Założycielem Bloodline Ink jest Teo, człowiek, o którym na ulicach Davis nie mówiło się dużo ponieważ mało osób go znało, nie wychylał się. Swoje pierwsze dziary robił w swojej piwnicy używając samoróbki złożonej z silniczka od walkmana i struny od gitary. Kiedy po latach tatułowania w piwnicy, miał trochę zarobionej gotówki i jeden cel: przekuć swoją przeszłość w coś, co pozwoli mu przetrwać. Wynajął zrujnowany lokal po starym biurze kaucyjnym przy Carson Avenue. Własnymi rękami zdrapał stary tynk, odsłaniając surową cegłę, i wstawił do środka ciężkie, skórzane fotele. Tak narodziło się Bloodline Ink.
South LS to beczka prochu, gdzie przynależność do gangu definiuje całe życie. Teo wiedział, że jeśli studio ma przetrwać, musi stać się czymś więcej niż tylko biznesem musiało stać się sanktuarium. W Bloodline Ink od pierwszego dnia obowiązywała jedna, żelazna zasada: Za tymi drzwiami nie ma barw. Niezależnie od tego, czy reprezentowałeś Crips, Bloods wchodząc do studia, zostawiałeś klamkę, beefy i uliczną dumę na wycieraczce. Każdy, kto próbował przenieść konflikty do środka, dostawał dożywotni zakaz wstępu, a ulica o dziwo w pełni to respektowała. Z czasem Bloodline Ink stało się jedynym miejscem w Davis, gdzie w poczekalni mogli minąć się śmiertelni wrogowie, kiwając sobie głowami w niemym, wymuszonym szacunku do tego miejsca. Klimat salonu tworzyli ludzie. Maszynki bzyczały tu od późnego popołudnia aż do świtu, a w powietrzu zawsze unosił się zapach antybakteryjnego mydła zmieszany z dymem i basem klasycznego g-funku z wysłużonych głośników. Największy test dla studia przyszedł kilka lat po otwarciu, gdy miasto zalała fala gentryfikacji. Bogaci inwestorzy z Rockford Hills zaczęli wykupywać parcele w South LS, a lokalne służby porządkowe robiły naloty na lokalne biznesy, szukając pretekstu, by je zamknąć. Bloodline Ink miało zostać zrównane z ziemią, by zrobić miejsce pod modną kawiarnię z wegańskim mlekiem. Wtedy ulica pokazała, jak bardzo zależy jej na tym miejscu. Lokalna społeczność od chłopaków z narożników, przez mechaników, aż po matki, którym Teo kiedyś za darmo zakrył blizny po przemocy domowej stanęła murem za studiem. Zorganizowano zbiórki, a prawnicy z centrum, którym chłopaki z Bloodline robili tajne dziary pod garniturami, załatwili sprawę papierkową pro bono.
Dzisiaj Bloodline Ink to nie instytucja. To archiwum ludzkich losów, gdzie każda kropla tuszu to przypieczętowanie przysięgi, opłakanie straty lub celebracja przetrwania. Czasami pod studio podjeżdżają luksusowe wozy z Vinewood, bo bogate dzieciaki szukają „prawdziwego, ulicznego doświadczenia”. Zawsze jednak czują się tam nieswojo, zderzając się z surową rzeczywistością miejsca, które nie udaje. W Bloodline Ink nie kupisz tatuażu z katalogu. Tutaj płacisz za to, żeby twoja własna krew, pot i historia zostały na zawsze wyryte w twojej skórze, w rytm bijącego serca South LS.