Skocz do zawartości
 
GRACZY ONLINE

Devon

Gracz
  • Postów

    19
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Devon

  1. Devon

    RageMP: Co dalej

    wszystko przez zydow
  2. ¤═══════════════════════════¤ 𒈔𒀱𒈔 ¤═══════════════════════════¤ ·:*¨༺ ♱✮♱ ༻¨*:· Pewnego lata przyjechałem do dziadków w odwiedziny i odkryliśmy, że pod domem było gniazdo szczurów! Objadały się wszystkim co wpadło im w łapy. Jak się pozbyć szczurów? Hmm? Moja babcia miała na to sposób. Wykopaliśmy dół i umieściliśmy w nim beczkę, zamykając wieko na zawiasach. Do pokrywy przywiązaliśmy przynętę. Szczury przychodziły, próbując się do niej dostać, i… **naśladuje dźwięk metalu i szurania pazurów** …wpadały do środka. Po miesiącu złapaliśmy wszystkie szczury. Ale co wtedy? Wrzucić beczkę do morza? Spalić ją? Nie. Po prostu zostawiliśmy je tam. Z czasem zaczęły się robić głodne. Coraz bardziej zdesperowane, szukały jedzenia, ale nie miały już nic. Aż w końcu… jeden po drugim… **naśladuje dźwięk rozdzieranego mięsa** …zaczęły zjadać siebie nawzajem. Najsłabsze padły pierwsze. Na końcu zostały tylko dwa. No więc co zrobiliśmy? wypuściliśmy je, czy to coś dało? absolutnie nic bowiem w normalnych warunkach wróciły do dawnego stylu życia, jednak teraz ich jadłospis wzbogacił się o mięso szczura i wrócą do tego gdy sytuacja ich do tego zmusi. Aby się ich pozbyć raz na zawsze, wybiliśmy je nim zdążyły się rozmnożyć. Żołnierze, ale i zwykli ludzie są jak te szczury. Gdyby nie prawo, porządek w anarchii, ludzkość pogrążyłaby się w straceniu, na froncie prawo nie istnieje, to tylko kolejny przedsionek piekła, a my wracamy po tym wszystkim do codziennego świata i próbujemy żyć dawnym życiem, ale okropności, które musieliśmy znosić, pozostały w pamięci. Wyryły w niej permanentny obraz, którego nie sposób się pozbyć. Możemy udawać, że wszystko jest normalne, możemy próbować wtopić się w tłum, ale w głębi duszy wiemy, że nie jesteśmy już tacy sami. Na froncie każdy dzień był walką o przetrwanie. Nie było miejsca na wahanie, na moralne rozważania. Tam były tylko dwie opcje – ty albo oni. Kiedy raz przekroczysz tę granicę, kiedy raz nauczysz się nie myśleć, tylko działać, to już nigdy nie wrócisz do tego, kim byłeś wcześniej. Stare nawyki zostają. Nie chodzi tylko o sposób, w jaki rozglądasz się po pomieszczeniu, jak stajesz tyłem do ściany w zatłoczonym barze, jak odruchowo szukasz wyjść awaryjnych. To coś więcej. To świadomość, że zrobienie tego, co kiedyś wydawało się niewyobrażalne, teraz przychodzi zbyt łatwo. Przed wojną musiałbyś się zastanowić, podjąć decyzję, przekonać siebie, że robisz to, co trzeba. Teraz? Teraz nie ma żadnych pytań. Jeśli sytuacja tego wymaga, po prostu działasz. Jak dobrze naoliwiona maszyna. Jak ktoś, kto już nie musi przekonywać sumienia, bo ono dawno przestało zadawać pytania. Ludzie wokół nas nie rozumieją. Myślą, że wracamy do domów jako ci sami ludzie, których żegnali na peronie. Ale prawda jest taka, że kiedy raz nauczysz się żyć według tamtych zasad, nigdy już nie pasujesz do tego świata. Widzisz rzeczy inaczej. Rozumiesz, jak cienka jest granica między porządkiem a chaosem, między życiem a śmiercią. I kiedy los rzuci cię znowu w ciemność, nie będziesz musiał się długo zastanawiać. Bo w głębi duszy nigdy tak