W czasach gdzie ludzie szukają miłości w sieci a samotność robi większy burdel w głowie niż dolar, emocje stają się towarem i to cholernie dobrze płatnym. Los Santos to miasto szybkich pieniędzy i popękanych serc. Tu każdy chce kogoś poznać, a jeszcze bardziej wyżalić i zanurzyć w czymś co choć przez chwilę wygląda jak bliskość. Wystarczy kilka dobrze ustawionych zdjęć, fejkowy profil, emoji w opisie i głębszych zdań o „zrozumieniu”, żeby faceci zaczęli klikać jak szczury podczas eksperymentu. A potem to już tylko spirala tych samych wydarzeń, fotki za przelew, głosowe wiadomości, „myślę o tobie” o 3:21 nad ranem. A jak się zakochają? Jeszcze lepiej. Bo wtedy przestają widzieć różnicę między wirtualnym ciałem a prawdziwym banknotem. Płacą, proszą, błagają i wtedy pojawia się propozycja numer dwa, „albo płacisz więcej, albo ktoś inny mnie dostanie”. Biznes jak każdy inny. Emocjonalna inwestycja, szybki zwrot, zero sentymentów. Miłość? Może i ślepa. Ale w Los Santos… zawsze kosztuje.