-
Postów
25 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez 98zajac
-
Valeria Vasquez Urodzona 31 marca 2001 w Caracas - stolicy Wenezueli. Jej życie rozpoczęło się kiedy Wenezuela od dawna już nie była krajem mlekiem i miodem płynącym. Jej rodzina, choć miała w żyłach krew dawnych elit, żyła w miejscu, które było dalekie od luksusu. Petare – największe slumsy Caracas – było jej domem. Dziewczyna jest latynoską o wyrazistej urodzie, która jednak skrywa surowość doświadczeń. Jej brązowe oczy, pełne czujności i skrytej determinacji, potrafią być zarówno ciepłe, jak i lodowate, zależnie od sytuacji. Smukła, ale wysportowana sylwetka zdradza nawyk ciągłego ruchu i życia w gotowości. Rysy twarzy są ostre, lekko kanciaste, lecz kobiece, a pełne usta często układają się w wyraz powściągliwej pewności siebie. Jej historia wbrew pozorom zaczyna się na długo przed jej narodzinami. Dawno temu, w czasach rządów Marcosa Péreza Jiméneza (1952–1958), rodzina Valerii należała do elity Wenezueli. Jej pradziadek, Don Emilio Vásquez, był wpływowym biznesmenem – posiadał ziemię, inwestował w nieruchomości i miał kontakty z wojskowym reżimem Jiméneza. W czasach boomu naftowego jego fortuna rosła, a rodzina żyła w luksusie, bawiąc się na eleganckich przyjęciach w Caracas i podróżując po Europie. Ale wszystko się skończyło w 1958 roku, gdy reżim Jiméneza upadł. Emilio musiał uciekać, a jego majątek został przejęty przez nowe władze. Choć rodzina nie straciła wszystkiego od razu, ich pozycja zaczęła się stopniowo osłabiać. Gdy w 1999 roku do władzy doszedł Hugo Chávez, sytuacja stała się dramatyczna. Dziadek Valerii, Augusto Vásquez, próbował trzymać się resztek rodzinnego majątku, ale w nowej, socjalistycznej Wenezueli ludzie tacy jak on byli uważani za „burżuazyjne pasożyty”. Zaczęły się nacjonalizacje, przejmowanie prywatnych firm i represje wobec dawnych elit. Ojciec Valerii, Salvador Vásquez, urodził się już w czasach kryzysu. Jako młody chłopak widział, jak jego rodzina traci kolejne domy, znajomi się od nich odwracają, a wpływy dawnych bogaczy maleją. Z czasem, bez środków do życia, wylądowali w coraz gorszych dzielnicach Caracas, aż w końcu trafili do Petare – miejsca, gdzie nikt nie pamiętał, że Vásquezowie kiedyś byli kimś. Valeria od najmłodszych lat nauczyła się, że życie tutaj to nie tylko hałas i chaos, ale też nieustanne napięcie. W zasadzie nie pamiętała życia poza slumsami. Ludzie tutaj żyli blisko siebie, głośno, wściekle i namiętnie. Dzieciaki biegały boso po zakurzonych ulicach, starsi chłopcy grali w piłkę między beczkami, a kobiety sprzedawały arepy na rogach. W dzień Petare było żywe, ale nocą stawało się innym światem. Gdy zapadał zmrok, nikt, kto miał instynkt samozachowawczy, nie wychodził bez powodu. Jej ojciec, Salvador, był w domu rzadko. Pracował całymi dniami, czasem znikał na całe noce. Nie mówił, czym dokładnie się zajmuje – pracował, tyle wystarczyło. Nie był złym człowiekiem, ale zmęczonym. Każdego dnia jego oczy robiły się bardziej puste. A kiedy wracał do domu, często siadał w fotelu, patrzył w ścianę i pił. Nie radził sobie ze straconym majątkiem i pozycją jego rodziny. Z pewnością obwiniał się za los całej rodziny. *** Był upalny dzień, taki jak każdy w Caracas. Valeria miała wtedy może dziewięć lat i biegała po barrio z grupą dzieciaków. Jej brat, Santiago, był już „za dorosły” na takie zabawy, ale zawsze trzymał na nią oko z daleka. Tego dnia Valeria podbiegła do małego straganu na rogu, gdzie starszy pan sprzedawał mango. Miała w kieszeni kilka boliwarów, wystarczająco na jedno małe owocowe trofeo. Wzięła je i już miała płacić, kiedy kątem oka zobaczyła coś, co sprawiło, że serce jej przyspieszyło. Dwóch mężczyzn w motocyklowych kaskach weszło na ulicę – jeden trzymał pistolet, drugi szarpał kobietę za torebkę. Rabunek. To się zdarzało w Petare częściej niż zachody słońca. Valeria powiedziała sama do siebie – jeśli ktoś cię zauważy, możesz stać się kolejną ofiarą. Zanim zdążyła się zastanowić, puściła się biegiem. Pędziła wąskimi uliczkami, przeskakiwała przez sterty śmieci, mijała wąskie przejścia, w których tylko dzieci potrafiły się przecisnąć. Zatrzymała się dopiero kilka przecznic dalej, serce waliło jej w piersi. - Mała, co ty odwalasz?! – **Santiago dopadł ją, łapiąc za ramiona. Miał w oczach strach, prawdziwy strach.