naprawdę nie przestałeś tam być. ¤═══════════════════════════¤ 𒈔𒀱𒈔 ¤═══════════════════════════¤ ·:*¨༺ ♱✮♱ ༻¨*:· BLOOD MERIDIAN: WRAIGHTS OF WAR Klub motocyklowy w hrabstwie San Andreas z kwaterą w Sandy Shores mający w swoich szeregach osoby mogące poświadczyć czystą amerykańską krwią, dzięki czemu klub sam w sobie jest jednolitą siłą narodowościową. W skład mogą wchodzić również kobiety w hołdzie owianej już legendą Brunhilde, pierwszą właścicielką baru na drodze stanowej 68 gdzie to miały miejsce narodziny zgrupowania BM:WoW. W odróżnieniu od innych bardziej zorganizowanych klubów motocyklowych, BM:WoW to grupa nomadów – ich głównym celem nie jest lojalność wobec tradycyjnych barw czy emblematu, ale przetrwanie w brutalnym świecie, gdzie honor i tradycja są pojęciami względnymi. Niezwiązani z żadnym klubem, nie posiadają swojego stałego miejsca ani symbolu. To surowi wojownicy, którzy nigdy nie pozostają w jednym miejscu zbyt długo, a ich szlak to tylko niekończąca się podróż przez niebezpieczne tereny. Stacjonując u podnóża Mount Chiliad, egzystują na granicy cywilizacji, przypominając echa dawno zapomnianej przeszłości. Ich odzież nie ma nic wspólnego z tradycyjnymi strojami motocyklistów – noszą podarte, spalone słońcem ubrania, naznaczone kurzem, krwią i potem. Ich sylwetki przypominają bardziej maruderów z postapokaliptycznego świata niż członków zorganizowanego klubu. Podobnie prezentują się ich motocykle – brutalnie zmodyfikowane, przypominające maszyny z piekła rodem. Wzmocnione stalowymi płytami, przystosowane do przetrwania, bardziej narzędzia wojny niż symbole wolności.To cisi, ale nieustępliwi wojownicy, którzy nigdy nie pokazują swojej siły bez potrzeby. Na powierzchni niewielu dostrzega ich prawdziwą moc. W rzeczywistości są to istoty o chłodnej, wojennej postawie, które potrafią przeżyć tam, gdzie inni by polegli. Dążą do celu, który wydaje się być nieuchwytny – nie wiedzą do końca, czego szukają, ale wiedzą, że ich droga nie prowadzi do niczego, co jest łatwe. Jeśli ktoś zbliży się zbyt blisko, nie będzie już miał szansy na ucieczkę. Początkowo BM:WoW było luźnym zbiorem weteranów i dezerterów wojennych, którym moonshine zbyt mocno zawrócił w głowie. Brak hierarchii i niewielka liczba członków sprawiały, że klub był nieprzewidywalny. Z czasem jednak zaczął przyciągać wyrzutków społeczeństwa – ludzi, którzy nie pasowali do norm i szukali miejsca, gdzie mogli być sobą. Naturalnie wykształciła się hierarchia oparta na sile, lojalności i umiejętnościach przetrwania. Mimo braku formalnych struktur, członkowie instynktownie rozpoznawali liderów w danej chwili, a decyzje podejmowano kolektywnie, zawsze z myślą o dobru grupy. Ich reputacja rosła, a opowieści o ich wyczynach zaczęły krążyć wśród motocyklistów i mieszkańców hrabstwa. Dla jednych byli zagrożeniem, dla innych legendą – ale nikt nie pozostawał wobec nich obojętny. BM:WoW stało się symbolem nieujarzmionej wolności i walki o przetrwanie w bezlitosnym świecie. Nie posiadają emblematu ani stałych barw, ale ich obecność na drodze jest jednoznacznym sygnałem – są wojownikami, którzy niczego się nie boją i biorą wszystko, gdy nadejdzie ich czas. Z biegiem lat klub nawiązywał kontakty z innymi grupami i społecznościami – zarówno w celach handlowych, jak