-
Postów
65 -
Rejestracja
Treść opublikowana przez triple6
-
-
035. Elegy RH7 kontra Elegy RH5 - Starcie Legend na Torze Historii.
triple6 odpowiedział(a) na watafak temat w Behind The Wheels
**Vinnie R. popijając kawę i przeglądając media z rana u siebie w garażu natknął się na pismo Monique. Ucieszył się niezmiernie widząc, że jego znajoma wraca do działalności w Daily Globe.** -
written by Vinnie Rose - Daily Globe, 17/02/2024 Gallivanter – brytyjski producent samochodów terenowych i SUV-ów działający na rynku od 1948 roku. Znany jest głównie z produkcji pojazdów dla ludności cywilnej, natomiast oferuje także pojazdy wojskowe. Od roku 1970 w swojej ofercie posiada kultowy model Baller, o którym mowa w dzisiejszym artykule. Temat samej marki poruszyłem szerzej w moim poprzednim piśmie do którego gorąco zapraszam. W dzisiejszym artykule przyjrzymy się usportowionej i przedłużonej wersji Ballera generacji trzeciej, czyli Ballerowi ST-D (w rzeczywistości jest to generacja czwarta natomiast przyjęliśmy nazywać ją jako trzecią z tytułu nadania poprzedniej odsłonie tego modelu nazwy "Baller II" przez producenta, markę Gallivanter). Co trzeba mocno podkreślić to fakt, że czwarta, omawiana dzisiaj odsłona modelu Baller to prawdziwy synonim słowa luksus, przepych czy majestatyczność. Jest to wydanie tego legendarnego już SUV-a w sposób, który wyróżnia się nawet na tle pozostałych, poprzednich generacji słynących jak powszechnie wiadomo - z bardzo wysokiej jakości wykonania chociażby wnętrza lub kultowego już zresztą designu, który z daleka emanuuje prestiżem i klasą. Omawiany egzemplarz w tym wyposażeniu, w tej specyfikacji silnikowej z jaką mamy do czynienia w dzisiejszym piśmie i z którym sam aktualnie mam przyjemność mieć bezpośrednią styczność - bije na głowę swojego poprzednika, czyli Ballera II. Chcąc oczywiście wtrącić adekwatne, sprawiedliwe zestawienie - omawiany egzemplarz porównuję rzecz jasna do Ballera 2 gen. także w wersji przedłużonej i usportowionej - oznaczonej jako ST. Co jest dla mnie, zresztą tak jak też dla reszty środowiska pasjonatów, ogólnie pojętego świata motoryzacji zaskakujące, jednocześnie bardzo pocieszające - Gallivanter ostatecznie nie wycofał się z umieszczania w swoich autach silników, których główną cechą charakterystyczną jest duża pojemność, co za tym idzie - wysokie spalanie. Mowa tutaj o jednostkach napędowych, które owiane są złą sławą - jednostkach nieekologicznych, rzekomo zatruwających środowisko i co pewne - spędzających sen z powiek eko-aktywistów, których często i prześmiewczo określa się mianem /ekoterrorystów/. Cóż, spoglądając na ich poczynania, dziwne zachowania, których obserwatorami jesteśmy - bezpośrednio lub pośrednio na ulicach - nie można się dziwić, że część społeczeństwa odbiera ich działalność negatywnie. Ale okej! Nie o eko-aktywistach dzisiaj mowa. Do poruszenia mamy o wiele ciekawszy wątek, a jest nim już wcześniej wspomniany, wielokrotnie zresztą - Baller ST-D. Co w nim takiego fascynującego? Pozwolę sobie w tej części mojego wywodu pominąć kwestie wyglądu, wykończenia, innowacji czy gabarytów, aby poruszyć... tak. Zaglądając w katalog dostępnych wersji silnikowych przy składaniu zamówienia na Ballera 3 gen. możemy zdać sobie sprawę jakie ogromne szczęście i dobrostan nas obejmuje, jeszcze... podkreślam jeszcze! Że nie skończyliśmy... tak jak Europa, którą niestety ekoterroryzm zdążył dopaść. Ale okej, wracając - zaglądając w katalog widzimy, że Gallivanter w przypadku czwartej odsłony, trzeciej generacji Ballera pomimo dwóch możliwości wyboru napędu plug-in, listę z ofertą silników zaczyna od pozycji trzylitrowych napędzanych benzyną, zarówno jak i dieslem silników - zaczynając od mocy 259KM, a kończąc (przy pojemności trzech litrów) na 550KM! Czytajcie dalej, bo to nie koniec. Po pozycjach trzylitrowych ukazują nam się jeszcze dwie opcje do wyboru, są to: 4.4L V8 (530KM), 4.4 V8 (615KM) - czyli powszechnie znane silniki, napędzające mocniejsze wersje modeli Ubermachta. I to ten ostatni, najmocniejszy motor charakteryzuje właśnie wersję ST-D. Ja bym tą sytuację porównał po prostu do wychodzącego słońca zza ciemnych chmur, po silnej burzy. Gallivanter wypuszczając drugą generację Ballera nastawiał, przygotowywał nas na nadchodzącą przykrą rzeczywistość. Zaczęliśmy ją powoli z przygnębieniem akceptować, a tutaj proszę! Nagle prezentuje światu najnowszą generację z rodzajem silnika za którym wszyscy tęskniliśmy. Przepraszam, prawie wszyscy - zapomniałem o ekoterrorystach. Jestem w stanie sobie wyobrazić niejedną i niedwie persony. Pasjonatów, kierowców - słyszących brzmienie Ballera II, przy tym przypominając sobie generację pierwszą i te ponad cztery litry pod maską. Z przeświadczeniem, że takie samochody już nie są i nie będą w produkcji. A jednak! Cóż, to tyle w ramach wstępu - przejdźmy zatem dalej do omówienia poszczególnych obszarów tego pięknego, brytyjskiego tworu. Parametry silnika, który znajduje się pod maską tejże bryły, którą jeżdżę i którą sprawdzam specjalnie dla was - wymieniłem wyżej. Nie mniej jednak, nie zaszkodzi przypomnieć, dodatkowo podkreślić - do czynienia mamy z 4.4 litrową V-ósemką, która generuje moc 615 koni mechanicznych. Widnieje tutaj 8-biegowa, automatyczna skrzynia biegów i oczywiście napęd na cztery koła. Z tytułu tych podzespołów możemy liczyć na przyspieszenie do pierwszej setki w przeciągu zaledwie 4.5 sekundy oraz na prędkość maksymalną wynoszącą wartość 261km/h. Producent deklaruje także, że przy pełnym baku i spokojnej jeździe realny zasięg to 775 kilometrów. Zużycie paliwa przy niskich/umiarkowanych prędkościach to 11.5l/100km, natomiast przy wysokich - 20l/100km. Oczywiście jeżeli mówimy o designie, ten podobnie jak w poprzednich generacjach - również oparty jest na prostocie. Zarys tej bryły, detale w jej kształcie przede wszystkim projektowane były, czy też nastawione są na poprawę właściwości aerodynamicznych. Omawiany Baller w wersji ST-D, którego przyjemność mam testować - posiada współczynnik oporu powietrza na poziomie zaledwie trzydziestu setnych, czyli mamy wynik niższy niż w przypadku Pfister Comet S2. Jest to, jak nie trudno się domyśleć - też najlepszy wynik wśród dużych SUV-ów. Przyczyniają się do niego m.in drobiazgi, takie jak: obniżenie linii dachu o 10mm, chowane klamki czy sposób w jaki zakończono tył. Jak widzimy, jest to prosty, czysty tył w którym ukryto lampy i kierunkowskazy. Oczywistą kwestią jest fakt, iż na wygląd zewnętrzny każdy spogląda z własnej, subiektywnej perspektywy - wedle upodobań, nie mniej jednak przyznać trzeba, że ten obraz, który tutaj widzimy - jest obrazem spójnej, schludnej grafiki. Nawet wtedy, kiedy światła są wyłączone. I przechodząc do wnętrza, do przestrzeni przeznaczonej dla kierowcy jak i jednego pasażera obok. Spoglądając po tym na kokpit, na ilość przycisków, rozpraszaczy trzeba stwierdzić jedno, stwierdzić definitywnie wręcz - Gallivanter postawił na rozsądny minimalizm. Najważniejsze przełączniki, odpowiadające za temperature czy tryby jazdy - pozostały w formie fizycznych pokręteł, to mi się bardzo podoba. Za kierownicą widzimy wyświetlacz kierowcy o przekątnej 13.7 cala, może on ukazywać dane w jednym z trzech podstawowych trybów. Oprócz tego można samemu ustawiać, wybierać - jakie dane mają być prezentowane. Z kolei środkowy wyświetlacz o przekątnej 13.1 cala służy do zarządzania pojazdem i multimediami. Na tym ekranie ustawia, reguluje się absolutnie wszystko, włącznie z poziomem otwarcia nawiewów. Chwilę próbowałem się tymi wszystkimi opcjami pobawić, poustawiać je pod swoje preferencje, natomiast finalnie odpuściłem. To jednak dla mnie zbyt skomplikowane, zbyt dużo tego w jednym miejscu - zwariować można. Przestrzeń, tzw. "kieszenie" znajdujące