** - Ja tylko… – **próbowała powiedzieć, ale nie miało to znaczenia.** - Następnym razem nie biegnij, bo jak ktoś pomyśli, że widziałaś za dużo, to nie będziesz miała gdzie uciec. To był pierwszy raz, kiedy zrozumiała, że w Petare nie chodzi o to, by być szybszym – chodzi o to, by nie być zauważonym. W Petare woda była skarbem – nie przywilejem, ale nagrodą za cierpliwość, czujność i odrobinę szczęścia. Z kranów nie leciało nic całymi dniami, czasem tygodniami, a kiedy w końcu coś zaczynało kapać, dzieciaki biegły po domach z krzykiem, wołając wszystkich, zanim ciśnienie znowu spadnie do zera. Valeria i Santiago dobrze znali drogę do jednego z betonowych zbiorników na dole barrio, gdzie stała długa kolejka ludzi z wiadrami, kanistrami i butelkami po detergentach. Wschodzili o świcie, schodzili po zmroku – strome schody, śliskie od wilgoci, były jedyną drogą w tę i z powrotem. Nikt nie mówił, ale wszyscy patrzyli sobie na ręce, bo w kolejce nie chodziło tylko o cierpliwość – czasem o przetrwanie. Prąd znikał równie często – bez zapowiedzi, bez powodu. W nocy światła gasły nagle, a Petare tonęło w ciemności, jakby całe miasto wstrzymywało oddech. Wtedy słychać było strzały. Długie serie, pojedyncze wystrzały, wrzaski, silniki motocykli – wszystko mieszało się z gorącem nocy i lepkim potem. Valeria pamięta, jak raz całą noc czekali z matką i Santiago na podłodze – nie dlatego, że bali się śmierci, ale dlatego, że wiedzieli, że w Petare zawsze umiera ktoś, kto był w złym miejscu o złym czasie. A rano, kiedy znowu pojawiała się nadzieja, pierwsze co sprawdzali, to kran. I kiedy usłyszeli bulgoczący szum, napełniając plastikowe wiadra, czuli się tak, jakby wygrali coś ważniejszego niż życie. To Santiago, jej starszy brat, tak naprawdę ją wychowywał. Był jej bohaterem. Miał szesnaście lat, kiedy ona zaczęła rozumieć, że świat nie jest sprawiedliwy. Miał w sobie coś, co sprawiało, że ludzie go lubili – był szybki, uśmiechnięty, wygadany. Kiedy grał w piłkę, wszyscy wiedzieli, że strzeli gola. Kiedy mówił, ludzie słuchali. Ale miał też w sobie gniew, który rósł z każdym rokiem. *** - Mała, zawsze będę cię chronić – **powtarzał jej, gdy bała się dźwięków wystrzałów w nocy.** Ale pewnego dnia Santiago zaczął znikać. Początkowo na kilka godzin, potem na całe noce. Wracał z nowymi butami, nowym telefonem. Nie mówił, skąd je ma, a Valeria nie pytała. Po prostu czuła, że coś się zmieniło. Miała jedenaście lat, gdy pierwszy raz naprawdę poczuła strach. Nie ten codzienny, kiedy w nocy słyszy się strzały, ale taki, który wżera się w kości i zostaje na zawsze. Santiago miał wtedy siedemnaście lat i już od jakiegoś czasu dziwnie się zachowywał. Wracał późno, nie patrzył jej w oczy. Tamtego wieczoru siedziała na schodkach przed domem, bawili się z innymi dzieciakami w wyścigi karaluchów (tak, karaluchów – w Petare nie było PlayStation, były owady). W pewnym momencie usłyszała silniki motocykli – trzy, może cztery. Jej brat wybiegł z domu, a chwilę później zobaczyła go na końcu uliczki, rozmawiał z jakimiś mężczyznami. Nie słyszała słów, ale widziała ich sylwetki. Jeden z nich trzymał broń Valeria była ciekawska. Zawsze taka była. Ale tego dnia, kiedy Santiago wrócił i zobaczył, że patrzyła, jego twarz była inna. Jakby kogoś innego. - Przysięgnij mi, że nic nie widziałaś. - Nie zrozumiała. - Valeria, PRZYSIĘGNIJ. Nie zadawała pytań. To był moment, w którym zrozumiała, że Santiago nie jest już tylko jej starszym bratem. Był kimś więcej. Lub kimś mniej. W dniu, gdy nie wrócił wcale, wszystko przestało mieć znaczenie. Z początku zapowiadała się zwykła noc. Chłopaka nie