i wymiany informacji. Ich znajomość terenu i umiejętności przetrwania czyniły ich nieocenionymi sojusznikami dla tych, którzy z szacunkiem podchodzili do ich zasad. Mimo to BM:WoW zawsze zachowywał dystans, nie pozwalając nikomu na pełne poznanie swoich wewnętrznych mechanizmów i motywacji. Dziś BM:WoW wciąż przemierza bezkresne pustkowia hrabstwa San Andreas, pozostając wiernym swoim pierwotnym ideałom. Ich historia to żywe świadectwo ludzkiej niezłomności i dążenia do wolności za wszelką cenę. Choć świat wokół się zmienia, oni trwają niezmienni – jak relikty dawnej epoki, w której honor, lojalność i siła były najwyższymi wartościami. Dla członków Blood Meridian: Wraiths of War wolność to coś więcej niż brak zewnętrznych ograniczeń. To głęboko zakorzeniona potrzeba niezależności i autonomii. Ich nomadyczny styl życia, niechęć do stałych struktur i ciągłe przemierzanie pustkowi San Andreas odzwierciedlają pragnienie życia na własnych warunkach. Wolność oznacza dla nich możliwość kształtowania własnego losu, bez względu na normy społeczne i oczekiwania innych. Jednak taka niezależność wiąże się z ryzykiem i wymaga nieustannej czujności, czyniąc ich egzystencję surową, lecz autentyczną. W świecie, gdzie przetrwanie zależy od siły, lojalności i adaptacji, BM:WoW ucieleśnia ideę wolności jako ciągłej walki o zachowanie tożsamości. W BM:WoW nie ma miejsca na słabość czy wahanie. Każdy członek wie, że ich wolność została wywalczona i musi być nieustannie broniona. Choć nie mają spisanego kodeksu, zasady są jasne: lojalność wobec grupy, gotowość do walki i nieustanne dążenie do zachowania autonomii. W świecie pełnym chaosu to właśnie niezłomna determinacja pozwala im zachować tożsamość i pozycję w bezlitosnym krajobrazie hrabstwa San Andreas. Ich odrzucenie materializmu i prosty styl życia podkreślają, że prawdziwa wolność nie polega na posiadaniu, lecz na byciu. Stronią od zbędnych luksusów, koncentrując się na tym, co niezbędne do przetrwania i kontynuowania podróży. W ten sposób manifestują swoją niezależność od społeczeństwa konsumpcyjnego i jego wartości, udowadniając, że wolność tkwi w prostocie i autentyczności. Relacje BM:WoW z innymi grupami opierają się na wzajemnym szacunku i zrozumieniu. Choć cenią niezależność, potrafią współpracować z tymi, którzy podzielają ich wartości i szanują ich sposób życia. Każda interakcja jest jednak dokładnie analizowana, by upewnić się, że nie naruszy ich autonomii. W ten sposób utrzymują równowagę między otwartością a ochroną własnej tożsamości. Dla BM:WoW wolność to nie tylko brak ograniczeń, lecz także wewnętrzna siła i determinacja. To odwaga w obliczu niepewności, gotowość do konfrontacji z przeciwnościami oraz niezachwiana wiara w obrany cel. Raze "The Schorched" Burnwood urodził się na początku lat 80. i dorastał w Farewell, w stanie Oregon. W dzieciństwie stracił matkę, która zmarła na skutek choroby, a jego ojciec był wiecznie nieobecny. Szukając ucieczki od samotności i szarej codzienności, Raze wskakiwał na pociągi towarowe, przemierzając linie kolejowe w Górach Kaskadowych. W szkole średniej nie radził sobie najlepiej i ostatecznie ją porzucił. W młodym wieku zaciągnął się do Armii Stanów Zjednoczonych, gdzie odbył pełną turę służby w Afganistanie. Stacjonował w 