się w drzwiach jak na gabaryty tego ogromnego pojazdu są naprawdę niewielkie. Z trudem stabilnie umieścicie w niej półtora litrową butelkę wody, a jeżeli już to zrobicie - możecie spodziewać się tego, że po kilku mocniejszych zakrętach wypadnie ona stamtąd. Nie do końca rozumiem zamysł dwóch, podzielonych schowków po stronie miejsca pasażera - zamiast jednego, większego. Oprócz tego jeszcze ciekawostka - pod oparciem na łokieć można zamontować malutką lodówkę. Całkiem przemyślana sprawa w kontekście praktyczności, w upał zawsze dwie puszki gazowanego napoju się tutaj zmieszczą, chłodząc się w międzyczasie. Pomijając ten wariant, w wersji z naszym wyposażeniem jest jeszcze permamentnie wbudowana lodówka z tyłu, natomiast nie będę wchodził w szczegóły, przedstawiał tutaj detali - to mało istotna kwestia w świetle całokształu samochodu, na dodatek - w żaden sposób nadzwyczajna. Poza tym myślę, że w samochodzie za takie pieniądze producent winien czuć się zobowiązany zadbać, pamiętać o takich kwestiach symbolicznych nawet czasem, niezależnie od pakietu wyposażenia. Tutaj nie ma do wyboru pomiędzy wersją dla przeciętnie majętnych, a po prostu majętnych. Ten samochód, będąc nowym, wyjeżdżającym z salonu - nie ma możliwości wpaść w rączki osoby niemajętnej, uwierzcie. Skoro o wnętrzu mowa, grzechem byłoby nie poruszyć kwestii bagażnika i jego pojemności. Przed tym natomiast jeszcze krótko o kanapie z tyłu, tylnich fotelach - ogólnie o doznaniach płynących bezpośrednio z zajmowania miejsca jako pasażer na końcu. Z tego tytułu, iż mamy do czynienia z wersją z przedłużonym rozstawem osi, jak można było przewidzieć - po zajęciu pozycji siedzącej zetkniemy się z obszerną przestrzenią na nogi. W moim przypadku, mierząc ponad metr osiemdziesiąt zostaje mi jeszcze spory zapas miejsca. Jeżeli chodzi o odstęp głowy w stosunku do podsufitki, pozostaje nieduży dystans. Myślę natomiast, że osoby mające ponad dwa metry wzrostu - mogą w tym obszarze doznać nieco dyskomfortu. W kwestii fotela, operować nim możemy w zakresie od pozycji siedzącej do pół-leżącej. Co ciekawe, środkowe miejsce za pośrednictwem jednego ruchu dłonią zamienia się w tzw. "podłokietnik" - co prawda ślimaczym tempem, aczkolwiek - proces ten wykonuje się automatycznie, na zawołanie. Kiedy finalnie rozłoży się do końca, w zasięgu naszego wzroku pojawi się wbudowany tablet. Przy jego użyciu możemy sterować ustawieniami foteli, klimatyzacyją, czy uwaga... uchwytami na napoje. Woah, tego się nie spodziewałem. Nie wiem kto z tego korzysta, natomiast tak jak też wspomniałem na początku - model ten jest synonimem słowa przepych. Hah, nie wiedziałem, że aż tak! I o mało nie zapomniałem, a koniecznie chciałem wspomnieć - siedząc z tyłu mamy większą możliwość zwrócenia uwagi na ten piękny, przeszklony dach. W trasie można się tutaj poczuć naprawdę jak światowej klasy polityk, biznesmen... albo conajmniej celebryta! A co do bagażnika - już w standardowym pakiecie wyposażenia w tym miejscu powita nas bezdotykowe otwieranie i zamykanie klapy. Za pomocą czujniku ruchu pod zderzakiem, wykonując delikatny zamach stopą w jego obszare - jesteśmy w stanie wspomnianą klapę otworzyć, a raczej sprawić, by się otworzyła. Po uchyleniu powita nas znowu kolejny bajer. Tym razem może nieco mniej użyteczny i praktyczny, aczkolwiek jak widać - wzamian za grubą walizkę pieniędzy producent na każdym kroku mile nas zaskakuje, a przynajmniej próbuje. O jakim wynalazku mówię? Odrazu z brzegu, w zasięgu ręki zastaniemy dwuczęściową klapę. Po pociągnięciu za jej jedną część uzyskamy... prowizoryczną ławkę? Chyba tak to można nazwać. Tuż przy niej mamy specjalne wydzielone, przygotowane miejsce, w którym możemy umieścić napój. Wygląda to jak przestrzeń na termos. Cóż, w końcu mamy rodzinne auto, jak widać - z potencjałem do wypraw w plener. Przechodząc już finalnie do samego bagażnika i jego pojemności: dla wersji pięcioosobowej wg. oficjalnych danych to 725 litrów pod półką, 1050 litrów do linii dachu i 2727 litrów ze złożonymi oparciami. W wersji siedmioosobowej pojemność pod półką wynosi 713 litrów, z rozłożonym trzecim rzędem - pozostaje 229 litrów. Półka otwiera się automatycznie lub można wymusić jej otwarcie przyciskiem. Wychodzę z założenia, że takim samochodem - rocznym czy niedawno odebranym z salonu, no bądźmy szczerzy - nie wyjeżdża się w teren, w błoto, w ogólnie pojęty offroad. Oczywiście model Baller niezależnie od generacji zdolności terenowe posiada. Mimo delikatnego zacierania się tej idei, dalej przynajmniej część z tych zdolności była, jest i mam nadzieję, że będzie zachowywana. Sam osobiście nie wiem czy choć raz zabrałbym ten wóz, mając go na własność w taką przejażdżkę, natomiast na potrzeby tego artykułu uzyskałem zgodę od osoby będącej właścicielem na niedługą, aczkolwiek momentami nieco wyboistą trasę. Momentami naprawdę zwalniałem do pięciu na godzinę, poniżej pięciu. Ze względu na 22' calowe felgi, które są tutaj zamontowane, na lakier i na ryzyko uszkodzenia jakiejkolwiek części, których wymiana, nawet w przypadku pierdółki - kosztuje naprawdę wiele! Nie mniej jednak mimo mało emocjonującego przejazdu z tytułu niskiej prędkości i odpowiedzialności wiszącej z tyłu głowy, wyciągam prosty wniosek: czwarta odsłona Ballera radzi sobie w terenie! Zdecydowanej większości, jak nie prawie wszystkich z tych nierówności, dołków nawet nie odczułem siedząc w środku. To jednak o czymś świadczy. Chcesz dołączyć do zespołu działu Daily News? Kliknij w reklamę i złóż aplikację!
-
written by Vinnie Rose - DAILY GLOBE, 10/02/2024 LOST EMPIRE pełnym składem. Zespół w rozmowie porusza m.in kwestie minionej przerwy w swojej działalności, dużej rotacji członków, planach wydawniczych w najbliższym czasie oraz kilku innych wątków. Vinnie Rose: Dobry wieczór Los Santos! Mówi do was, dla was - Vinnie Rose. Część z was zapewne już mnie kojarzy, część nie, nie mniej jednak witam was wszystkich bardzo serdecznie! Mamy piątek, dziewiątego lutego. Godzinę... za moment dwudziestą pierwszą. W naszym studiu ogromną przyjemność gościć mam ekipę w pełnym składzie, ekipę zespołu Lost Empire! Wydaje mi się, że chyba nie ma potrzeby wymieniać pokolei każdego z członków. Słuchacze, a w szczególności fani - doskonale wiedzą kto jest kim. Mimo tego jednak oddaję głos każdemu z nich, aby mieli okazję oficjalnie się przywitać, w ramach przypomnienia ewentualnie przedstawić się w dowolnie wybrany sposób i opcjonalnie, zależnie od chęci - dodać coś od siebie. Proszę bardzo! Raze Tash mówi: Hej, witajcie. Jestem Raze, Raze Tash - gitarzysta w Lost Empire, jeden z tych wesołków, który zawsze ma coś do dodania. Kyler Kelly mówi: No to skoro jeden gitarzysta to i drugi musi się ujawnić. Kyler Kelly, gitara prowadząca dla tej całej bandy wariatów zwanej Lost Empire, siemanko! Jack Müller mówi: Cześć wam, to ja - Jack. *uśmiechnięty ukłonił się do kamery w studiu* - Dzięki Vinnie za zaproszenie. Mam nadzieję, że ta rozmowa rozmyje niektóre wątpliwości, jak i zaciekawi naszych słuchaczy. Cassius Arceneaux mówi: Heyy, tutaj Cassius-Bębniarz-Arceneaux, ten który zawsze się wydurnia niezależnie od sytuacji, o czym Jack doskonale wie. *zaśmiał się nieznacznie pod nosem* - Również mam nadzieję, że rozwiejemy pare wątpliwych chmur i pogadamy o... rzeczach, phe. Zack Tash mówi: A z tej strony Zack, brat Raze'a jak i nowy nabytek zespołu. *zaśmiał się pod nosem* - Zapewne podczas wywiadu sam dowiem się sporo o przeszłości zespołu, a to akurat strasznie mnie ciekawi *uśmiechnął się*. Jack Müller mówi: O nowym nabytku powiedziałeś młody szybciej ode mnie. *także zaśmiał się, wtrącił dodatkowo* - Szybko się uczysz. Vinnie Rose: *także krótko się zaśmiał, rozglądając się po gościach dodał