było, a matka chodziła od okna do okna i wyglądała. Z drugiej strony ojciec, który nawet się nie zainteresował. Noc minęła, a Santiaga nadal nie było w domu. Następnego dnia też nie wrócił, kolejnego też nie. Rozpoczęły się poszukiwania, wydzwanianie znajomych. Jeżdżenie z miejsca na miejsca. Nikt wtedy nawet nie myślał, że stało się coś złego. Wszyscy przypuszczali, że uciekł z dzielnicy. Zostawił rodzinę i spróbował nowego życia jak wielu chłopaków z Petare. Chłopak jak się później okazało należał do tej drugiej grupy ambitnych chłopców. Minęły dwa tygodnie, zanim przyszła wiadomość. Santiago nie żył. Jego ciało znaleziono w bagażniku spalonego samochodu na obrzeżach miasta. Policja nawet nie zadawała pytań. „Kartel” – tyle wystarczyło, by temat został zamknięty. Nie było śledztwa, nie było sprawiedliwości. Santiago był kolejnym numerem w statystykach, kolejnym ciałem, które znika bez śladu. Nie było pogrzebu. Nie było ostatniego pożegnania. Matka Valerii płakała przez tydzień, a potem zaczęła zachowywać się tak, jakby Santiago nigdy nie istniał. Ojciec pił jeszcze więcej. Valeria patrzyła na nich i czuła, że coś w niej pęka. To był moment, w którym wiedziała, że musi stamtąd uciec. Kilka dni później ojciec podjął podobną decyzję — miał amerykańskie obywatelstwo po swojej matce i postanowił zagrać ostatnią kartą. Sam fakt ukrywał do tej pory przed rodziną, jakby wstydząc się że nie jest rodowitym Wenezuelczykiem. Jednak teraz kraj pogrążał się w chaosie, a gdy władzę przejął Maduro, Salvador nie czekał na rozwój wydarzeń. Spakował rodzinę, wsiedli do samolotu i nie obejrzeli się za siebie. Valeria nigdy nie chciała opuszczać Wenezueli. Nie tak. Nie z poczuciem przegranej. Miała czternaście lat, kiedy wylądowali w Miami, ale czuła się, jakby umarła gdzieś po drodze. Wszystko było inne. Nie było zapachu smażonych arep na ulicach. Nie było krzyków sąsiadów, dudniącej muzyki i śmiechu, który w Petare mieszał się z dźwiękiem strzałów. Nie było Santiago. Pierwsze miesiące to była otchłań. Jej matka się nie odzywała. Ojciec pił. A ona? Nie czuła nic. Każdego wieczoru siadała przed telewizorem i oglądała wiadomości. Patrzyła, jak kraj, który jeszcze niedawno był jej domem, rozpada się kawałek po kawałku. Ludzie protestowali. Policja strzelała do tłumu. Maduro przemawiał, obiecując więcej pustych rzeczy, które nie miały już żadnego znaczenia. Salvador był silnym mężczyzną. Był twardy, stanowczy. Ale po śmierci Santiago coś w nim pękło. Nie mówił o nim. Nie mówił o Wenezueli. Nie mówił o niczym. Tylko pił. Najpierw wieczorami. Potem w ciągu dnia. Potem już zawsze. Valeria nienawidziła go za to. Za to, że ją zostawił, choć wciąż był obok. Za to, że nie próbował nawet trzymać matki za rękę, kiedy płakała nocami. Za to, że patrzył na nią tak, jakby była cieniem Santiago – i niczym więcej. Tamtego dnia lał deszcz. Salvador wyszedł z baru jak zwykle, chwiejnym krokiem, z butelką w ręce. Nikt nie wie, czy potknął się sam, czy po prostu nie zauważył świateł. Ale kiedy ciężarówka zahamowała, było już za późno. Matka Valerii krzyczała, kiedy dowiedziała się o jego śmierci. Ale Valeria? Valeria nie czuła nic. Pogrzeb ojca wypadł w pierwszym tygodniu jej uczęszczania do nowej szkoły. Amerykańska szkoła była jak inna planeta. Czyste korytarze. Plastikowe uśmiechy. Dzieciaki, które nigdy nie zaznały głodu. A ona? Była tam ciałem, ale nie duchem. Jej angielski był łamany, jej akcent gruby. Śmiali się z niej. Śmiali się z jej ubrań, z tego, że nie znała popkultury, że nie wiedziała, kim są bohaterowie seriali, o których wszyscy mówili. Pierwszego dnia ktoś próbował ją popchnąć. Odwróciła się i przywaliła mu w nos. Od tamtej pory przestali ją popychać, ale nigdy jej nie zaakceptowali. „Dzika.” „Ta z slumsów.” „Zobaczycie, skończy w więzieniu.” Nie obchodziło jej to. Bo prawda była taka, że nienawidziła tego kraju. Nienawidziła ich idealnych domków z ogródkami. Ich przekonania, że świat jest dobry, jeśli tylko wystarczająco