10. Dywizji Górskiej, której jednostka współpracowała z Sojuszem Północnym. Mimo że służył honorowo, nienawidził każdej chwili spędzonej w wojsku. Podczas misji w Mazar-i-Szarif jego oddział wpadł w zasadzkę zorganizowaną przez talibów, którzy użyli ciężarówek wyposażonych w zmodyfikowane działka przeciwlotnicze ZU-23. Ich Humvee został trafiony, stracił kontrolę i runął z klifu do rzeki Hari. Raze przeżył katastrofę i próbował znaleźć ocalałych, jednak jedyne, co mu się udało, to wyciągnięcie ośmiu martwych ciał – w tym swojego sierżanta Rogersa. To wydarzenie głęboko go naznaczyło, a trauma skłoniła go do opuszczenia wojska. Po zwolnieniu ze służby wrócił do Stanów Zjednoczonych. Kupił motocykl i przez kilka lat podróżował po kraju, aż w końcu powrócił do rodzinnego miasta. Tam znalazł pracę jako mechanik w warsztacie należącym do starego Jacka – prezesalokalnego klubu motocyklowego. Jack osobiście zaproponował mu członkostwo, które Raze z radością przyjął, zostając Enforcerem (egzekutorem) klubu. Wkrótce zaprzyjaźnił się z Crow "Blackened Soul" Ravenem, sierżantem. Crow stał się jego najbliższym przyjacielem, którego Raze śmiał nazywać „bratem”. Kiedy Crow pogrążony w żalu po stracie żony topił smutek w alkoholu, staczając się na dno, Raze nie odwrócił się od niego. Wspierał go w najtrudniejszych chwilach, a Crow odwzajemnił się mu darem życia. Niedługo potem doszło do tragicznych wydarzeń. Jeden z członków klubu zamordował drugiego z powodu narkotyków. Zgodnie z kodeksem musiał zostać pozbawiony barw. Raze i Crow siłą go przytrzymali, podczas gdy Jack wypalił mu tatuaż klubu palnikiem. Zdrajca został wygnany, ale ten akt przemocy doprowadził do rozłamu w klubie. Członkowie podzielili się na dwa obozy – Raze i Crow pozostali lojalni Jackowi, gromadząc wokół siebie kilku wiernych kompanów. Pewnej nocy obóz Jacka padł ofiarą zasadzki zorganizowanej przez zdrajcę i jego stronników. W krwawej jatce Jack stracił życie. Raze i Crow zdołali uciec, choć zmuszeni byli do tułaczki. Po wielu trudach znaleźli schronienie w Sandy Shores, gdzie przygarnęła ich Brunhilda – właścicielka lokalnego baru. Kolejne dni, tygodnie, miesiące i lata upływały im na wykonywaniu różnorodnych zleceń – od prostych, po te bardziej skomplikowane, często wymagające użycia siły. W końcu, dokładnie w drugą rocznicę upadku ich dawnego klubu, wznieśli toast za nowy rozdział swojego życia. Tak narodził się Blood Meridian: Wraiths of War. W miarę jak Blood Meridian: Wraiths of War zyskiwał na sile i liczebności, w jego strukturach zaczęły pojawiać się cechy przypominającesektę. Charyzmatyczni liderzy, tacy jak Raze "The Scorched" Burnwood i Crow "Blackened Soul" Raven, stali się nie tylko przywódcami, ale również duchowymi przewodnikami dla członków klubu. Ich słowa i nauki zaczęły nabierać formy doktryny – brutalnej, ale też pełnej mistycznych wierzeń o przeznaczeniu i honorze. Członkowie BM:WoW zaczęli postrzegać swoje działania jako część większego planu, w którym wojna i przemoc były nierozerwalnymi elementami ludzkiej egzystencji. Wierzyli, że poprzez nieustanną walkę i przekraczanie granic moralności, zbliżają się do pierwotnej prawdy o naturze człowieka. Ich przekonania coraz bardziej przypominały idei zawarte w powieści Cormaca McCarthy'ego