czasie każdy zrozumiał, że to uniemożliwiało dalszą funkcjonalność z side rockerem "Davis". Pozostał jedynie wybór, albo odjeść, przenieść się w inne strony, albo pozostać próbując przeżyć bez większego wsparcia.

image.jpeg.bf0293aff432855fad2b44ef95dfaef7.jpeg

Isaiah "Paries" Johansson - Młody, aczkolwiek dojrzały czarnuch, który wyrastał w środku brudnego South Central. Jego dzieciństwo przepływało spokojnie, do czasu gdy jego matka z braku większych ambicji porzuciła legalną pracę i zaczęła mielić każdy dostępny narkotyk na krawężniku, zarabiając na nie swoją kobiecością. Nienawidził jej za brak szacunku do siebie, co szybko sprawiło iż wyrosła w nim potrzeba samodzielności. Zostając praktycznie sam ze swoim młodszym bratem, był zmuszony dorosnąć szybciej. Przez narastającą presje ze strony swoich rówieśników, zaczął spędzać więcej czasu z ugrupowaniem osaczającą jego ulicę, gdzie widocznie się z nim nie afiliował, czuł potrzebę przynależności, ale nie "cwaniakował" potocznie mówiąc, z czego wzięło się jego uliczne imię, czyli Paries - Ściana. Przez swoją pracę jako barber poznał swojego przyszłego sponsora w miejscowym klubie motocyklowym Chosen Few, dzięki czemu złapał dobry kontakt jak i możliwość wyjścia z ciągłej presji rówieśników. Gdy tylko mógł, zaczął pokazywać się jak najwięcej w środowisku bikerów z Davis. Pod koniec dwudziestego drugiego roku, wbił się w szereg jako prospect wykładając mniejszą robotę, gdyż wolał unikać problemów. Nie ukrywał, że chce dorobić na jak najmniejszym ryzyku, chce po prostu żyć nie narażając się na głupie problemy z prawem. Po półtorej roku udzielania się w kamizelce kadeciaka, przyodział pełne uszycie jupy, w dalszym ciągu pozostając bardziej wycofaną osobą w świecie przestępczym. Przez problemy rodzinne został przymuszony do opuszczenia rozdziału rok po swoim obszyciu, jednak po dwóch latach powrócił do przyjaciół jak i na swoje stare śmieci.

Po swoim powrocie Paries nie zaznaczał zbyt bardzo swojej obecności, jak to każdy człowiek potrzebował jedynie pieniędzy do życia prywatnego jak i klubowego. Jego decyzją była pomoc w warsztacie samochodowym Ronnies Luxury pod ramieniem jego dobrego przyjaciela Don "Pops" Stapp'a, gdzie po paru rozmowach z samym sierżantem oddziału przeszedł na rozrzucanie klubowego przysmaku nazywanym NutBomb. Owy narkotyk był powodem przełomu chapteru, przez co większość jego członków po nalotach organizacji federalnych zostało przymuszonych do wycofania się z motocyklowego życia i to właśnie wcześniejsze wycofanie pozwoliło Isaiah'owi pozostać w tym co nadaje mu sens życia. Przełom oznaczał więcej - kryzys ugrupowania. Wiele zwolnionych stanowisk i potrzeba odbudowania, zrobienia roszad. Pojawił się nowy Vice President, dawny sekretarz przeszedł na najwyższe stanowisko, a sam prezes klubu powrócił na stanowisko sierżanta, który wybrał wtedy jedynego Johanssona pod swoje skrzydło wręczając mu Enforcer Patch. Oczywiście to nie tylko obowiązki klubowe, ale też te w życiu przestępczym. Osoby, które opuściły klub zostawiły po sobie kilkanaście czy kilkadziesiąt kilogramów jednego z lepiej sprzedających się narkotyków na wybrzeżu jak i masę egzemplarzy broni pół automatycznej. To stało się jego obowiązkiem i nowym sposobem zarobku - Pchanie paczek jak i gunrunning co nie sprawiało mu dużego problemu z rozbudowanymi kontaktami. Przeliczając cały utarg przed reup'em, szacunkowo pchał w South Central osiem kilogramów kokainy tygodniowo, kręcąc biznes do dzisiejszego dnia. Wraz z upadkiem rozdziału, pozostawił sobie kilka dni na przemyślenia - odejść z życia przestępczego, czy wejście ponownie w Nomad Patch i pozostać w mieście utrzymując wszelkie kontakty, które zgromadził przez całą swoją przestępczą karierę.