się postarasz. Ich głupiej, plastikowej naiwności. Oni nigdy nie widzieli, jak ciało człowieka płonie w samochodzie. Nie słyszeli krzyków w nocy, nie musieli kłaść się na podłodze, kiedy ktoś zaczynał strzelać. Nie wiedzieli, co to znaczy bać się własnego miasta. Była tam obca. I nie miała pojęcia, czy kiedykolwiek się to zmieni. Czas jednak powoli leczył rany. Dziewczyna przyzwyczaiła się do technologii, dobrobytu i życia w nowej rzeczywistości. Valeria i jej matka trzymały się razem. Nie miały nikogo poza sobą, ale to im wystarczało. Miami było inne niż Caracas – bezpieczniejsze, spokojniejsze, ale też obce. Pomimo tego czuły ulgę, jakby wreszcie mogły oddychać pełną piersią. W pierwszych latach po śmierci Salvadora cieszyły się każdą drobnostką. Praca dorywcza Rosy, zdany egzamin Valerii, święta bez strachu że ktoś z bronią zapuka do drzwi. Santiago z pewnościa by nie uwierzył jak teraz wygląda ich życie. Valeria widziała matkę jak odzyskuje radość. Jak żyje bez uciekania, bez oglądania się za siebie. Po raz pierwszy od lat nie budziły się z lękiem w oczach. Ona sama złapała pierwszą pracę dorywczą w internecie. Gdy Valeria miała 22 lata udało się jej i jej matce uzyskać obywatelstwo USA. Ale ich radość nie trwała długo. Choroba Rosy przyszła nagle i niespodziewanie. Do tej pory kobieta bagatelizowała zmęczenie, bóle i utratę wagi. Przecież to mógł być nawet stres lub niewyspanie. ale badania nie pozostawiły złudzeń: rak. I to w stadium, w którym lekarze mówili więcej o czasie niż o leczeniu. Walczyły z tą chorobą przez niemal dwa lata. Było to cztery razy dłużej niż dawali Rosie lekarze. Kiedy matka odeszła, Valeria została sama. Po raz pierwszy w życiu nie miała nikogo. Stała nad jej grobem z uczuciem pustki, jakby świat znowu pokazał jej, że nie ma nic pewnego. Vale patrzyła, jak matka gaśnie, jak jej siła – ta sama, która trzymała ich rodzinę przez lata – powoli się wypala. Nie było pieniędzy na najlepsze leczenie, tylko na to, co mogło opóźnić nieuniknione. Próbowały trzymać się normalności, śmiać się, oglądać razem stare filmy, ale cień śmierci był coraz bliżej. Kilka dni przed swoimi 24. urodzinami Valeria zmierzyła się z dwoma kolejnymi tragediami. Z jednej strony organizowała pogrzeb matki z drugiej patrzyła, jak obcy ludzie wynoszą z jej domu ostatnie meble. Bank nie zostawił jej nic – tylko kilka tysięcy dolarów, garść wspomnień i gorzki smak zdrady. Okazało się, że ojciec podczas swojej krótkiej kariery w USA zdążył narobić im długów, o których nigdy nie powiedział, a teraz przyszło jej za nie zapłacić. Nie było sensu walczyć. Miami już dawno przestało być domem, a przeszłość ciągnęła ją w dół jak betonowe buty. Wzięła, co miała, kupiła bilet i wsiadła do pierwszego lepszego samolotu. Los Santos nie było rajem, ale było nowym początkiem. A tego teraz potrzebowała najbardziej. Valeria nie miała jeszcze pojęcia, co chce zrobić ze swoim życiem. Wciąż balansowała na granicy nadziei i rozpaczy, szukając własnej drogi, ale jedno było pewne – miała dosyć biedy i ciągłego strachu o przyszłość. Po śmierci matki, po całym tym chaosie, nie miała nikogo, kto by ją prowadził, a jedyne, czego pragnęła, to poczuć się pewnie, choćby przez chwilę. Była sama w obcym mieście, w którym nie miała przyjaciół, nikogo, kto by ją naprawdę rozumiał. Los Santos stało się jej miejscem, które miało stać się zarówno schronieniem, jak i początkiem jej nowego życia. To jak potoczy się jej przyszłość, wciąż było niepewne. Być może uda jej się znaleźć drogę wśród ludzi, którzy docenią jej upór i determinację. Może będzie żyć jak zwykła obywatelka, borykając się z trudnościami codziennego życia. Ale z drugiej strony, po tym wszystkim, co przeszła, łatwo mogła popaść w mroczniejsze ścieżki. Może podąży śladami brata, oddając hołd jego pamięci w sposób, który nie wiąże się z prawem. W jej sercu wciąż była ta nieugaszona potrzeba, by walczyć o to, co jej, nawet jeśli oznaczałoby to przekroczenie granicy jakiejś granicy.