finalnie* - Okeeej, panowie. Mniemam, że to chyba wszystko w ramach wstępu. No chyba, że się mylę. Chcecie jeszcze coś dodać czy zaczynamy? Cassius Arceneaux mówi: Nie ma co, lećmy z tematem! Vinnie Rose: Super. W takim razie lecimy, nie ma na co czekać. Myślę, myślę... chyba zaczniemy od tego pytania. *spoglądając w kartkę, kontynuował* - Czym była spowodowana ostatnia przerwa, ten przestój w funkcjonowaniu waszej kapeli? Czy odpowiedzi na to pytanie możemy szukać w jednym z dawnych postów, który poruszał temat ciebie, lidera? *rzucił chwilowo wzrokiem na J.Muller* - Nie wszyscy pewnie kojarzą, nie wszyscy pamiętają - był to post mówiący o tobie i o tym jak samotnie spożywasz alkohol na ławce. Bądźmy szczerzy - nie napawało to entuzjazmem, wręcz przeciwnie. Taki obraz wzbudzał niepokój. Czy to był główny powód, a może jeden z wielu, będących przyczyną wcześniej wspomnianej przerwy? Co możecie nam na ten temat powiedzieć? Jack Müller mówi: Nie będę tego ukrywać, gdyż moi przyjaciele z zespołu, jak i rodzina z Astaroth wie, że nie stroniłem od alkoholu. Wspomniana sytuacja miała akurat miejsce w trakcie mojej przejażdzki rowerowej, miałem wtedy dość trudny okres w związku ze swoją byłą kobietą. Ciężko było mi przebywać w mieszkaniu, ale czy ma to związek z przerwą w zespole? Niestety muszę powiedzieć, że tak. Po pewnych sytuacjach do których doprowadzałem będąc pod wpływem stwierdziłem, że jedynym rozwiązaniem dla mnie jest odwyk i na takowym też... wylądowałem? Nie wiem jak to nazwać, gdy sam się na niego zapisałem. Po prostu potrzebowałem kogoś nad głową z potocznym kijem. Osoby, która mnie nim zdzieli jeśli najdzie mnie chęć. Na ten moment jestem już trzy miesiące czysty, jeśli chodzi o jakikolwiek alkohol. Jeśli chodzi o ogólny powód tej przerwy, powiem tak: z rodziną najlepiej na zdjęciach - mój brat Felix, Jessamine i Nikki byli osobami z którymi zaczynałem to wszystko. No i oczywiście pomiędzy mój przyjaciel - Cassius, który do dziś przygrywa nam na bębnach, a w tej chwili siedzi od mojej prawej strony. *krótko spojrzał na Cassiusa, uśmiechając się* - Jessamine miała swoje powody, żeby odejść, tak samo zresztą jak Felix i... Nikki niestety również skończył na odwyku alkoholowym, z przymusu. Pamiętam jak jego jedynym warunkiem zagrania koncertu była butelka przy klawiszach. *zaśmiał się pod nosem, kiwając głową na boki* - Byłem wtedy w lekkiej rozsypce, poszukiwania nowych członków trochę trwały. Parę osób po drodze się przewinęło, ale na ten moment mam nadzieję, że nasz skład pozostanie nienaruszony, ponieważ razem z chłopakami - idealnie rozumiemy się w trakcie naszej pracy. *lekko uśmiechnął się pod koniec wypowiedzi, przy tym także - rozglądając się po reszcie* Vinnie Rose: Dzięki za naprawdę wyczerpującą odpowiedź, to trzeba przyznać - wyczerpującą. Właśnie takich odpowiedzi oczekują fani, słuchacze no i ja zresztą też. *uśmiechnął się szerzej, kontynuując* - Czyli jako powody tego przestoju w funkcjonowaniu Lost Empire możemy wymienić twoje problemy osobiste, kiedy to byłeś w rozsypce. Oprócz tego niestety z różnych powodów odpadli inny członkowie. Cieszę się, podejrzewam, że nie tylko i ja, że podjąłeś jakieś kroki w kierunku walki z alkoholizmem, czy też po prostu ruszyłeś z pewnymi kwestiami życiowymi, które skłaniały cię do nadużywania. W końcu wasza działalność dzięki temu też odrodziła się. Dobrze, w takim razie myślę, że możemy przejść dalej. *rzucił chwilowo okiem na kartkę, kontynuując* - Pytanie dość ogólne, natomiast podejrzewam, że fani i słuchacze, w tym także ja - otrzymamy odpowiedź ze szczegółami. *zaśmiał się, po czym dodał* - Jak wygląda u was proces twórzy? Wiecie, tak od zaplecza parę słów, jakbyście mogli wtrącić. Kyler Kelly mówi: Cóż... przy dużej większości utworów, pierwsza myśl przychodzi zazwyczaj od Jack'a. Streszcza nam krótko pomysł: "Chłopaki, mam pomysł taki i taki", rzuca nam napisany tekst i dostajemy wtedy pełne pole do popisu. Często też sam wskazuje jasny kierunek, co mamy robić, a wtedy już wszyscy bierzemy się w pełni do roboty, razem z Raze'm siadamy i zaczynami tworzyć linie gitar, Cass schematy bębnów i tak dalej. Często tworzymy kilka próbnych wersji utworu, które następnie gramy razem w naszym garażu, nanosimy poprawki no i... dzieje się wtedy prawdziwa burza mózgów. *zaśmiał się krótko* - I tak wybieramy finalną wersję, którą już zostawiamy, choć muszę ci przyznać, Vinnie, oraz wam słuchacze - wielokrotnie dopieszczamy jeszcze nasze utwory, nawet kiedy są już uznane za gotowe. *po raz kolejny zaśmiał się, nieco ciszej* Cassius Arceneaux mówi: W zasadzie jest to... kwestia prób i błędów. Co pasuje, a co jest do napisania od nowa. Ewentualnie co może być do finalnych szlifów. Piękno tego polega na tym, że... hmm. Nie ma opcji by stworzyć, czy nawet zagrać idealnie tą samą rzecz. Jack Müller mówi: No i jeśli mogę coś dodać siebie, może i jestem tym wizjonerem, ale poniekąd taka jest moja rola. Teksty utworów zazwyczaj piszę pod napływem jakiś emocji, albo na podstawie sytuacji z życia wziętych, tak jak nasze ostatnio wydane Past Reflections jest swojego rodzaju spowiedzią z mojej przeszłości alkoholowej. Wcześniej również odpowiadałem za gitarę basową, natomiast teraz brzemię to spadło na Zack'a. Raze Tash mówi: Czasem też jest tak, że ja mam inną wizję na dany utwór ze strony gitary. Do tego Kyle ma inną wizję, i tak jak przedmówcy wspomnieli - szukamy wtedy tego złotego środka i dopieszczamy jak tylko możemy dany kawałek. Vinnie Rose: Rozumiem. Osobiście wychodzę z założenia, że jeżeli tworzy się treści, które są sztuką, a przynajmniej chcemy je tak nazywać - powinny one płynąć z emocji, prosto z serca. I ja osobiście taką sztukę traktuje jako tą autentyczną, prawdziwą, a nie stworzoną w celach zarobkowych. Swoją drogą widzę, że na podstawie tego, co mówisz, Kyler... *rzucił okiem na K.Kelly, od razu po tym kontynuował* - Jack posiadając tytuł lidera, rzeczywiście gdzieś swoim działaniem wpasowuje się w zakres posiadania tego miana. Chyba dobrze jest mieć dowódcę, który wie co robi i sprawdza się w swojej roli, co? *zaśmiał się cicho, kontynuując wypowiedź* - Dobra. Pytanie, tak samo jak poprzednie, wydaje mi się, że zostało przez was wyczerpane. Także co, chyba nie ma na co czekać, hm? *przez moment rzucił wzrokiem na kartkę, następnie wrócił nim na członków kapeli, ponownie dodając* - Czy muzyka przynosi wam satysfakcjonujące zyski? Post Celebrity Preview trochę ostatnio namieszał. Jak to z tym w końcu jest. Jesteście w stanie utrzymać się robiąc tylko muzykę, czy jednak nie? Jak wyglądają realia na tym pułapie? Jack Müller mówi: Oj, Vinnie... *uśmiechnął się, po czym zaczął się śmiać, dodał następnie* - większość pieniędzy, jakie dostaniemy to inwestujemy dalej w rozwój zespołu. Sprzęt, oprawa, ogólnie logistyka... czy dałoby się z tego wyżyć? Oczywiście że tak, ale nawiązując do ostatniego postu - też jesteśmy ludźmi. Każdy ma czasem dryg do robienia czegoś poza całą otoczką. Czy to należy hańbić? Oczywiście, że nie! Szanuję ludzi bez znaczenia na to, jaką pracę wykonują i jeśli chcą to robić, to bardzo dobrze, a co do całej sytuacji - wydaje mi się, że tutaj powinien wypowiedzieć się główny, zamieszany w tą akcję. *kiwnął głową w stronę Cassius'a* - Sam mimo wszystko byłem lekko zaskoczony, gdy go tam pierwszy raz zobaczyłem. Cassius Arceneaux mówi: Wiesz co, na pewno nie można powiedzieć, że nic z tego nie ma. To byłaby kosmiczna ściera. Za to, co również jest kosmiczne - to wyobrażenia ludzi na temat tego, ile tak naprawdę pieniędzy się na tym zarabia. Jak też Jack wspomniał, większość pieniędzy wkładamy w dalszy rozwój. Sprzęt, mniejsze lub większe naprawy naszej piwniczki, w której pogrywamy, czy też po prostu zwykłe