image.png.f8cee177172d03f90c9d561770cc95d7.png

Wyatt Johansson - dorastał w zapomnianym miasteczku w Oregonie, gdzie bieda była codziennością, a marzenia rzadko wykraczały poza granice hrabstwa. Wychowywany przez matkę po odejściu ojca, od najmłodszych lat musiał radzić sobie sam. W szkole był odludkiem – potężna postura i nieśmiałość trzymały go na uboczu. Jedynym miejscem, gdzie czuł się pewnie, była siłownia, która z czasem stała się jego obsesją. Sterydy dały mu siłę i pewność siebie, ale też ugruntowały jego skłonność do impulsywnych decyzji. Zanim trafił do Los Santos, jego przestępcza kariera ograniczała się do kradzieży, włamań i rozbojów. Najpoważniejszym incydentem był nieudany napad na stację benzynową, podczas którego próbował zaimponować kumplom – monitoring i brak planu doprowadziły do szybkiego aresztowania. Krótka odsiadka była dla niego sygnałem, że Oregon nie ma mu już nic do zaoferowania. Szansę na nowy start dał mu kuzyn, Isaiah „Paries” Johansson, członek Chosen Few MC Davis Chapter. To właśnie on sprowadził Wyatta do Los Santos i wprowadził w środowisko bikerów. Początkowo Wyatt trzymał się na uboczu, z dystansem traktując klubowe życie. Wszystko zmieniło się, gdy zrozumiał, że Chosen Few MC to coś więcej niż grupa motocyklistów – zaoferowali mu legalną pracę w warsztacie powiązanym z klubem, pomogli w osobistych problemach i pokazali, że potrafią stanąć za swoim człowiekiem w każdej sytuacji. Właśnie wtedy jego działalność przestępcza nabrała nowego wymiaru. W barwach Chosen Few zaczął uczestniczyć w obrocie narkotykami, skupiając się na dostawach dla bogatszych klientów w Los Santos. Z czasem zajął się także przejmowaniem mieszkań „na słupa” i planowaniem kradzieży, które przynosiły klubowi spory dochód. Dzięki kombinacji siły, odwagi i pomysłowości, szybko zdobył uznanie starszych członków, a jego nazwisko zaczęło się pojawiać w rozmowach o ludziach „od brudnej roboty”. W 2025 roku, gdy oddział Davis pogrążył się w rozłamie, wielu członków odeszło. Wyatt, lojalny wobec klubu i kuzyna, przyjął status Nomada. Dziś, razem z Isaiahem, wraca na przestępczą scenę Los Santos – niezwiązany na stałe z jednym oddziałem, ale trzymający w rękach sieci kontaktów i operacji, które mogą przywrócić im wpływy. W jego oczach klub jest czymś więcej niż organizacją – to rodzina, której się nie opuszcza i dla której warto zrobić wszystko.

────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────────

image.jpeg.5b9356fc2eb9215a865885f647ae6804.jpeg

Wraz z zamknięciem organizacji Chosen Few MC, która budziła zainsteresowanie jak i kontrowersje u wielu osób, nastały również pytania we własnych głowach - co dalej? Otworzyć się na coś nowego? Dać postacią umrzeć z ich wątkami? Czy może pociągnąć to co się da i przy okazji zbudować kolejne gałęzie historii wirtualnych ludzików? Wraz z @Nas Nie Dogoniat zdecydowaliśmy o próbie kontynuowania naszej gry na postaciach z wyżej wymienionej organizacji. Chcemy kontynuować to co robiliśmy do tego momentu, czyli pchać paczki jako jeden z głównych łączników dla Davis, jak i przejść na inne metody zarobku jak gunrunning, lichwiarstwo, połączenie sutenerstwa z studiem porno, czy na dłuższą metę - tworzenie industry plantów w branży rozrywkowej (chodzi głównie o wielką pomoc finansową czy zaoferowanie "kontaktów"). Jak wspomniałem, nasze postacie mają dużo wątków, które szkoda było by zamykać, tak samo klimat murzyn mc jest tym co obecnie wydaje nam się najciekawsze i nie czujemy jeszcze wypalenia w tym temacie. Razem mamy bardzo dobry kontakt co tylko przekłada się na dobre i ciekawe pomysły. Charaktery, którymi sterujemy są dość uniwersalne, odnajdują się w wielu płaszczyznach, aczkolwiek nie są na tyle zdesperowane, by chwytać się najbrudniejszej roboty tylko, by zarobić parę centów, po prostu nie chcemy obierać jednego kierunku, który by nam się szybko przejadł. Nie są to postacie o agresywnym stylu bycia, kieruje nimi głównie, chęć pozostania w grze na swojej pozycji czy też umocnienie jej.