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
-
Clara Fiorelli "Nie muszę być jedną z was, by pokazać, że jestem warta więcej niż wielu z was. Rodzina to nie rola, to lojalność – a ja swoją udowodnię, nawet jeśli będę musiała pisać własne zasady." Młode lata Urodzona 14 czerwca 1998 roku w małym miasteczku na północy Stanów Zjednoczonych. Nieślubna córka Allesandro Fiorelli i Isabelli Bianchi. Jest obywatelką USA mimo tego, że jej pochodzenie jest w pełni włoskie. Zarówno matka jak i ojciec są drugim pokoleniem włochów mieszkającym w Stanach. Dorastała pod okiem samotnej matki, gdyż jej ojciec prowadził podwójne życie. Był nie tylko wpływowym członkiem włoskiej mafii, ale miał też swoją drugą, oficjalną rodzinę. Od młodych lat matka kreowała w niej wielkie ambicje, i chęć posiadania wiedzy. Brak ojcowskiego wsparcia sprawił, że obrała sobie matkę jako swoją mentorkę. Isabella nadmiernie dbała o jej edukację, dostarczając jej książek, angażując w dodatkowe zajęcia i opłacając jej kurs języka włoskiego. Clara podczas pierwszych lat szkoły wyróżniała się inteligencją i sprytem, często widziała rozwiązania tam, gdzie inni widzieli mur nie do przeskoczenia. Została samozwańczą korepetytorką, która zarobiła swoje pierwsze pieniądze na pomaganiu rówieśnikom. Jednak już wtedy dążyła do celu, nie zważając na swoje sumienie. Pomimo, że sama nie oszukiwała, tak nigdy nie miała problemu by pomóc komuś uzyskać lepsze wyniki w nauce za pomocą oszustwa. Oczywiście za opłatą. Młode lata nauczyły ją, że życie to gra, w której wygrywają Ci, którzy znają zasady i wiedzą jak je nagiąć. Jednym z ważniejszych wspomnień jakie dziewczynie utkwiły w głowie były właśnie odwiedziny jej ojca. Gdy miała osiem lat, mężczyzna pierwszy raz przyjechał do nich na święta. Dla młodej dziewczyny mężczyzna był niemal mityczną postacią, odwiedzał ich rzadko, zawsze w eleganckim garniturze. Miał uśmiech, który skrywał wielkie tajemnice. Tego dnia dziewczyna otrzymała od niego drogi prezent, lalkę. Siedziała u ojca na kolanach i bawiła się zabawką, gdy ten palił cygaro. Duszący i ostry zapach wciskał się w każdy zakamarek pomieszczenia. Dziewczyna miała mdłości od samego zapachu, lecz tak bardzo pragnęła być blisko ojca, że została u niego na kolanach. W pewnej chwili popiół z cygara spadł na nowiutką lalkę, a zabawka ubrudziła się. Dziewczyna wystraszyła się i w efekcie zahaczyła ręką o cygaro. Od tamtej pory na jej dłoni został ślad po tym wypadku, a kobieta po dziś dzień czuje olbrzymie obrzydzenie do nikotyny. Allesandro zainteresował się jakkolwiek córką dopiero, gdy miała szesnaście lat i wykazała się przedsiębiorczością. Wykorzystała swoją znajomość włoskiego i zaczęła importować z Europy kosmetyki. W efekcie otworzyła sklep internetowy, na którym zaczęła zarabiać swoje pierwsze, bardziej poważne pieniądze. Zaradność sprawiła, że zbliżyła się do swojego ojca. Spędzała z nim więcej czasu, rozmawiała, chodzili wspólnie do kina, jeździli nawet czasami na wycieczki. W efekcie zaczęła podejrzewać kim jest jej ojciec. To sprawiło, że narodziła się w niej pewna niezdrowa fascynacja włoską mafią. Oczywiście nigdy jej nawet nie widziała, a ojciec nie zabrał jej nigdy do takiego towarzystwa. Pierwsze własne kroki Postanowiła działać dalej i załatwić sprawy na własną rękę. Przekonała ojca by opłacił jej studia na Uniwersytecie w Neapolu, by jednocześnie uczyć się włoskiego. Obrała sobie dosyć nieoczywisty dla kobiety kierunek - Inżynierię Mechaniczną. Umiejętność wykonywania skomplikowanych obliczeń wytrzymałościowych otwarło jej ścieżkę kariery w kierunku budownictwa i konstrukcji metalowych, jednakże Clara skupiła się na całkiem innym aspekcie tych studiów - projektowaniu. Świetnie radziła sobie z wymyślaniem różnych konstrukcji, a uczęszczanie do kółka naukowego pozwoliło jej poznać budowę pojazdów transportowych. W efekcie dziewczyna jeszcze we włoszech otworzyła kolejną firmę, tym razem transportową. Z początku były to małe legalne zlecenia, by przewieźć busem coś z jednego miejsca do drugiego. Nowa firma szybko się rozwinęła, a jej znajomość budowy busów i tirów pozwoliła jej na przemyt. Z czasem zaczęła brać coraz więcej “lewych zleceń” i upychać kontrabandę w dość nieoczywistych miejscach konstrukcji. Tym oto sposobem dorobiła się pokażnej sumy. Pod koniec studiów zamknęła swoją firmę poprzez sabotaż. Najpierw ubezpieczyła wszystkie pojazdy na wysokie kwoty, a następnie sama je zniszczyła, by móc ogłosić bankructwo i