codziennie wydatki. Faktycznie przez ostatni czas nie było u mnie kolorowo, dlatego znalazłem się w Moka. Wykonywałem tam pracę bardzo podobną do tej, jak w niejakim Hakaelu należącym kilka miesięcy temu do Fehu i Eelisa. Mogłem poprosić chłopaków o pomoc, aczkolwiek uważam, że tyle, ile jestem w stanie znieść sam, to po prostu skupiam się na tym i nie narzekam, że jestem pępkiem świata. Praca jak każda inna, totalnie nie widzę powodu, aby jakkolwiek się tego czepiać. Mimo wszystko każdy jest człowiekiem - każdy ma gorsze chwile, ale to, czy sam podejmiesz kroki w kierunku poprawy sytuacji, to TYLKO i wyłącznie twoja osobista decyzja, zależna w stu procentach od ciebie. Vinnie Rose: Rozumiem. Komentując kwestię, którą poruszyłeś na początku, Cassius. Jedni myślą sobie, jakoby miało się zarabiać w tym kosmiczne sumy, tak? Mniemam, że spotkałeś takich ludzi, skoro o nich wspominasz. A drudzy za to wychodzą z założenia, chociażby na podstawie widoku twojej osoby we wcześniej wspomnianej kawiarni - że najwyraźniej nie zarabia się nic w muzyce, na tym pułapie, na którym jesteście. Nic, a nic! *zaczął się śmiać, po chwili kontynuował* - Ajj, hahahah. Taaak, ludzie lubią popadać w skrajności, co? Mniejsza z tym, wracając - myślę, że w kontekście tego, co powiedziałeś, można poprostu wspomnieć o uniwersalnej prawdzie, o uniwersalnej prawdzie? Emm, chyba można to stwierdzenie podpiąć, mianowicie: prawda zawsze leży gdzieś po środku. No dobra, prawie... zawsze! Natomiast w tej sytuacji myślę, że leży po środku. Hmm, chyba przejdziemy do następnego pytania. Nie przedłużając, czemu macie taki przemiał osób w zespole, a przynajmniej w ostatnim czasie? O jednej osobie wspomniał nam na początku Jack, a co z resztą? Osoby które odeszły, nie dogadywaliście się z nimi? Wynikły po drodze jakieś trudności w komunikacji, we współpracy? Z czego to wynika? Jack Müller mówi: Nie chce rozciągać zbyt tematu Jessamine - na ten temat jedynie mógłby wypowiedzieć się Cassius, ale po prostu uszanuję również jego prywatne zdanie jak i życie. Natomiast Felix, mój brat - najprościej w świecie mówiąc, jak człowiek stwierdził, że to nie dla niego. Przez krótki okres była również u nas gitarzystka - Alice Winter, która w wolnych chwilach zajmowała się fotografią. Finalnie przeszła całkowicie na robienie zdjęć, gdyż nie czuła tego wszystkiego. No i przez krótki moment mieliśmy zastępstwo za Jessamine - Taylor Feyrey - miała głos jak anioł, a zarazem jak diabeł, lecz nasze drogi też się rozeszły - z jakich powodów? Szczerze nawet ciężko mi powiedzieć, po prostu się to nie kleiło w całość. Cassius Arceneaux mówi: Na pewno czego nie można zapomnieć to fakt, że to właśnie Jess pierwsza wyskoczyła z inicjatywą założenia Lost Empire. Prawodopodobnie gdyby nie ta porywka, jest spora szansa na to, że by nas tutaj dziś nie było z tobą, Vinnie. Jack Müller mówi: Racja, to ona jako pierwsza mnie do tego namówiła, jak wszyscy jeszcze pracowaliśmy za barem w Hakaelu. Nadal mam mieszane uczucia po tym wszystkim, w sensie co do tego, że nie została z nami do teraz. Vinnie Rose: Rozumiem, w porządku. Niektóre szczegóły zazwyczaj zostawia się w pewnym gronie, a czasami i zabiera nawet do grobu. Także nikt nie powinien się obrażać za to, że nie o wszystkim, uwzględniając każdy detal mówimy. W takim razie zostawiając ten wątek, możliwie najbardziej wyczerpany jak się da, przejdźmy dalej. Następne pytanie. Powiedzcie proszę, jak to jest, jak czujecie się, będąc rzuconym w dość szybkim czasie na głęboką wodę? Bo z tego co się orientuje to ledwo byliście rozpoznawalni w podziemiu, a zaraz po tym można było was usłyszeć i zobaczyć na festiwalu Alterdome, co swoją drogą można nazwać sukcesem. Ale jak wy, na dzień dzisiejszy, czujecie się w ramach tego gwałtowanego przeskoku? Cassius Arceneaux mówi: Na pewno było to ciekawe i niezapomnane doświadczenie - wylądować na liście Alterdome, ledwo raczkując. Mimo pozorów daliśmy z siebie wszystko i... w zasadzie myślę, że nie mam tu jakoś dużo do dodania. Miło to wspominam, jeszcze w oryginalnym zestawieniu. Jack Müller mówi: Czy byliśmy rzuceni na głeboką wodę? Trochę tak, nasz pierwszy koncert miał miejsce na supportcie przed Soul Evisceration w Hakaelu, a zaraz po nim pojawił się festiwal Alterdome. To był moment w którym nabraliśmy wody w usta, zarazem nie chcieliśmy się nią zachłysnąć. I chyba nic nam po nim nie odbiło. *zaśmiał się pod nosem krótko, po czym kontynuował* - Ale pamiętam te czasy, jak ledwo zaczęliśmy i już pojawiały się pierwsze osoby, które chciały nami zarządzać. Później o jednej z takich osób nawet pojawił się utwór Reality Check we współpracy z moim przyjacielem, Seth'em Dagaardem. Ale wracając do meritum - rzucając nas na głeboką wodę, zarazem rzucono nas w nurt którego nie powstrzymaliśmy, ponieważ było od nas wymagane coraz większe działanie, a z czasem finalnie się podtopiliśmy przez wcześniej wspominane już sytuacje. Kyler Kelly mówi: Sam od siebie mogę dorzucić jedynie, że miałem wtedy okazję oglądać chłopaków na scenie będąc w tłumie pod nią. Czasem zabawnie pomyśleć, że przeszedłem od oglądania ich spod sceny do grania z nimi ramię w ramię. *dodał po Jack'u, przy tym przyjmując szeroki uśmiech na twarzy* Cassius Arceneaux mówi: Yea, mimo wszystko dzielnie to znieśliśmy i nie odbiło nam po tym. A nawet wręcz przeciwnie! Teraz po powrocie mocno skupiamy się na jakości materiałów. Na tym jak wszystko działa i funkcjonuje. Najzwyczaniej przyjęliśmy fakt, że wyrastamy z miana ulicznych grajków na supportach, czy jako przerywniki na większych eventach pokroju Alterdome. Vinnie Rose: *zaśmiał się krótko po czym uśmiechnął, następnie dodał* - Okeeej, super. A skoro już temat koncertów poruszamy, czy koncert w Hakael zwiastuje powrót do regularnego grania? I... mówiąc o wszystkich koncertach, który moglibyście wyróżnić jako ten wyjątkowy? Ten, który zapadł wam w pamięć szczególnie? Jack Müller mówi: Zacznę jako głowa tej całej zgrai. Tak, mamy plany grać dalej, nie zatrzymujemy się, nawet mamy już dogadane jedno miejsce w mieście, ale z tym poczekamy na oficjalne ogłoszenie. A jeśli chodzi o nasz ulubiony występ? Wydaje mi się, że już wspominany Alterdome - z powodu publiczności, tak licznej i energicznej. Nic nie przynosi mi takiej radości jak widok szczęśliwych słuchaczy. Cassius Arceneaux mówi: Hmm... ja myślę, że za takie swoje oczko w głowie mimo wszystko uważam ten Support przed Souls'ami w Hakaelu. Było to pierwsze nasze wyjście do ludzi z naszej nory i coś innego niż wrzucanie ujęć z garażu na VTube. Oczywiście nie ujmując tutaj Alterdome, bo to jak już wcześniej wspomniałem - również pozostanie niezapomniane. Vinnie Rose: Skoro wątek koncertów wyczerpaliśmy to może przejdźmy szybko jeszcze do treści. Macie jakieś plany wydawnicze na najbliższy czas? Jakieś konkretne informacje? Dla słuchaczy, szczególnie dla fanów? Jack Müller mówi: Chciałbym, żeby bracia Tash przestali siedzieć cicho. *śmiejąc się chwilowo zawiesił wzrok na Zack'u i Raze'ie* - Ale w tym wypadku też chyba muszę się wypowiedzieć - ostatnio wypuściliśmy Past Reflections, mamy jeszcze gotowe cztery utwory, które czekają na swoją premiere, ale to z czasem przyjdzie na nie swoja pora. Małymi krokami będzie nadchodzić nasz kolejny album, więcej informacji na ten moment nie udzielam, jedynie mogę dodać, że po mału nie wyrabiam z oddechem śpiewając, co mogą potwierdzić panowie siedzący koło mnie. Raze Tash mówi: Generalnie co do przyszłości i tego, co planujemy, to czasem powiem za dużo. *patrzy na Jack'a z dozą niepewności* - Nie wiem czy mogę to powiedzieć, bo to były tylko plany, ale dla tych, co lubią jakieś spoilery, to powiem: jest możliwa trasa koncertowa, ale co i jak dokładnie - szczegółów nie zdradzam. Vinnie