Znajdź zawartość
Wyświetlanie wyników dla tagów 'los santeros' .
-
"Każde auto, każda część, dowód którego nigdy nie znajdą" Na Vespucci kradzież auta to nie przypadek, tylko usługa. W tej części miasta nikt nie bierze już tego, co akurat stoi otwarte przy promenadzie. Robota zaczyna się od telefonu, nie od auta. Ktoś potrzebuje konkretnej sztuki, podaje markę, kolor, termin, a dopiero potem ekipa wychodzi na miasto i szuka egzemplarza pod zamówienie. Tak działa się tutaj teraz. Nie kraść i szukać kupca, tylko najpierw mieć kupca, a potem kraść. Dzięki temu nic nie zalega, nic nie stoi tygodniami w cudzym garażu ściągając na kark patrole, a każda sztuka ma swojego odbiorcę jeszcze zanim zniknie z ulicy. Głównym celem na tym terenie są muscle i sedany. Nie luksusy, nie supercary, tylko starsze amerykańskie fury i pospolite czterodrzwiówki, których w mieście są setki i których zniknięcie nie robi większego szumu. To świadomy wybór, bo takie auta schodzą najszybciej, mają największy obrót i najmniej ściągają na siebie uwagi. Sztuka bez zbędnej elektroniki puszcza się w minutę, popularny model łatwo zgubić w ruchu, a kiedy trafi już do dziupli, przestaje istnieć. Rzadsze i mocniejsze egzemplarze też się zdarzają, ale to margines, wchodzą tylko wtedy, gdy ktoś konkretny za nie płaci i gdy ryzyko jest tego warte. Metody są proste, ale skuteczne, bo przy tej klasie aut nie trzeba wiele. Starszy sedan często nie ma nic poza fabryczną blokadą, a i nowsze sztuki dają się obejść, jeśli ktoś wie gdzie i kiedy je brać. Liczy się rozpoznanie, a nie sprzęt. Które ulice zasypiają najwcześniej, gdzie stoją ci, którzy zapominają o czujności, którędy dojechać do dziupli omijając główne drogi i kamery. Po robocie auto nie jedzie prosto pod warsztat, tylko krąży, zmienia trasę, gubi ewentualny ogon, a dopiero potem znika z widoku. Ci, którzy tego nie pilnują, wpadają najszybciej, i o tym na Vespucci przekonano się już nieraz. _____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________ Zbyt idzie dwoma torami. Albo cała sztuka trafia do klienta, który chciał dokładnie takie auto i nie zadaje pytań o papiery, albo idzie na żyletkę. Wtedy z pojazdu schodzi to co ma wartość, silnik, skrzynia, drzwi, maska, a części rozjeżdżają się osobno, każda swoją drogą. Wychodzą do tych, którzy składają własne bryły i potrzebują konkretnego elementu, którego nie kupią na żadnej półce w mieście. To, co zostaje, pusta karoseria bez niczego, ląduje daleko od dziupli. Kiedy policja to w końcu znajdzie i powiadomi właściciela, temu zostaje tylko machnąć ręką, bo części już nie odzyska. Bo mimo że wozy rozpływają się bez śladu, to nie znaczy, że nie ma ceny do zapłacenia. Im częściej dana marka znika z ulic, tym szybciej departament zaczyna łączyć fakty. Im lepszy obrót, tym więcej oczu na dzielnicy, i to nie tylko tych z odznaką, ale też tych, którzy siedzieli tu wcześniej i niekoniecznie cieszą się z nowej konkurencji na własnym terenie. Każdy przekazany kluczyk to zakład, że tym razem po drugiej stronie nie czeka pułapka. Na razie te zakłady wychodzą, a każda dowieziona sztuka to jeden krok bliżej do czterech własnych ścian, z których pewnego dnia będzie się dało robić to samo, tylko już bez improwizacji na ulicy każdej nocy od nowa. "Dziś tani sedan z bocznej uliczki. Jutro mocniejsze muscle na konkretne zamówienie. A kto wie, może za miesiąc czy dwa wózek z wyższej półki, ściągnięty na zlecenie dla kogoś, kto wie czego chce i jest gotów za to zapłacić."