wymusić wypłatę znacznego odszkodowania. Nie obyło się bez sprawy w sądzie i podejrzeń. Została oczywiście posądzona o sabotaż, jednakże wybrnęła z tego dosyć zwinnie. Lata spędzone z zakłamanym ojcem i matce, która też niewiele o sobie opowiada, sprawiły, że dziewczyna potrafiła świetnie kłamać. Stała się małą królową dramatów jak jej matka i potrafiła odwrócić od siebie uwagę. W efekcie wybrnęła z zarzutów w przeciągu kilku miesięcy, a wszystkie zarzuty odpokutowała zaledwie miesięcznym pobytem w Neapolitańskim areszcie. Błąd życia Po powrocie do Stanów Zjednoczonych Clara była pełna ambicji i pewności siebie. Wierzyła, że jej inteligencja, spryt i zgromadzone pieniądze otworzą każde drzwi. Wiedziała już, czym zajmował się jej ojciec, i czuła, że przynależy do tego świata – że ma prawo do miejsca w rodzinie, niezależnie od swojej płci. Zdecydowana pokazać swoje umiejętności, Clara odnalazła przełożonych Allesandro Fiorelli. Było to trudniejsze, niż zakładała, ale determinacja i hojność wobec odpowiednich ludzi pozwoliły jej dotrzeć do drzwi tych, którzy kontrolowali rodzinę. Pojawiła się na spotkaniu bez zaproszenia, w eleganckim stroju, który miał podkreślać jej powagę i profesjonalizm. Kiedy usiadła przed grupą wpływowych mężczyzn, serce biło jej jak szalone. Mimo to zachowała zimną krew. Wyłożyła swoją historię, zaznaczając swoje powiązania rodzinne, umiejętności i osiągnięcia. Na koniec z dumą położyła na stół walizkę pełną gotówki, mówiąc, że jest gotowa zainwestować w rodzinę w zamian za szansę stania się jej częścią. Reakcja była natychmiastowa – sala wypełniła się śmiechem. Jeden z mężczyzn, widocznie rozbawiony jej śmiałością, rzucił: - Ty naprawdę nie wiesz, w co się pchasz, dziewczyno. Clara poczuła, jak ziemia usuwa się spod jej stóp. Nie rozumiała, co zrobiła źle. Miała wrażenie, że dobrze przygotowała się do tego spotkania, ale jej niewiedza o hierarchii i zasadach mafii sprawiła, że wyszła na naiwną amatorkę. Śmiechy szybko ucichły, a atmosfera zgęstniała. Jeden z przełożonych zmrużył oczy i zapytał zimnym głosem: - Skąd wiesz o naszej działalności? Clara zrozumiała, że popełniła ogromny błąd. Wytłumaczyła, że domyśliła się prawdy o ojcu i chciała w ten sposób oddać rodzinie należny szacunek. Jej wyjaśnienia niewiele pomogły – mężczyźni wpatrywali się w nią, oceniając, czy jest szpiegiem, czy tylko głupią dziewczyną z marzeniami o władzy. Nie straciła życia tego dnia tylko dzięki trzem czynnikom. Po pierwsze – miała pieniądze, które mimo wszystko budziły respekt. Po drugie – jej ojciec, Allesandro Fiorelli, miał pewne zasługi w strukturach mafii, co dawało jej ochronę. Po trzecie – jeden z przełożonych, być może rozbawiony sytuacją, postanowił dać jej szansę na wycofanie się z twarzą. Jednak Allesandro zapłacił wysoką cenę za wybryk córki. Mężczyzna zgłosił się dobrowolnie, by wziąć odpowiedzialność za jej czyny. Clara nigdy więcej go nie zobaczyła. Rodzina poinformowała ją jasno: ma natychmiast zniknąć, wyjechać jak najdalej i nigdy więcej się nie pokazywać. Wiedziała już wtedy, że kara za ten czyn była tylko jedna, a poniósł ją jej ojciec.
-
Italiano Connection Produkty włoskiego pochodzenia zawsze były pożądane na rynku amerykańskim, niezależnie czy był to alkohol, tytoń, cygara, bądź jedzenie. Amerykanie włoskiego pochodzenia uwielbiali wracać do kultury swoich przodków, kosztując dzieł starego kraju. W tej pięknej, patriotycznej otoczce swój interes w latach sześćdziesiątych odkryła La Cosa Nostra. Członkowie największej amerykańskiej mafii weszli w współpracę z swoimi sycylijskimi odpowiednikami, rozpoczynając "Pizza Connection". Sycylijczycy pozyskiwali morfinę z pól Maku w Turcji, produkowali z niej heroinę, a następnie przysyłali ją do Stanów Zjednoczonych w kontenerach z produktami potrzebnymi do produkcji pizzy. Długotrwała współpraca została rozbita pod koniec lat osiemdziesiątych przez FBI oraz DEA, a głośne procesy zakończyły się długimi odsiadkami dla zaangażowanych w proceder. W obecnych czasach nie słyszy się już o tak dużym imporcie nielegalnych substancji, jednak z pięknych dolin i wzgórz starego kraju dalej z wykorzystaniem transportu wodnego sprowadzone są wszelakie substancję, na których zarabiają mądrale włoskiego pochodzenia. Zaczynając od papierosów bez akcyzy, włoskiego tytoniu, cygar i kończąc na nielegalnym alkoholu, bądź innej substancji kontrolowanej przez władze federalne. Obecnie taki proceder trwa w najlepsze na terenie terminala wodnego Los