Rose: Mhmm. Aaa... co możecie powiedzieć o wyglądzie aktualnej sceny muzycznej? W głównej mierze liczę na odpowiedź w kontekście waszej sceny. Waszego podwórka i gatunku, ale jeżeli macie ochotę dodać coś poza tym obszarem - zostawiam wolną rękę. Jack Müller mówi: Co chłopaki, mam zacząć? *zaczął się rozglądać po twarzach swoich kumpli, przy tym podśmiechując* Raze Tash mówi: Zaczynaj, Jack. Cassius Arceneaux mówi: Dajesz, phahah. Jack Müller mówi: Niestety, albo i stety - jeśli chodzi o scenę muzyczną naszego gatunku to wszyscy jesteśmy spod szyldu Astaroth - ciężko byłoby mi mówić tak, żeby nie zostało to odebrane jako... wylizywanie komuś. *w reakcji na własne słowa wybuchł krótkim śmiechem, po chwili kontynuował dalej* - Dagaard, Soulsi, Moxxy, Asami - nie mam jak wypowiadać się na temat ich muzyki, ponieważ znamy się prywatnie. Wszyscy wiedzą, że bardzo się lubimy. Chyba, że czegoś nie wiem to przepraszam. Ale jeśli mam mówić już o innych artystach, każdy tworzy swoją muzykę. Niektóra mi się podoba, niektóra nie. Jedyne co mi przeszkadza w tym wszystkim, to sztuczne pokazywanie się - kim to się nie jest, wywyższanie się nad innymi i po prostu tworzenie sztucznych sprzeczek w sieci, byleby było o tobie głośno. Nigdy nie rozumiem zdania: "Nieważne jak o tobie mówią, ważne by mówili." - Niestety ludzie są różni. Pokładam nadzieję w młodych artystach, ponieważ mogą wnieść coś świeżego na scene muzyczną i nie jestem osobą, która da im radę w stylu wokalisty System of a Down. Kto jest zagłębiony, ten wie o co mi chodzi. Vinnie Rose: Rozumiem. Mnie osobiście też nieco brzydzą zagrywki niektórych celebrytów, w cudzysłowiu artystów. Uważam, że własny wizerunek to rzecz święta, a ludzie są w stanie dewastować go, byleby zyskiwać popularność, a co za tym idzie - pieniądze. Na koniec jeszcze na moment wrócimy bezpośrednio do tematu Lost Empire, chciałem was jeszcze zapytać o to, emm... nagła zmiana logo zespołu jest powodem wcześniej omawianej rotacji, przemiału członków? Czy to może jednak zwiastun. Nie wiem, tej trasy? Nowego albumu? Jak to wygląda? Jack Müller mówi: Jest to coś w stylu odświeżenia? Mimo, że mam duży sentyment do naszego pierwszego logo to mimo wszystko czas leci, my się zmieniamy, nasz skład się zmienia. To wszystko potrzebowało już lekkiego odświeżenia i tak też finalnie się stało. Cassius Arceneaux mówi: Yea... jest to coś w stylu odrodzenia i powiewu świeżości, na znak, że wracamy. Vinnie Rose: Rozumiem. Z waszych wypowiedzi wynika w takim razie, że jest to po prostu potrzeba odświeżenia. Potrzeba podkreślenia tego, że wracacie, po prostu. Super. Zostało przed nami ostatnie pytanie, dotyczy ono dość ciekawej kwestii, mianowicie: Skąd pomysł na format "How to play with Lost Empire"? Ile zajmuje wam praca nad jednym takim materiałem? Kyler Kelly mówi: How to play to znów jeden z pomysłów Jack'a. Pierwszy materiał był całkowitym krokiem w nieznane, szukaliśmy pomysłu na coś nowego, świeżego. Na coś, co obudzi nieco Lost Empire i tu pojawił się pomysł na ten materiał. Pierwszy dodam, że nagraliśmy to we dwójkę bez jakiegokolwiek przygotowanego planu - czysta improwizacja przed kamerą. Myślę jednak, że i tak nie wyszło nam tak źle, jak mogło wyjść. Drugi materiał z tej serii to już totalnie inna rozmowa. Przygotowaliśmy wstępny zarys materiału, podzieliliśmy wszystko na sensowne partie i przede wszystkim - zaangażowaliśmy w to resztę zespołu. Jack Müller mówi: No tak, mój pomysł - jak zwykle, ja ten odpowiedzialny. *zaśmiał się się przez moment, dodał* - Wydaje mi się, że "How to play with Lost Empire" to nasz strzał w dziesiątke. Może nie trafimy do kogoś naszą muzyką, ale ściąga to osoby chcące się uczyć gry. I o to chodziło mi w tym całym zamyśle - dawać radość z muzyki ogólnie innym, a zarazem, żeby sami mogli z niej coś dla siebie czerpać. Na dniach pojawi się również kolejny odcinek, gdzie na tapetę bierzemy utwór Vein. Vinnie Rose: Muszę przyznać, że zamysł uczenia ludzi gry na gitarze, uczenia ludzi swoich kawałków, robiąc to jako rozpoznawalna, znana kapela - wow, naprawdę wow. Byłem pod dużym wrażeniem gdy się na to natknąłem. To wielka nowość, pewien przełom? Jeszcze nie spotkałem się z czymś takim. Sam wiele, naprawdę wiele lat temu uczyłem się grać na gitarze i kiedy chciałem się nauczyć jakiegoś utworu, uczyłem się go od jakichś grajków, internetowych nauczycieli, którzy często też znali jedynie kombinacje będącą imitacją tej prawdziwej, oryginalnej. Wychodziły z tego dźwięki złudnie podobne, na pozór takie same, a jednak - w rzeczywistości się różniły. *uśmiechnął się szeroko, kontynuując* - I myślę, że tym akcentem zakończymy dzisiejszy program. Lost Empire, będące zespołem, powiedzmy sobie szczerze rozpoznawalnym - mógłby zgłupieć z tytułu sławy, a jednak nawiązuje interakcje z fanami. Po przerwie pełnej problemów i trudności wstaje z kolan, przyjmując wyprostowaną pozycję i zdecydowanymi krokami idzie przed siebie - zdobywać świat. To niesamowicie budujące, w szczególności dla waszych fanów, których macie nie mało. Z pewnością. Oczywiście na koniec przekazuje wam głos, aby pożegnać się i ewentualnie dodać coś od ciebie. Proszę bardzo, kto zaczyna? Raze Tash mówi: Ja zaczynałem, więc może od końca? Zack? Zack Tash mówi: Jasne. Na pożegnanie chciałbym podziękować chłopakom za wzięcie mnie pod swoje skrzydła, jestem im za to bardzo wdzięczny. Dzięki nim rozwijam swoją pasję, która jest ze mną od dziecka. Co więcej mogę powiedzieć? Do zobaczenia na scenie! *uśmiechnął się w stronę zespołu* Cassius Arceneaux mówi: Soo... podsumowując. Dziękujemy za zaproszenie, Vinnie. Jak i również za miłe słowa, a co do naszych odbiorców, wyczekujcie nadchodzących projektów, bo serio jest na co czekać. Jak już Jack wspominał wcześniej, ostatnio prawie musieliśmy zbierać jego płuca z ziemi. *zaśmiał się po swojej wypowiedzi, kiwnął głową w kierunku Jack'a* Jack Müller mówi: Po tych ostatnich słowach Vinnie'go trochę zaniemówiłem. Vinnie, dziękuję ci jeszcze raz bardzo za zaproszenie! *odwrócił wzrok do kamery* - A wam słuchacze, dziękuje za wszystko - pamiętajcie, to my jesteśmy dla was, nie na odwrót. Kyler Kelly mówi: Cóż, ja dziękuję wszystkim słuchaczom, szczególnie tym, którzy dotrwali do końca słuchając naszych wypocin. *zarechotał krótko* - Ogromne dzięki, Vinnie. Za zaproszenie, no i przede wszystkim dzięki dla chłopaków! Za możliwość bycia częścią tego projektu. Oczywiście widzimy się ludzie na kolejnych koncertach! Raze Tash mówi: Nic nowego nie dodam, koledzy, a bardziej... moja nowa rodzino. Wszyscy dodali już wszystko, co można było powiedzieć, więc... Vinnie, dziękuję! Wam widzowie i słuchacze tym bardziej! Bez was nie byłoby nas, peace!! *pokazał znak pokoju* Vinnie Rose: Zack, Cassius, Jack, Kyler, Raze - to persony, filary stanowiące aktualny obraz Lost Empire. To artyści, którzy tworzą sztukę autentyczną. Tworzą treści, które powstają w wyniku emocji, prawdziwych zdarzeń. To artyści którzy nie poświęcają swojego wizerunku dla sławy i pieniędzy. Jeżeli tak by było, zapewne słyszelibyśmy wielokrotnie o nich w ploteczkach. *zaśmiał się głośniej, po czym kontynuował* - Jeżeli cenicie sobie takich artystów, właśnie jak oni, to warto im się przyjrzeć bliżej. Dzisiejszego wieczoru w naszym studiu miałem ogromną przyjemność gościć, jak już wcześniej wspomniałem - zespół Lost Empire, w pełnym składzie. Tejże gościnie towarzyszyły wyczerpujące, obszerne odpowiedzi na myślę, że ciekawe pytania. Jako osoba prowadząca - mówił dla was Vinnie Rose. Wszystkim mieszkańcom, w szczególności Los Santoś życzę spokojnej, ale przede wszystkim bezpiecznej nocy! Do usłyszenia, mam nadzieje wkrótce! Chcesz dołączyć do zespołu działu Daily News? Kliknij w reklamę i złóż aplikację!