Blood Meridian, w której wojna postrzegana jest jako boska siła, a przemoc jako nieodłączny element ludzkiej natury. Rytuały i ceremonie stały się codziennością w życiu klubu. Nowi rekruci musieli przejść przez surowe inicjacje, mające na celu nie tylko sprawdzenie ich lojalności, ale także wprowadzenie ich w filozofię BM:WoW. Spotkania klubu często przybierały formę mistycznych zgromadzeń, podczas których członkowie dzielili się swoimi wizjami i doświadczeniami, wierząc, że są wybrańcami przeznaczenia. Taka transformacja klubu w quasi-religijną sektę miała swoje konsekwencje. Z jednej strony wzmacniała więzi między członkami i nadawała ich działaniom głębszy sens, z drugiej jednak prowadziła do jeszcze większej izolacji od reszty społeczeństwa, jednocześnie pogłębiając ich brutalne metody działania. Blood Meridian: Wraiths of War (BM:WoW) wykształcił unikalny zbiór dogmatów, które stanowią fundament ich filozofii i działań. Przemoc jako święty rytuał BM:WoW wierzy, że przemoc jest nieodłącznym elementem ludzkiej natury i niezbędnym środkiem do osiągnięcia wyższej prawdy. Dla nich brutalne czyny są nie tylko aktem przetrwania, ale również oczyszczenia – zarówno siebie, jak i innych. Poprzez przemoc, członkowie klubu zbliżają się do pierwotnej istoty człowieka, odkrywając prawdę o tym, co naprawdę leży w naturze ludzkości. Kult przetrwania Przetrwanie jest traktowane jako najwyższa wartość. Członkowie BM:WoW są zobowiązani do nieustannej walki o życie, niezależnie od kosztów moralnych czy społecznych. Liczy się tylko wynik – każdy dzień to kolejna bitwa, a przetrwanie jest synonimem zwycięstwa. Hierarchia oparta na sile i lojalności Pozycja w strukturze klubu zależy od indywidualnych umiejętności, odwagi i oddania sprawie. Lojalność wobec liderów i współbraci jest kluczowa, a zdrada jest surowo karana. Zasada "przetrwa tylko najsilniejszy" rządzi każdą interakcją, a hierarchia budowana jest na fundamentach brutalnej woli przetrwania. Odrzucenie konwencjonalnych norm społecznych BM:WoW odrzuca tradycyjne zasady moralne i społeczne, uznając je za ograniczenia wolności jednostki. W oczach członków klubu społeczeństwo zewnętrzne jest słabe, zdegenerowane i skorumpowane, a oni sami są wybrańcami, którzy żyją zgodnie z własnymi prawami, wolni od konwencji. Mistycyzm wojny Wojna i konflikt traktowane są jak święte powołanie. Członkowie BM:WoW wierzą, że uczestnicząc w wojnach i bitwach, realizują boski plan. Ich brutalne działania mają głębszy, mistyczny sens, a każda walka to kolejny krok ku ostatecznemu odkryciu prawdy o świecie. Kult jednostki i indywidualizmu Każdy członek klubu jest odpowiedzialny za swoje czyny i decyzje. Indywidualizm jest ceniony ponad wszystko, a jednostka jest postrzegana jako najważniejsza siła w strukturze klubu. Ich życie to nieustanne poszukiwanie własnej drogi, nawet jeśli ta prowadzi przez ból, cierpienie i samotność. Tajemniczość i izolacja BM:WoW utrzymuje ścisłą tajemniczość wokół swoich działań i wewnętrznych spraw. Izolacja od zewnętrznego świata pozwala im na pełne skupienie się na swoich celach, kontrolowanie swoich członków i ochronę przed wpływami, które mogłyby zagrozić ich tożsamości. Zakłócanie spokoju Członkowie BM:WoW wierzą, że stagnacja prowadzi do upadku. Dlatego wprowadzają