Santos. Wszelakiej maści towar jest sprowadzany kontenerowcami, następnie personel doków zajmujący się rozładunkiem zostaje skorumpowany, a kontrola przymyka oko na przechodzące przez port towary. W jednym kontenerze przypływają również legalne włoskie produkty, które są sprzedawane w markecie z towarami starego kraju, prowadzonym przez jedną z zaangażowanych w nielegalny proceder. Półki i regały legalnego biznesu są również wykorzystywane do sprzedaży towaru, który wedle przepisów nie powinien znaleźć się w ten sposób na terenie Stanów Zjednoczonych. Mafijne siatki przemytnicze opierały się na ścisłej współpracy między lokalnymi kontaktami, a międzynarodowymi pośrednikami. Amerykańskie porty i magazyny były kluczowymi punktami w łańcuchu dystrybucji, gdzie dokonywano segregacji ładunków. Często na zapleczach magazynów i w opuszczonych lokalach przeprowadzano operacje mieszania nielegalnych substancji lub przygotowywania produktów gotowych do wysyłki. Przemyt nie ograniczał się jedynie do towarów. Mafia wykorzystywała swoje siatki także do transportu ludzi, broni czy innych zasobów, które mogły wzmocnić jej wpływy i działalność na nowych terenach. Takie operacje nie tylko generowały zyski, ale również budowały reputację mafii jako organizacji, która potrafi "rozwiązać każdy problem". Władze niejednokrotnie odkrywały, że nawet najbardziej niewinne przesyłki były starannie zaplanowanymi operacjami przemytniczymi, które finansowały dalszą działalność przestępczą. Sposoby przemytu Wykorzystywano przeróżne inne sposoby na przemyt towarów: - Ukrywanie towarów w legalnych ładunkach. (Np. Wino w beczkach na mleko.) - Przemycanie w sprzęcie i maszynach. (Chowanie w oponach, drzwiach samochodów, konstrukcji tira.) - Wykorzystywanie pasażerów. (Przewożenie zegarków, biżuterii. - Budowanie specjalnych skrytek w kontenerach - Zlecenie transportu przez legalną firmę. (Kurierzy nieświadomie przewozili paczki z cygarami.) - Przemycanie składników i przygotowanie towaru na miejscu Przemyt docelowy Najważniejszym i wbrew pozorom najniebezpieczniejszym momentem przemytu był tak zwany przemyt docelowy. Był to moment, w którym kontrabanda już przekroczyła granicę, ale nie dotarła jeszcze do punktu docelowego. (Magazynu, sklepu.) Ten moment generował największe ryzyko, ponieważ wpadka nie kończyła się utratą jednej partii towaru, ale całego magazynu, źródła dystrybucji, czy nawet wykryciem całej siatki przemytniczej. Osoby organizujące ostatnia trasę przejazdu towaru miały na głowie przekupienie obsługi doków, bądź przechwycenie towaru pod jej czujnym okiem. Następnie jak najszybciej przepakowywały towar do innych, mniej rzucających się w oczy skrytek w środku miasta. Całą akcję należało wykonać w olbrzymim stresie, szybko i z pełnym profesjonalizmem. Strefa OOC
-
"Trauma nie definiuje człowieka, lecz sposób, w jaki z nią walczy." Paola Reguera - trzydziestoczteroletnia Wenezuelka, który wyemigrowała ze swojego kraju w skutku traumatycznych przeżyć jak i niebezpiecznej okolicy. Stara się stanąć jakoś na nogi w nowych okolicznościach i próbuje zapomnieć o swojej przeszłości na wszelkie sposoby. Zmaga się z depresją, której się wypiera przed samą sobą i stałym poczuciem wyższości nad innymi wyuczonym przez lata opływu w luksusie. Choć ma wyraźne problemy, jest dosyć odpowiedzialna. Unika niebezpieczeństw i pomimo ostrego latynoskiego charakteru stara się przełamać i być spokojna, odpowiedzialna. Gdzieś z tyłu głowy ma jednak zakodowane by próbować manipulować otoczeniem dla własnej korzyści, co nie zawsze kończy się dla niej dobrze. Beztroska młodość Paola pochodzi ze słonecznej Wenezueli, gdzie spędziła całe swoje życie. Jako osoba z tzw. klasy średniej nigdy nie zaznała pełnego uroku tego kraju. Zamieszkując jedną z bogatszych dzielnic i uczęszczając do prywatnej szkoły uniknęła większości przykrych sytuacji, jakich doświadczać może przeciętny Wenezuelczyk. Jej matka Valeria jako nauczycielka przykładała latami szczególną uwagę do jej edukacji, co poskutkowała znakomitymi ocenami. Jednakże Paola nie poszła nigdy na studia z powodów finansowych. Pod namową rodziny, a w szczególności jej ojca Horacio, wzięła ślub z niejakim Miguelem już w wieku dwudziestu lat. Chociaż jej mąż był jej rówieśnikiem, tak nie do końca się dogadywali na samym początku. Paola po ślubie doświadczyła szoku, gdyż z dnia na dzień było ją stać na wszystko. Wypady na zakupy do Panamy lub impreza na jachcie na jeziorze Maracaibo stały się