-
**Vinnie R. jeżdżąc nocą po ulicach Santos swoim kabrioletem postanowił zjechać na moment na parking, aby zapalić spokojnie papierosa. Przy tym także wyjął swój telefon i przewijając media natknął się na opublikowany program Madeline B. Mimo tego, że conajmniej od drugiej połowy w/w wydarzenia był jego uczestnikiem jako gość/obserwator na żywo to postanowił w międzyczasie obejrzeć choć skrawek początku. Widząc uchwyconą scenę, kiedy to pół-naga kobieta weszła do pomieszczenia zaczął sobie zdawać sprawę z tego, co może być przyczyną skrajnie negatywnych emocji prowadzącej, które zauważył u niej kiedy komentował, w tym także chwalił przebieg wywiadu w grupie osób, wraz z nią po zakończeniu programu. Z zaciekawieniem postanowił oglądać dalej wywiad, aż doszedł do momentu kiedy to doszło do incydentu z pół-nagą kobietą, która to wystrzeliła w kierunku prowadzącej kulkę i zaczęła szarpać się z ochroną. Vinnie z niedowierzaniem wytrzeszczył oczy, wyciągnął kolejnego papierosa, którego odpalił podczas postoju i mocno zaciągając się dodał pod nosem: "Jjja-a... pier**lę! Nieee, nie wierzę. Kto w ogóle tą wariatkę wpuścił do środka? Zarząd chyba powinien zająć się zmianą ochrony. I to koniecznie." W emocjach wygasił ekran przerywając oglądanie, wyrzucił przez szybę niedopalonego papierosa, po czym energicznym ruchem przekręcił kluczyk w stacyjce i wyruszył w dalszą przejażdżkę.**
-
written by Vinnie Rose - DAILY GLOBE, 02.02.2024 Vinnie Rose: Dobry wieczór Los Santos! Właśnie mówi do was, dla was - Vinnie Rose. Z tego tytułu, iż moja osoba jest rzadko słyszana, widziana na wizji to część słuchaczy może mnie nie kojarzyć. Natomiast przekony jestem, że personę którą mam przyjemność dzisiaj gościć w naszym studiu - zdecydowana większość z was kojarzy. Co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Gordon Cardoso, pseudonim "Donso" - jeden z pionierów, śmiało można rzec, że ikona w świecie sportu. Emerytowany zawodnik w BJJ i MMA, w którym karierę zakończył z imponującym wynikiem - dwadzieścia trzy do pięciu. Jego ilość sukcesów w obszarze sportu, które osiągnął jest ogromna. Pozwolę sobie nie przytaczać ich wszystkich, ponieważ możnaby wymieniać na prawdę długo, a przed nami kilka bardzo ciekawych pytań, na które zapewne usłyszymy parę obszernych odpowiedzi. Nie przedłużając tego wstępu. Witaj, Gordon. To dla mnie olbrzymia przyjemność gościć cię w naszym studiu i z góry chciałbym podziękować osobiście, że przyjąłeś zaproszenie. Zanim przejdziemy do sedna tego wywiadu, oddaję ci rzecz jasna głos, aby przywitać się z naszymi słuchaczami. Jeżeli masz ochotę dodatkowo powiedzieć coś od siebie przed przejściem do pytań, śmiało. Mamy dużo czasu, który możemy zagospodarować. Gordon Cardoso mówi: Witam całe Los Santos i inne rejony, domyślam się, że słuchaczy mamy z różnych zakątków świata. Cieszę się że mam okazję podzielić się z wami doświadczeniami oraz ciekawostkami ze świata sportu! Chciałbym, abyście wzięli ten wywiad do serca i pomyśleli po nim nad swoim życiem, co możecie w nim zmienić. Może uda mi się was namówić do trenowania, pamiętajcie - sport to zdrowie! Vinnie Rose: Trudno się tutaj z tobą nie zgodzić. Sport to zdrowie, a za sportem stoi trening. Pozwolę sobie zacytacować twoje słowa: "Charakter i ciężka praca na treningu to klucz do sukcesu w klatce" - Myślę, że też w życiu. Za sukces bezpośrednio odpowiada charakter, a charakter trenujemy za pośrednictwem treningu, chociażby uprawiając sport. Myślę, że kiedy o zmienianiu życia i o sukcesie mówi taka osoba jak ty, takie słowa brzmią wiarygodnie. Jeżeli ktoś jest rzeczywiście zainteresowany tym, aby coś w końcu zrobić, ruszyć z miejsca - warto posłuchać tego, co masz do powiedzenia. No dobrze, to tak jeszcze dodałem od siebie w ramach wstępu, nieco przedłużonego, aczkolwiek przechodzimy dalej, do głównej części wywiadu, czyli do pytań. Żeby poznać człowieka, całokształt jego osoby oczywistą kwestią jest to, że trzeba się nieco cofnąć wstecz. Więc pozwolisz, że cofnę się trochę do tyłu i zapytam o twoje początki. Jak zaczęła się twoja przygoda ze sportami walk i jak wyglądały twoje początki na macie, na słynnej dzielnicy Copacabana w Rio, w jednym z klubów GracieBarra? Gordon Cardoso mówi: Woah, cofamy się faktycznie o lata, dekady wstecz. Na treningi zabrał mnie pierwszy mój tata - Enzo Cardoso, bardzo Cię pozdrawiam ojcze! To był rok 1986? Jakoś tak, zacząłem trenować na jednym z klubów na słynnej Copacabanie w akademii GracieBarra, to był wtedy topowy klub jeżeli chodzi o Brazylijskie Jiu Jitsu. W końcu jedna z pierwszych akademii BJJ na świecie. Trenowałem wtedy z bardzo znanymi personami, wtedy BJJ nie było tak spopularyzowane jak dzisiaj, ale w Brazylii to było co innego. To był sport który tętnił życiem. Każdy kto urodził się w Brazylii trenował piłkę nożną albo właśnie Jiu Jitsu. Vinnie Rose: Wielki szacunek i uznanie dla twojego ojca, że zaszczepił w tobie zamiłowanie do tego sportu. Mimo wszystko jednak sama pasja, samo zamiłowanie do danej dziedziny nie wystarczy aby osiągnąć tak ogromny sukces, tak jak ten, którym ty możesz się dzisiaj pochwalić. Oprócz pasji, zamiłowania to przede wszystkim wiele wyrzeczeń, ciężka praca. Wiele, wiele lat w których jakby w nie zajrzeć - nie widać zabawy, relaksu, czy też lenistwa. Widać tam po prostu ogromne poświęcenie. Podejrzewam, że ty, jak i słuchacze - z pewnością zgodzicie się z tą tęzą. Tak na dobrą sprawę to powiedziałem rzecz oczywistą, natomiast uważam, że warto tą zależność podkreślić. Okej, przejdźmy do następnego pytania na które... w sumie poniekąd podejrzewam, tak sobie myślę teraz, że właśnie odpowiedziałem w dużym skrócie, uogólniając. Ale wszyscy chcieliby usłyszeć szczegóły z twojego życia, które jest naprawdę interesujące. Powiedz, co przyczyniło się do tego, że tak szybko zacząłeś zdobywać kolejne stopnie w Brazylijskim Jiu Jitsu i startować w bardziej zaawansowanych kategoriach? Gordon Cardoso mówi: Zacytuję swój cytat który wiele razy powtarzam: "Charakter i ciężka praca na treningu to klucz do sukcesu w klatce" - to na pewno miało ogromny wpływ na moje wyniki. Co jeszcze? Ludzie którzy mnie otaczali, właśnie w latach 90-tych. Mój tata był już wtedy posiadaczem brązowego pasa, jego wiedza oraz cierpliwość w stosunku do mojej osoby, znajomość mojego charakteru, organizmu przyczyniła się do tego, że już w wieku 15 lat zostałem mianowany na niebieski pas z jego rąk oraz rąk mojego głównego trenera, któremu też wiele zawdzięczam - Rafael Gracie. Jeden z nielicznych żyjących czerwonych pasów na świecie. Z racji tego że mieszkałem na co dzień na Copacabanie w Rio miałem możliwość startu w różnych zawodach, to wiele mi dało. W każdej branży, by osiągnąć sukces trzeba próbować nowych rzeczy i tak metodą prób i błędów udało mi się być co raz lepszym. Bardzo szybko zdobywałem kolejne stopnie, jako jeden z nielicznych w akademii Gracie Barra udało mi się w rok przejść z niebieskiego na purpurpowy, a później w rok na brązowy. To zasługa ciężkiej pracy oraz świetnych trenerów i mojego taty. Vinnie Rose: Rozumiem. Czyli podsumowywując, wyróżnić można parę czynników, które przyczyniły się do tego, że tak szybko zdołałeś zdobywać stopnie i startować w bardziej zaawansowanych kategoriach. Charakter, trening, ciężka praca, ale przede wszystkim otoczenie, wiedza, którą otrzymałeś, no i generalnie znajomość własnej osoby, siebie. Samoświadomość? Chyba tak to można nazwać, ogólnie rzecz ujmując. Okeeej, ten wątek wyczerpaliśmy, więc przejdźmy dalej. Jestem ciekaw, przypuszczam, że osoby, które nas teraz słuchają z pewnością też. Jak to było z tą nominacją na czarny pas? Jesteś w stanie powiedzieć nam nieco więcej jak to było? Jakie to uczucie być jednym z kilkudziesięciu ludzi na świecie z tytułem czarnego pasa, piątego stopnia? Gordon Cardoso mówi: Ah, świetny czas dla mnie - bardzo dobrze te czasy wspominam. To był 1999 rok, zima - pamiętam doskonale. Pod koniec lutego miałem okazję startować na zawodach ADCC w Zjednoczonych Emiratach Arabskich w Abu Zabi. Startowałem wtedy w kategorii brązowych pasów, ale to był debiut w seniorskiej kategorii wiekowej. Miałem wtedy 19 lat, a przeciwnicy byli ode mnie starsi, bardziej doświadczeni. Dostałem wiele wskazówek od mojego taty oraz Rafael'a Gracie i udało mi się wrócić do Amerki ze złotym krążkiem. Kilka tygodni po zawodach w Abu Zabi mieliśmy taki coroczny zjazd osób trenujących w akademiach Gracie Barra, to był marzec. Seminarium prowadził właśnie mój trener Rafael Gracie, mój tata już wtedy był posiadaczem Czarnego Pasa drugiego stopnia i obaj podczas tego seminarium mianowali mnie na czarny pas BJJ, byłem pod ogromnym wrażeniem, nie spodziewałem się, że podczas właśnie tego seminarium w Sao Paulo uda mi się otrzymać czarny pas z ich rąk. Spodziewałem się może kilku belek na brązowym, ale jak widać udało się. Emocje jakie mnie otaczały wtedy? Czułem się wyjątkowy, byłem jednym z najmłodszych czarnych pasów w Brazylii jak i na świecie, to ogromne wyróżnienie. Z tyłu głowy miałem takie "udało się" - uczucie było zajebiste. Każdy kto zaczyna trenować myśli o tym, by do