chaos i niepokój w społecznościach, które uważają za zbyt ustabilizowane lub skostniałe. Przez swoje działania zmuszają innych do konfrontacji z brutalną rzeczywistością życia, mając nadzieję, że dzięki tym wstrząsom ludzie obudzą się z iluzji i dostrzegą prawdziwą naturę świata. Ochrona Sandy Shores przed inwestorami z Los Santos BM:WoW postrzega Sandy Shores jako ostatni bastion autentyczności i wolności, który nie został jeszcze skażony wpływami zewnętrznymi. Uważają, że napływ inwestorów z Los Santos – reprezentujących "pierwszy świat" – stanowi zagrożenie dla unikalnego charakteru tego miejsca. Klub podejmuje wszelkie działania, by odstraszyć i zniechęcić potencjalnych inwestorów, broniąc Sandy Shores przed komercjalizacją i utratą swojej tożsamości. Handel bronią z Arizony Blood Meridian: Wraiths of War (BM:WoW), zawsze gotowi na dostosowanie się do zmieniających się warunków, nawiązali strategiczne połączenia z dostawcami broni w Arizonie. Ten stan, znany z luźniejszych przepisów dotyczących posiadania broni oraz bliskości granicy z Meksykiem, stał się kluczowym punktem ich operacji. Członkowie BM:WoW, z doświadczeniem wojskowym i doskonałą znajomością trudnych terenów, regularnie organizują wyprawy do Arizony, gdzie za pośrednictwem sieci nielegalnych kontaktów pozyskują broń. Obejmuje to nie tylko standardowe pistolety i karabiny, ale także bardziej zaawansowane systemy uzbrojenia, które pozwalają im nie tylko zaspokoić potrzeby wewnętrzne, ale także sprzedawać broń innym grupom, które operują na granicy. Przemyt broni z Arizony do hrabstwa San Andreas to skomplikowana operacja wymagająca precyzyjnego planowania. Wykorzystując ukryte szlaki i niezamieszkane tereny pustynne, BM:WoW unika patroli granicznych i organów ścigania, skutecznie omijając wszelkie przeszkody, by dostarczyć towar na czas. Ich znajomość topografii oraz umiejętności adaptacji sprawiają, że są w stanie nie tylko przeżyć, ale również rozwijać swoje wpływy w handlu bronią. Pustynne tereny stają się nie tylko tłem ich operacji, ale także kluczowym miejscem, w którym odbywają się rytuały i ceremonie sekty. Pustynia pełni rolę zarówno symbolicznego, jak i dosłownego "świętego miejsca" dla członków sekty. To miejsce, które odzwierciedla ich wierzenia o chaosie, zniszczeniu i odrodzeniu. W trakcie swoich rytuałów, które odbywają się przy ogniskach na pustynnych równinach. Niezależność, brutalność, ból i śmierć są nieodłącznymi elementami ich codzienności. W tym bezlitosnym, suchym środowisku, gdzie każda chwila może być walką o przetrwanie, członkowie sekty czują się zbliżeni do swojej idei o końcu cywilizacji – jako że pustynia to przestrzeń, która w ich oczach uosabia "czyste" miejsce dla chaosu, destrukcji i odrodzenia. Ich rytuały obejmują także składanie ofiar z łupów zdobytych podczas brutalnych rajdów, które odbywają się na pustynnych obszarach. Celem jest uzyskanie duchowej siły oraz zjednoczenie z mrocznymi mocami, które, jak wierzą, kierują ich losem i mają prowadzić do apokaliptycznego odrodzenia. Środowisko, pełne tajemniczości i niebezpieczeństw, jest idealnym tłem dla ich ideologii, które przekonane są, że tylko w całkowitym oddzieleniu od reszty społeczeństwa mogą osiągnąć duchową wyższość i spełnić swoje