 

Edytowane przez Analny Terminator
Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

 

image.jpeg.e94ab0e51577dde9106e770b2004d495.jpegCałe życie czułem się jak intruz. Byłem wśród ludzi, ale nigdy z nimi. Jakby dzieliła mnie od nich szyba – przejrzysta, ale nie do przebicia. Nawet najprostsze gesty były dla mnie barierą: prośba o godzinę, uśmiech do obcego, słowo, które mogło otworzyć rozmowę. Nie miałem odwagi. Zawsze zostawałem w cieniu, gdzie nikt nie musiał mnie dostrzegać. Ulice Athens Park wychowały mnie, złamały i na swój sposób ocaliły. Były jak matka, która uczy w bólu – dały mi twardą skórę i chłodne spojrzenie, ale wzięły coś więcej: spokój, niewinność, możliwość życia bez strachu. W końcu uciekłem, oderwałem się od tego życia. Ale to tylko złudzenie wolności. Bo Athens Park nigdy mnie nie puściło. Blizny na ciele są niczym przy tych, które noszę w pamięci – krzyki, obrazy, zapachy, wszystko wraca nocą, gdy milknie silnik i zostaję sam. Rodzinę straciłem nie dlatego, że los ich odebrał. Straciłem ich, bo sam odszedłem. Moje wybory oddzielały mnie od nich kawałek po kawałku, aż w końcu zostało tylko puste miejsce, które sam stworzyłem. A pustka boli mocniej niż śmierć. Oddział San Anne był jedynym, co przypominało braterstwo. Wspólne drogi, wspólne noce, wspólny ryk maszyn – przez chwilę miałem dom, choć zbudowany na chaosie. Gdy to się skończyło, zostało echo. Miasto stało się więzieniem, a cisza w mieszkaniu głośniejsza niż jakikolwiek huk silnika. Potem przyszły pieniądze. Nagłe, ciężkie, niezasłużone. Powinny zmienić wszystko. Ale pieniądze nie uczą, jak być człowiekiem. Nie ogrzeją pustych ścian, nie zamienią samotności w bliskość, nie nauczą kochać ani ufać. Wydawałem je – na butelki, na dym, na noce, które miały udawać życie. Ale każdy poranek był cięższy, każdy dzień bardziej pusty. Patrzyłem na innych i czułem zazdrość. Na braci, którzy potrafili się trzymać razem, na pary, które odnajdywały sens w zwykłym byciu obok siebie. Nawet na ludzi w barze, którzy potrafili się śmiać bez powodu. Ja tego nie umiałem. Moje dłonie znały manetkę, znały broń, znały ucieczkę. Ale nie potrafiły przytrzymać drugiego człowieka. Z czasem moje wnętrze gasło. Empatia, uczucia – topniały jak lód na słońcu, ale zostawiały po sobie zimno. Coraz mniej czułem wobec innych, coraz mniej wobec siebie. W lustrze przestałem widzieć człowieka. Został tylko cień, który trwa z przyzwyczajenia. I wtedy pojawiły się myśli. Nie ulotne, nie chwilowe – ciężkie, jak głazy ciągnięte za sobą. Myśli o końcu. O prostym cięciu, które mogłoby zamknąć całą historię. Wydawało się kuszące – brak bólu, brak pustki, brak czekania. Ale brakowało mi odwagi. Tak samo jak przez całe życie brakowało mi odwagi, by sięgnąć po innych. Zawieszony – między życiem a śmiercią – dryfuję jak maszyna na wolnych obrotach, bez kierunku, bez celu. Mój motocykl jest odbiciem mnie. Czeka na drogę, ale nie rusza, bo nie ma dokąd jechać. Drogi, które kiedyś były obietnicą wolności, dziś prowadzą wciąż do tego samego miejsca – pustego mieszkania, pustego życia. Czasem stoję nad miastem i patrzę na tysiące świateł w oknach. Za każdą szybą toczy się życie, którego nie znam i którego nigdy nie potrafiłem zbudować. A ja stoję w ciemności. Patrzę na to wszystko i wiem, że nie należę nigdzie. Wyszedłem z Athens Park, ale Athens Park nigdy nie wyszło ze mnie. Zostawiłem ulice, ale ulice wciąż są we mnie – jak rdza, która toczy stal. Może właśnie dlatego jestem cieniem: człowieka, który miał szansę, ale jej nie udźwignął. Człowieka, który miał braci, a został sam. Człowieka, który wciąż żyje, ale corazimage.jpeg.08ea316dbe63c1054b48025ea74971c7.jpeg częściej zastanawia się, po co. A droga? Droga płynie dalej, obojętna. Czeka, aż ktoś na niej zginie, ktoś się odrodzi, ktoś znajdzie cel. A ja? Ja jadę, ale wciąż w kółko. Nigdzie, donikąd. Jak cień na asfalcie, który znika, gdy tylko zgaśnie światło.