czegoś dojść. Każdy marzy w jakimś sensie o sukcesach. Mój cel wtedy został osiągnięty, ale przede mną było wiele pracy. Pamiętam jak dziś, Rafael odwiązał mój ówczesny brązowy pas, zawiesił mi go na szyi, w rękach trzymał mój czarny i wiążąc mi go na biodrach powiedział: Czarny Pas w BJJ to dopiero początek, Donso. Czeka Cię jeszcze kawał przeprawy, miał rację. Vinnie Rose: Rozumiem. Muszę ci powiedzieć, że z ogromnym zaciekawieniem słuchało mi się tej wypowiedzi. Podzieliłeś się z nami wieloma barwnymi szczegółami z tamtego czasu. Szczegółami, których wielu z naszych słuchaczy, w tym twoich fanów - na pewno wyczekiwało. Myślę, że wielu z nas, jak nie wszyscy, będąc wtedy w twoim ciele, czułoby się wyjątkowo. To nie podlega wątlipwości. Tak mocno wyróżnić się na tle innych, w takich okolicznościach to definitywnie niecodzienne, niespotykane zjawisko. Okeeej, super. To może na chwilę odbiegając od wątku twojej osoby, twojego życiorysu, a chcąc poznać twój pogląd w pewnej kwesti. Powiedz mi, co sądzisz, co możesz powiedzieć o obecnym pokoleniu w mieszanych sztukach walk i ogólnie w sporcie? Jakieś twoje spostrzeżenia? Może porównania? Jak było kiedyś, a jak jest teraz w tej kwestii? Gordon Cardoso mówi: Powiem Ci tak, z bólcem serca - ale muszę stwierdzieć że moje pokolenie traktowało sport poważniej. Każdy kto trenował, robił to z wysokim zaanagażowaniem, chęcią bycia kimś lepszym. Teraz to się trochę zmieniło, każdy kieruje się pieniędzmi, sławą. Nie mówię, że to jest coś złego, ale to nie do tego prowadzi, do czego powinno. Świat idzie do przodu, ludzie się zmienaja, każdy ma jakiś inny cel, swój autorytet - trudno się mówi, tak? Zauważyłem też że w takim mieście jakim jest Los Santos brakuje miejsc by trenować, mało jest certyfikowanych klubów, kiedyś było tego więcej. Młodzież nie ma gdzie trenować, a jak ma gdzie to w wielu przypadkach jest to otoczenie przestępcze, które zjada takie młode talenty na samym początku kariery i z własnego doświadczenia wiem, że młodzież z takich otoczeń, brutalnie mówiąc /niższych grup społecznych/ wiele potrafi osiągnąć, bo chcą coś w swoim życiu zmienić. To niestety tak jak mówiłem - otoczka świata przestępczego ich pożera i takich młodych sportowców tracimy, niestety. Vinnie Rose: Z twoich słów wyciągam następujące wnioski: Główną motywacją dla sportowców stały się pieniądze, nie są tak jak kiedyś aspektem stanowiącym jedynie dodatek. Drugi wniosek, swoją drogą świetnie, że wspomniałeś o tym na żywo. Brakuje miejsc w których młode talenty mogłyby się rozwijać, szlifować ten diament, którym zostali obdarzeni. Podkreśliłeś problem, mówiąc o nim kiedy słyszy nas wielu ludzi. Fajnie, że wykorzystałeś tą okazję. Być może wśród osób, które nas słuchują, znajdą się takie, które dysponują narzędziami, a sam problem ich porusza i z tego tytułu też podejmą w tym kierunku jakąś inicjatywę. Okej, myślę, że tą kwestię też wyczerpaliśmy. Wątek otoczenia, środowiska przestępczego, które stanowi zagrożenie dla młodych talentów pozwól, że pominę. Trudno mi jakkolwiek zostawić w tej sprawie sensowny komentarz, mało posiadam wiedzy w tym obszarze. Skoro poruszyliśmy temat osób młodych, wchodzących w ten świat lub aktywnie jeszcze działających w tej dziedzinie sportu, to chciałbym jeszcze na chwilę wrócić do rozmowy w kontekście twojej osoby. Czyli zawodnika emerytowanego krótko rzecz ujmując, który to czynny udział bezpośrednio na przykład w walkach ma już za sobą, ale jednak dalej w tym świecie jest aktywny. Dąże do tego, emmm... jak się czujesz, będąc już na emeryturze jako coach, jako jeden z właścicieli Worldwide? Spełniasz się teraz w jednej, zarówno jak i drugiej roli? Stanowisko, tytuł, który objąłeś - dyrektora sportowego satysfakcjonuje cię? Jest w stanie ci zastąpić ten okres w którym należałeś do tego młodego pokolenia? Jak się w ogóle z tym wszystkim czujesz, finalnie obejmując miano weterana. Gordon Cardoso mówi: Bardzo ciężko połączyć pracę Coach'a i Dyrektora Sportowego Worldwide, mimo że to jest ta sama branża. Wiesz, to się nie łączy ze sobą. Nie mogę się w stu procentach spełniać jako Coach, bo jeżeli miałbym trenować indywidualnie któregoś z zawodników federacji, sądzono by mnie o ustawianie walk, domyślasz się o co chodzi. Ale spełniam się w tym co robię, moim celem jest ożywić branżę sportową pod względem zawodowych walk, ale i również zachęcić młodzież. Chciałbym otworzyć nowe miejsca, w których młode pokolenia mogłyby trenować. Bardzo się cieszę, że mimo zakończenia kariery sportowej dalej w tym jestem i spełniam się na innych płaszczyznach, niż jako zawodnik - lubię to robić. Mimo że uważam się za trenera, to już dawno funkcję typowego trenera przestałem pełnić. Mam pod sobą masę wykwalifikowanych trenerów, którzy są moimi podopiecznymi. Na przykład w Worldwide Sports Group. Mowa tutaj o takich personach jak Matt Orton, William Travolta czy też nowy nabytek federacji oraz naszego klubu sportowego - Danny Evans, który jest swoją drogą bardzo cenionym bokserem. Ale oprócz tego dysponuję też wieloma trenerami, którzy należą do mojej drużyny Team Donso. Na całym świecie prowadzą treningi w swoich klubach. Czy to w Europie, czy w całej Ameryce spod szyldu Gracie Barra. Vinnie Rose: Rooozumiem. Orton, Travolta... wymieniłeś nazwiska znane, często słyszane. Nazwiska zawodników, którzy są rozpoznawalni w świecie walk i charakteryzuje ich w tej dziedzinie profesjonalizm, umiejętności. Właśnie takie persony są pod twoim skrzydłem. To tylko świadczy o tym kim jesteś i co znaczysz w tej dziedzinie. Chyba nie muszę tego precyzować. Delikatnie też wracając, emm... do początku twojej wypowiedzi. Mimo tego, że okoliczności nie pozwalają ci na to, aby trenować bezpośrednio zawodników biorących udział w walkach, to trenujesz trenerów. To niesamowicie budujące, szczególnie dla świata mieszanych sztuk walk. Tak sobie myślę i powiem ci szczerze, że patrząc na twoje umiejętności, ale przede wszystkim na doświadczenie, na wiedzę, która z niego płynie, jeżeli nie dzieliłbyś się nią, nie przekazywał jej dalej, byłby to smutny scenariusz. Nazwałbym to po prostu stratą, ogromną stratą. Jednostek, które mogą się z tobą równać jest na świecie... Kilkadziesiąt? A skoro już o Worldwide i aktywnych zawodnikach mowa, jak możesz skomentować wyniki ostatniej akademii? Które swoją drogą, nie ma co ukrywać - są genialne. Gordon Cardoso: Wynik mówi sam za siebie o jakości, wynik popędza jakość w tym wypadku. Z akademii spod szyldu Worlwide wystartowało 4 zawodników na gali VFF83, każdy z nich wyszedł zwycięsko, do tego możemy pochwalić się tytułem mistrzowskim wśród naszych zawodników, a jest nim Matt Orton. Mimo że nie lubię zachwalać swojego interesu, bo wiem że mogę narobić konkurencji problemów związanych z brakiem zainteresowanych, a konkurencji w tej branży nie lubię, to jednak wyniki Worldwide Sports Group mówią same za siebie i obecnie stanowimy czołówkę jeżeli chodzi o San Andreas, nie ma lepszego klubu. Vinnie Rose: Wynik mówi sam za siebie o jakości. Postawiłeś tezę, której powiedzmy sobie szczerze, nie da się zaprzeczyć, nie da się jej obalić. Biorąc Matt Orton'a jako argument, życzę powodzenia śmiałkom. Ale okeeeej, idąc dalej i zbliżając się do końca naszego dzisiejszego spotkania, swoją drogą bardzo owocnego - nie wiem czy masz świadomość, ale spojrzałem chwilę temu na zegarek i jestem... trochę zszokowany. Nie mniej jednak mimo zdziwienia nie ma się co dziwić. Co trzeba definitywnie stwierdzić to fakt, że nasza dzisiejsza rozmowa, głównie dzięki twoim wypowiedziom była... przepraszam, dalej jest! Naprawdę wciągająca. Taaak... przeszedłem do zakończenia, a przed nami jeszcze jedno pytanie na koniec. Mianowicie: Jak twoje nastawienie, jaka panuje atmosfera w twoim środowisku aktualnie, przed nadchodzącym seminarium BJJ? Zechcesz nam opowiedzieć nieco o przygotowaniach do tego wydarzenia? Może jakichś innych aspektach, z tym związanych? Gordon Cardoso: Zawsze kiedy nadchodzi seminarium są ogromne emocje. To zawsze podczas takich wydarzeń są promocje na wyższe pasy, a zawodnicy pamiętają to do końca życia. Jako trener odczucia są podobne mimo, że to nie jest moje pierwsze seminarium oczywiście. Czekam mocno na ten moment, chciałbym podsumować cały rok 2023 w środowisku sportowym, nominować kilku zawodników na wyższe stopnie. Bardzo cieszy mnie fakt że będę mógł to seminarium poprowadzić z Orton'em. Orton to ogromny talent w świecie MMA. Matt wie co robi, zna się na tym. Przyjedzie również mój trener Rafael Gracie, to będzie bardzo huczny moment w środowisku sportowym. W końcu przecież Los Santos odwiedzi jeden z kilkunastu żyjących Czerwonych Pasków. Vinnie Rose: Woah, rozumiem. Z aspektów, które dotyczyć będą tego nadchodzącego wydarzenia, seminarium wynika, że to rzeczywiście będzie uroczystość... uroczystość? Chyba mogę to tak śmiało nazwać. Uroczystość, która niewątpliwie pozostanie na długo w pamięciach. Mamy podsumowanie roku 2023, który charakteryzował się bujnością w swych wydarzeniach, emocjach, które im towarzyszyły. Mamy do tego wizytę... TWOJEGO TRENERA! Postać, która jest jedną z kilkunastu