przeznaczenie. ¤═══════════════════════════¤ 𒈔𒀱𒈔 ¤═══════════════════════════¤ ·:*¨༺ ♱✮♱ ༻¨*:· OOC Chcemy przenieść niezapomniany klimat (nie)perfekcyjnego klubu motocyklowego w którym nie wszystko będzie szło po naszej myśli, dramaturgia na tym chcemy oprzeć kilką wątków klubowych który jak widzicie jest już po sporych przeżyciach, oczywiście będziemy się starać odgrywać weteranów po przejściach opierając codzienną grę na kłusownictwu, przemycie wypchanych zwierząt, dystrybucji bimbru. Gramy jedynie postaci rasy białej, bez wyjątków, wykorzystamy wojskową przeszłość członków grupy do wprowadzenia się w półświatek, ruszymy wątek “chronienia” Sandy Shores przed inwestorami z pierwszego świata Los Santos, nie potrzeba naszej grupce rozgłosu, jednocześnie nie pozwolimy by ktoś zakłócał nasz spokój. Główną gra będzie miała miejsce wszędzie tylko nie w mieście, poza pojedynczymi wizytami a nasi członkowie będą wykonywać wszelkiego rodzaju zlecenia od szarych osobników, również od innych organizacji czy ugrupowań brudząc sobie rączki. Na późniejszym etapie chcielibyśmy jednak pod biznesami stworzyć wyścigi czy demolition derby na arenie aby mimo wszystko napędzić lokalną gospodarkę... @Devon @Szaron22 @Boaty+ kilka niezdecydowanych czekających na gotowca, liste będę aktualizował, stawiamy na początku na mniejszą grupe jak na niedobitków przystało
  3. **Dnia 12.11.2024 roku, na parkingu przy barze w Las Paleto doszło do kradzieży pojazdu marki Pfister Comet. Po godzinie 23:00 kamery monitoringu zarejestrowały zamaskowaną postać ubraną w ciemne, nieprzyciągające uwagi ubranie. Miała na sobie czapkę z daszkiem, a oczy ukryte były za ciemnymi okularami wraz z maską medyczną. Osoba ta, nie wzbudzając żadnych podejrzeń, spokojnie podeszła do zaparkowanego pojazdu od strony głównej szosy. Złodziej w zaledwie kilka chwil sprawnie poradził sobie z zabezpieczeniami auta, wsiadł do środka, a następnie uruchomił silnik. Bez zbędnego pośpiechu, skierował się w stronę południowego wschodu, szybko znikając z pola widzenia kamer, uciekając w stronę gęstych lasów.**
  4. Ryku na kuku! pozdrowienia 😝
  5. "Epoka diabłów - indywidualistów należy do przeszłości. Piekło też działa na zasadzie kolektywu" W pełnym słońca upale Starego Południa, gdzie kurz się unosił w powietrzu, a mirażowe fale tańczyły na horyzoncie, znajdowało się zapomniane złomowisko farmerów. To miejsce było jak podróż wstecz w czasie, gdzie realia lat minionych tkwiły w każdym zardzewiałym kawałku blachy i zapomnianym narzędziu rolniczym. Na tym opuszczonym terenie panował swego rodzaju raj na ziemi dla klasy robotniczej, która niezależnie od biegu historii kontynuowała swoje życie w brodzie i ukropie na pozbawionej życia pustyni. Ich świeże spojrzenia na dzisiejszy świat kontrastowały z zapomnianymi tradycjami, a przestarzałe bronie , zamiast nowoczesnych technologii, były narzędziem ich przetrwania. Wzdłuż brzęczących starych drzwi stodoły i jazgotu łańcuchów, gdzie dźwięk cykad przewiewał powietrze, ukryte były tajemnicze zebrania. Główne postacie, z opatrzonymi w brody i muszkieterkami, obradowały przy zniszczonym stole, podnosząc toast za dawne czasy. Słychać było szmery whiskey w kuflu, a opowieści o bohaterskich czynach przodków płynęły niczym rzeki na stronach zakurzonych albumów. Wzrok