codziennością. Z dnia na dzień okazało się, że może trzy razy w roku sobie pozwolić na wakacje na Kubie i to wcale nie musi na nich oszczędzać. Tak oto, dwudziestoletnia Wenezuelka sama wkroczyła w dorosły świat z dużymi pieniędzmi. Sama? Niestety sama, gdyż jej mąż znikał z dnia na dzień i potrafiło nie być go tygodniami. To dosyć oczywiste, ponieważ posiadał własny statek transportowy i jako jego kapitan częściej bywał na morzu niż w domu. Oczywiście stało się to głównym źródłem problemów jak i kłótni. Padały wieczne oskarżenia o to kto, kogo, gdzie i kiedy zdradza. Choć Paola wiedziała, że jest niewinna, nigdy nie potrafiła tego w pełni udowodnić. Lata ich małżeństwa trwały w wiecznej rozłące. Paola z czasem zaczęła się dosyć odpowiedzialnie zajmować interesami, organizować kolejne kontrakty dla męża czy załatwiać zniżki w lokalnych hurtowniach na konserwy dla załogi. Oczywiście wszystkie te sprawy załatwiała w standardowy, tradycyjny Wenezuelski sposób - łapówką. Choć sama nie podjęła pracy, odciążyła w ten sposób męża i mogła zacząć z nim spędzać więcej czasu, podczas jego krótkich wizyt powrotnych. Dopiero w tym okresie ich życia zakochali się w sobie nawzajem. Po kilku latach małżeństwa dojrzeli na tyle, by przestać imprezować, a zacząć kochać. Lata mijały, majątek rósł, a Paola mimo to nie mogła zajść w ciążę. Pomimo naporów rodziny nigdy nie doczekała się potomstwa co sprawiło, że nieufnie podchodzi do ludzi którzy żyją w wielkich, kochających się rodzinach. Trauma Wszelakie życiowe problemy Paoli zaczęły się w wieku trzydziestu czterech lat. Miguel wrócił kilka dni temu z pracy, a dzień zapowiadał się dosyć spokojnie. Założyła mało wygodną, lecz elegancką sukienką, wymalowała się i wyperfumowała i wybrała się z mężem na obiad na mieście. Wzięła ze sobą jedynie dokumenty, niezmiernie ważne w tym skorumpowanym państwie. Zdając się na finanse męża beztrosko opuścili mieszkanie. Paola nawet nie pamięta o czym rozmawiali w momencie gdy podszedł... ten facet. Skinął dosyć pewnie na powitanie do Miguela jak dobry znajomy, po czym wsunął rękę pod kurtkę. Gdy do Paoli dotarło co się stało, w oddali słychać było zbliżający się radiowóz... ona stała cała we krwi w otoczeniu tłumu gapiów.... no a na ziemi leżał zastrzelony Miguel. Kompletnie straciła rachubę czasu w tym momencie, a jej wspomnienia są kompletnie zamazane. Pamięta tylko, że biegła ile sił w nogach. Później pamięta jak jej ojciec z wujkiem wychodzą z urzędu w którym pracowali i wciskają jej na siłę wizę do Stanów Zjednoczonych, Gdzieś przez mgłę kojarzy jej się jak wyrzucają worek pieniędzy do jakiejś rzeki i jadą na lotnisko. Do tej pory nie rozumie dlaczego się rozdzielili. Cała jej rodzina w jednej chwili wyemigrowała na Kubę, natomiast ona sama do Stanów. Nowe życie Zjawiła się w Los Santos z pokaźną sumą kolumbijskich peso, które jak się okazało w pierwszym lepszym kantorze, są nic nie warte. Wystarczyło na kilka tygodni w hotelu, lecz nie na dłużej. Pierwsze dwa tygodnie kobieta spędziła w hotelu, z butelką rumu i serialem w telewizji. W kompletnej depresji i z olbrzymim szokiem, zdecydowała się po dwóch tygodniach znowu zacząć żyć. Poukładała swoje sprawy i ruszyła przed siebie starając się zapomnieć o traumie i kompletnie lekceważąc powstałe w jego wyniku ryzyko wystąpienia zaburzeń psychicznych. Jednakże te wydarzenia sprawiły, że rozwinęła swój dotychczas wybuchowy i pewny siebie charakter również w pozytywną stronę. Nauczyła się zawodu i zaczęła rozwijać się artystycznie w lokalnym salonie tatuażu. Stała się bardziej odpowiedzialna i zaczęła więcej od siebie wymagać. Po kilku tygodniach udało jej się w końcu skontaktować z rodziną na Kubie jak i ją odwiedzić. Niestety dowiedziała się tam, że rodzina jej męża jak i on sam była ściśle powiązana z kartelem narkotykowym z Caracas. Tłumaczyło to wielomilionowe kontrakty na transport ziemniaków i kawy, jak stałą obecność męża na ich statku. Przeżyła kolejną traumę i tym razem nawet próbę samobójczą, dosyć niepewną i nieudolną. Jednak i z tego udało jej się wyjść, przynajmniej tak myśli. Tak oto Paola na stałe wyniosła się z rodzimych stron i zamieszkała w Los Santos. Zaczęła nowe życie w nowym kraju. Pełna ekscytacji, nowych wrażeń, nowych ludzi i... strachu? Tak, dokładnie. Od tamtej pory Paola już zawsze niepewnie odwracała się za siebie na ulicy, czując na swoim karku oddech ludzi... których nawet nie znała i zmagając się z depresją, którą z siebie systematycznie wypiera.
