Znajdź zawartość
Wyświetlanie wyników dla tagów '808' .
-
Car-jacking, czyli nic innego jak agresywne odebranie auta prosto z rąk właściciela. Nie mówimy tutaj o zwykłej kradzieży z parkingu, tylko o sytuacji, gdzie kierowca siedzi za kółkiem albo stoi obok swojego wozu i pod presją musi go oddać. Takie akcje na większą skalę zaczęły pojawiać się na przełomie lat 80. i 90., głównie w większych miastach Stanów Zjednoczonych, gdzie przestępczość była wtedy na bardzo wysokim poziomie. Powodów było wiele. Jedni kradli auta na części, inni robili to pod kolejne przestępstwa, a jeszcze inni po prostu chcieli szybko zarobić. Wtedy samochody nie miały takich zabezpieczeń jak dzisiaj, więc dla wielu ekip był to łatwy biznes. Bardzo często kończyło się to grożeniem bronią, pobiciem właściciela albo wyciągnięciem go siłą z auta. Co ciekawe, statystyki z tamtego okresu w niektórych miastach faktycznie pokazywały, że znaczna część sprawców była pochodzenia afroamerykańskiego. Nie oznacza to jednak, że za car-jacking odpowiadała jedna grupa ludzi, bo uczestniczyły w tym różne gangi i środowiska przestępcze, a wszystko zależało od miasta, dzielnicy i okresu. W Los Angeles czy Detroit takie akcje potrafiły zdarzać się praktycznie codziennie, przez co kierowcy bali się zatrzymywać na pustych skrzyżowaniach albo jeździć nocą po bardziej niebezpiecznych rejonach.Śmierci przez tego typu kradzieże liczyły się w setkach na przestrzeni lat, najczęściej w sytuacji, gdy właściciel postanowił stawić opór albo sprawca od początku był nastawiony na użycie broni. Wystarczył jeden zły ruch, chwila zawahania albo próba ucieczki i zwykła kradzież zamieniała się w zabójstwo .Dla wielu gangów car-jacking był po prostu kolejnym sposobem na zarobek. Auta znikały z ulic dosłownie w kilka minut, po czym trafiały do tzw. chop shopów, gdzie były rozbierane na części albo przygotowywane do sprzedaży na innym końcu kraju. Zdarzało się też, że kradzione wozy służyły później do napadów, porwań czy ucieczek przed policją, a po wszystkim były porzucane albo podpalane, żeby zatrzeć ślady. W tamtych latach kierowcy nauczyli się jednej rzeczy – lepiej było oddać kluczyki niż ryzykować życie. Samochód zawsze dało się odkupić, a wielu napastników nie miało nic do stracenia. Przez to car-jacking bardzo szybko stał się symbolem ulicznej przestępczości końcówki lat 80. i początku lat 90., zwłaszcza w największych amerykańskich miastach. Jak to wygląda w obecnych czasach? Pełno aut ma teraz nowoczesne zabezpieczenia, alarmy, immobilisery czy GPS-y, dlatego wybicie szyby i odpalenie auta na krótko to już praktycznie przeszłość. Nie znaczy to jednak, że problem zniknął. Złodzieje po prostu poszli z duchem czasu i zamiast śrubokręta częściej używają elektroniki. Dzisiaj najczęściej lecą na sprzęcie, który potrafi przechwycić albo przedłużyć sygnał z kluczyka, dzięki czemu auto myśli, że właściciel stoi obok. Część ekip korzysta też z urządzeń podpinanych pod OBD, gdzie w kilka minut programują nowy klucz i odjeżdżają autem jak swoim. Car-jacking dalej istnieje, ale nie jest już tak częsty jak kiedyś. Teraz częściej dotyczy drogich fur albo aut robionych na zamówienie. Jak ktoś chce konkretny model, to ekipa potrafi obserwować właściciela nawet kilka dni, sprawdzić jego rutynę i dopiero wtedy uderzyć. Wszystko po to, żeby ograniczyć ryzyko do minimum. Po udanej kradzieży czas gra ogromną rolę. Auto potrafi zniknąć z ulicy i jeszcze tego samego dnia trafić do chop shopu, gdzie zostaje rozebrane na części, albo do garażu, w którym czeka na transport za granicę. Czasami zmieniane są numery identyfikacyjne, a czasami samochód po prostu rozbierany jest na tyle szybko, że po kilku godzinach ciężko stwierdzić, że w ogóle istniał. Takie ekipy rzadko działają w pojedynkę. Każdy ma swoją robotę – jeden obserwuje, drugi kradnie, trzeci podstawia auto do ucieczki, a kolejni zajmują się schowaniem albo rozebraniem wozu. Przez to od momentu kradzieży do całkowitego zniknięcia auta potrafi minąć dosłownie parę godzin.