Są dni, w których czuję, że oddycham tylko z przyzwyczajenia. Powietrze wchodzi i wychodzi, serce bije, ciało funkcjonuje – a jednak nie ma we mnie życia. To, co kiedyś było iskrą, dawno zgasło. Został tylko cień, który porusza się po świecie, jakby odgrywał rolę, której nie rozumie. Samotność jest jak drugi skórzany płaszcz – ciężki, oblepiający, zawsze obecny. Próbowałem go zrzucić, próbowałem udawać, że mnie nie dusi, ale wracał za każdym razem. Jest ze mną w nocy, gdy cisza jest tak głośna, że rozdziera myśli. Jest ze mną w dzień, gdy patrzę na ludzi żyjących obok, a ich śmiech brzmi jak obcy język. Samotność nie potrzebuje zaproszenia. Zawsze znajduje drogę. Były we mnie kiedyś emocje. Potrafiłem się złościć, potrafiłem się cieszyć, potrafiłem pragnąć. Teraz zostały tylko puste gesty. Patrzę na twarze ludzi i nie czuję nic. Ich radość mnie nie rusza, ich cierpienie nie robi na mnie wrażenia. Jakby świat oddalił się ode mnie o tysiąc mil, a ja obserwuję go zza szyby, której nie da się stłuc. Czasami próbuję przypomnieć sobie, kim byłem. Kimś, kto walczył, kto miał nadzieję, kto wierzył, że droga prowadzi gdzieś dalej. Ale wspomnienia są jak rdza – powoli pożerają wszystko, aż zostaje tylko zniekształcona sylwetka. To, co było jasne, teraz jest ciemne. To, co kiedyś dawało siłę, teraz ciąży jak kamień. Pojawiają się myśli. Nie te ulotne, które można odgonić. Ciężkie, gęste, osiadające w głowie jak mgła. Myśli o końcu. O tym, by wreszcie przestać czekać, przestać udawać, przestać się zmuszać. Śmierć wydaje się prosta – jak otwarte drzwi w ciemnym pokoju. Ale stoję przed nimi i nie umiem przejść. Tak samo, jak nigdy nie umiałem zrobić prostego kroku w stronę drugiego człowieka. Czuję się zawieszony. Ani żywy, ani martwy. Ani tu, ani tam. Każdy dzień jest powtórzeniem poprzedniego – te same myśli, te same próby zagłuszenia ciszy, te same nieudane ucieczki. A jednak trwam. Nie wiem, czy to siła, czy tchórzostwo. Czasami patrzę na swoją maszynę. Stoi jak wierny pies, gotowa ruszyć w drogę. Ale dokąd? Droga nie ma celu. Kręci się w nieskończoność, prowadzi wciąż w to samo miejsce – do pustki. Jeżdżę, by poczuć wiatr, by choć przez chwilę udawać, że żyję. Ale gdy zatrzymuję się, pustka czeka. Zawsze czeka. Miasto wokół pulsuje. Tysiące świateł, tysiące historii. Za każdą szybą ktoś kocha, ktoś płacze, ktoś marzy. Patrzę na te światła i czuję, że nigdy tam nie należałem. Jakby cały świat biegł naprzód, a ja zostałem w tyle – zardzewiała część, której nikt nie potrzebuje. Być może jestem tylko cieniem. Cieniem człowieka, którym byłem, i człowieka, którym nigdy nie będę. Cieniem, który snuje się po drodze, dopóki silnik nie zgaśnie. A kiedy to się stanie, może wreszcie zapadnie cisza, której już nic nie przerwie.

(Jest to notka na temat przemyśleń mojej postaci, związanych z jej problemami egzystencjalnymi, które motywują czy wpływają na przebieg wydarzeń w jej otoczeniu)

 

Edytowane przez Analny Terminator
Rjeck, Bogdan., bieluu i 2 innych lubią to
Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Gość
Ten temat został zamknięty. Brak możliwości dodania odpowiedzi.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę. Warunki użytkowania Polityka prywatności Regulamin