spoczywał na ziemnych chatach, gdzie szum bawełnianych pól rozbrzmiewał echem przeszłości. Pomimo pozorowanej nostalgii, ci farmerzy nie byli jedynie postaciami z zamierzchłych kart. W ich żyłach płynęła krew rewolucji, a ich dusze walczyły o wolność w nowym, nieznanym świecie. To zlomowisko stanowiło pamiętnik przeszłości, zachowany dla tych, którzy odeszli, ale także dla tych, którzy odmówili pozostawania w zapomnieniu. Tamtejszy syndykat choć utopiony w realiach lat minionych, był żywym dowodem, że niektóre idee są jak korzenie głęboko zakorzenione w ziemi, a przeszłość może być zawsze obecna, nawet w świecie, który dawno temu przestał nosić błękitne mundury i barwy skonfederowanych stanów. Niegdyś największy biznes działający w regionie Grand Senora, obecnie służy za relikt pozostawiony w odmętach przeszłości o której ktoś czasem wspomina w nostalgicznych pogawędkach tych, pamiętających lepsze czasy. Pozostawiony na pastwę losu kompleks służy do dnia dzisiejszego jako nieoficjalny magazyn każdego mieszkańca hrabstwa zainteresowanego pozostawieniem na terenie swojego szmelcu. Doprowadza to wśród lokalsów do wielu konfliktów oznaczonych rzekomą kradzieżą ,,fantu", który mógł coś kosztować, lecz z powodu braku rzeczoznawcy jego wartość pozostawała w sferze domysłów - takich przedmiotów było wiele, bowiem same złomowisko jest w dzisiejszych czasach jego alegorią. Teren został parę tygodni temu wykupiony przez nieznanego inwestora planującego zrobić z niegdyś najbardziej lukratywnego biznesu w okolicy to, do czego w rzeczywistości był przeznaczony: Skup aut, skup metali i podjęcie współpracy z licznymi centrami recyklingu. Miejsce zatem zmieniło swoją funkcję z jednego, wielkiego zbioru szmelcu różnego pochodzenia w skup tychże dóbr. Nowy właściciel zadeklarował chęć wykupienia od każdego, nieformalnego magazyniera jego rzeczy, dając początek procesu wielkiego ,,czyszczenia" powstającego biznesu z niepotrzebnych śmieci. Był to zarazem prosty chwyt marketingowy dający tymże zbieraczom znać, że nowy interes deklaruje chęć prowadzenia z nimi interesu na zasadzie skupu. W pobliskiej budzie, pośród licznych części do aut, a nawet wraku samolotu powstał także niewielki lombard, aby dopełnić skup metali i komis o niewielkie centrum lokalnego handlu rzeczami osobistymi bądź nie do końca określonego prawnie pochodzenia. Całym przedsięwzięciem zajął się Leo McClein w asyście swoich ,,nowych" kolegów z Rustic Junction. Nowy właściciel określa interes jako ,,oddolną i kolektywną inicjatywę klasy robotniczej Sandy Shores, Harmony czy Grapeseed działającą na zasadzie współpracy wspólnot". Stary McClein zapewnia niedowiarków o posiadaniu kapitału niewiadomego pochodzenia pozwalającego w przyszłości zmodernizować biznes oraz dostosować go do potrzeb dzisiejszego świata. Pierwszym, oficjalnym aktem współpracy była zawarta umowa z farmą A.Bannera o przyszłej utylizacji komponentów wykorzystywanych w przemyśle rolniczym. Jest to odezwa dla wszystkich, zamieszkujących Grapeseed agrarystów, że interes wrócił, na starych, niegdyś dobrze działających zasadach. OOC SCREEN Z LOKALIZACJĄ
  6. Rybiaście, wysokie ceny, najlepsze ceny!
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę. Warunki użytkowania Polityka prywatności Regulamin