najlepszych w tej dziedzinie na całym świecie! Wydaje mi się, że ten fakt już tworzy pewną taką aurę, wyjątkową atmosferę wokół tego seminarium, które czeka na nas już za rogiem, bo o ile dobrze kojarzę ma odbyć się czwartego lutego, prawda? Już nawet przymykając delikatnie oko na promocje, na wyższe pasy, co też jest tak na prawdę zjawiskiem będącym gdzieś tam źródłem emocji, to pomijając to, ja tak sobie myślę i patrzę na postać Matt Orton'a. Przy poprzednim pytaniu miałem dopytać, poruszyć temat jego osoby. Finalnie jednak odpuściłem, trzymając się raczej szablonowo schematu, który ustaliłem. Tak sobie teraz znowu myślę, że nie ma się co dziwić, że ikona sportu w swoich wypowiedziach wspomina o tym człowieku często, bardzo często. Koniec końców, Orton jest zdobywcą tytułu mistrza wagi średniej ostatniej gali, VFF3 - czyli wydarzenia, które jest powiązane ze środowiskiem, którego można powiedzieć śmiało, że jesteś ojcem, patronem. Skoro zahaczyliśmy o temat, co możesz powiedzieć o tym zawodniku? Gordon Cardoso: Świetny, charakterny, pracujący bardzo ciężko na bycie najlepszym, genialny młody talent - bardzo jestem dumny że mam takiego zawodnika w federacji i również w swojej akademii. Szkoda tylko, że jego przeciwnik Paul Rodrigues podczas ostatniej gali nie pojawił się. To bardzo nieprofesjonalne zachowanie, ale co zrobisz... Vinnie Rose: Hmmm. Przyglądając się temu, co teraz powiedziałeś w kontekście twojej wcześniejszej wypowiedzi, kiedy odpowiadałeś na moje pytanie odnośnie młodego pokolenia. Zaryzykowałbyś stwierdzenia jakoby Paul Rodrigues wpasowywałby się, odpowiadał tym aktualnym standardom swoim zachowaniem? Był po prostu przykładem sportowca młodego, tego aktualnego pokolenia, nie starającego się tak jak ci ze starszego? Jednocześnie Matt Orton'a kwalifikując jako wyjątek od tej reguły, którą wtedy zdefiniowałeś? Gordon Cardoso mówi: Tak, jak inaczej to można nazwać? Paulo podpisał kontrakt na prawdę gdzie do gry wchodziły ogromne pieniądze, w końcu to Main Event, walka o pas. Myślał że jak podpisze kontrakt, a nie wyjdzie do walki to zarobi, buahah. Niech nauczy się czytać, to co podpisuje. Cenimy sobie zasady, a on źle się zachował w stosunku do federacji oraz fanów. Co tu dużo mówić. Vinnie Rose: Trzeba przyznać, takie zachowanie jest przejawem brakiem kultury. Brakiem szacunku przede wszystkim. Oczywiście do przeciwnika, do federacji, ale przede wszystkim do ludzi, którzy zapłacili za to, aby obejrzeć tą walkę. Czy to fizycznie na arenie, czy na stronie poprzez transmisję. Z tego co się orientuje, jedna taka gala, a przynajmniej któraś z tych ostatnich wygenerowała sprzedaż uprawnień do obejrzenia transmisji w ilości kilkuset tysięcy, a nawet mocno ponad pół miliona. Także skala jest ogromna. Emmmm, okeeej. Z tego co się orientuję, na wszystkie pytania, które miałem na dzisiaj przygotowane - odpowiedziałeś. W sposób wyczerpujący. Jestem ogromnie usatysfakcjonowany z tego tytułu, że udało nam się dzisiaj tą rozmowę przeprowadzić. Oprócz podzielenia się ze słuchaczami niektórymi bardzo barwnymi, ciekawymi szczegółami ze swojego życia, kariery, jej początków to dodatkowo pochwaliłeś się szczerze swoim stanowiskiem, poglądem w pewnych kwestiach - chociażby komentując temat młodego pokolenia w sporcie. Wiesz, kiedy publicznie padają takie słowa, z ust takiej persony jak ty, zwiększa się prawdopodobieństwo na jakieś zmiany. Ta sama zasada dotyczy tego, jak wspomniałeś o problemie siłowni, ogólnie pojętych miejsc, których brakuje, a na których chcieliby, mogliby - rozwijać się młodzi. Jestem przekonany, że po dzisiejszym wywiadzie, który usłyszało wiele, naprawdę wiele osób, znajdzie się parę takich, które chociaż przemyśli ten temat, właśnie wskutek twoich słów pomyśli sobie czy może nie postawić jakiejś nowej siłowni? Nie stworzyć nowego klubu sportowego? Także oprócz tego, że zaspokoiłeś ciekawość swoich fanów, wyjaśniłeś parę kwestii to na dodatek, przy okazji uruchomiłeś pewien proces, dzięki któremu sytuacja może tylko się polepszyć. I tym akcentem myślę, że dzisiejszy wywiad zakończymy. Oczywiście oddaję ci głos w tym momencie. Podejrzewam, że na koniec masz ochotę słowo dodać, lub dwa - proszę bardzo. Gordon Cardoso mówi: Mam nadzieję że zachęciłem chociaż trochę młodzież, ale i nie tylko do treningów, do zmiany w swoim życiu. Zapraszam do trenowania w sekcjach sportowych Worldwide, również zapraszam na seminarium sportowe które odbędzie się 04.02 - Worldwide Sports Group, będziecie mieli szansę ze mną porozmawiać, wymienić się doświadczeniami i co najważniejsze potrenować w godnym gronie. To tyle z mojej strony. Dziękuje Daily Globe za zaproszenie, żegnam wszystkich - do usłyszeniaaa! Vinnie Rose: Ja jako osoba regularnie trenująca, co prawda nie ekstremalnie, ale sport praktykująca - dołączam się do tego zaproszenia całym sercem. Dzisiejszego wieczoru miałem ogromny zaszczyt, przyjemność gościć ikonę sportu, emerytowanego zawodnika MMA i BJJ. Człowieka będącego wzorem dla wielu - Gordon "Donso" Cardosa! Tym jakże sportowym, miłym akcentem kończymy dzisiejszy wywiad. Wszystkim słuchaczom i mieszkańcom Los Santos życzę spokojnej i przede wszystkim bezpiecznej nocy. Do usłyszenia, mam nadzieję niebawem! Chcesz dołączyć do zespołu działu Daily News? Kliknij w reklamę i złóż aplikację!
-
written by Vinnie Rose, DAILY GLOBE, 31/01/2024 Dzień, który w kartach historii Los Santos z pewnością zapisze się jako tragiczny. 2024 rok, 24 stycznia, sobota - to dzień w którym miejsce miał incydent heroinowy na Vinewood. Za jednym zamachem odnotowaliśmy ponad 40 osób poszkodowanych, z czego conajmniej połowa to przypadki śmiertelne, a druga połowa w ciężkim stanie została hospitalizowana. Co takiego zadziało się tamtego tragicznego dnia w jednej z najbardziej rozpoznawalnych dzielnic na świecie? Na przestrzeni ostatnich lat, miesięcy wszystkie służby - w tym DEA, rząd oraz my - społeczeństwo, wszyscy żyliśmy w przekonaniu, że do czynienia mamy z fentanylem. Że to on jest wrogiem publicznym numer jeden, zbierając największe żniwa w postaci przedawkowań i będąc powodem skrajnej biedy na ulicach. Już dawno na drugi plan zeszła kokaina, mało kto słyszał od dłuższego czasu, jakoby to heroina miała stanowić zagrożenie. Nawet śmiertelna, wysoce szkodliwa metamfetamina odziwo ucichła. Mało kto zaczął zwracać uwagę na powszechnie dostępny alkohol, który także ma niewątpliwie destrukcyjny wpływ, szczególnie w obszarze społecznym. Nagłówki w mediach ukazujące frazę /fentanyl/ przewijały się non-stop, nieustannie. Wojna z narkotykami, czy też wojna narkotykowa, czyli terminy określające politykę narkotykową naszego państwa, którą rząd oficjalnie praktykuje od prawie 42 lat, a zaglądając w historię nieco głębiej, zauważymy, że w rzeczywistości od znacznie dłuższego czasu (pierwszy ruch wymierzony przeciwko narkomanii datuje się na rok 1875, kiedy to wydano zakaz palenia opium w San Francisco). Wojna ta, to jak zapewne każdy obywatel Stanów Zjednoczonych wie - polityka przejawiająca się całkowitym brakiem tolerancji w stosunku do osób handlujących narkotykmi (wymownym przykładem może być rok 1973, kiedy utworzono każdemu raczej znane DEA, czyli agencję rządową, która prowadzi działania antynarkotykowe, skupione na zwalczaniu organizacji przestępczych zajmujących się uprawą, produkcją i dystrybucją substancji kontrolowanych także poza granicami kraju), jak i też tych zażywających, co za tym idzie - posiadających (w przypadku naszego stanu, czyli San Andreas, Penal Code mówi: "Każdy kto świadomie posiada dowolną substancję kontrolowaną nie będąc w posiadaniu obowiązującej recepty wystawionej przez lekarza jest winny przestępstwa.", "Osoba, która zostaje uznana winna tego przestępstwa podlega karze pozbawienia wolności lub/i karze grzywny). Oparta jest na bezpośredniej walce z organizacjami przestępczymi, często określanymi jako kartele, których działalność rejestruje się głównie na terenie Meksyku i krajach Ameryki Południowej. Bez różnicy czy to starsze, czy młodsze pokolenie - po dzień dzisiejszy wszyscy obserwujemy zjawisko nazywane ekstradycją, które jest elementem w/w wojny narkotykowej i polega na deportacji z kraju pochodzenia danego przestępcy do USA w celu postawienia mu zarzutów i zamknięcia go w naszym więzieniu. Przestępcy, o których mowa pełnią zazwyczaj funkcję lidera danego kartelu/mafii/ogólnie pojętej grupy przestępczej, która jest źródłem nielegalnych substancji dostępnych na terytorium Stanów Zjednoczonych i ponosi także odpowiedzialność za ich przemyt oraz dystrybucje (Przykład: Joaquin Archivaldo Guzmán Loera ekstradowany z Meksyku). Jak widzimy wojna narkotykowa, w której walczymy przeciwko kartelom i mafiom, które zalewają nasz kraj niebezpiecznymi substancjami jest wojną, którą toczymy oficjalnie od ponad dziesiątek lat, a zaglądając w historię - widzimy, że jej początki sięgają ponad stu lat wstecz. Jest wojną, w której staliśmy się już dawno temu liderem, wydając w skali roku średnio ponad 50 miliardów dolarów. Po dzień dzisiejszy próbujemy zapobiec działalności tych struktur przestępczych, prowadząc przeciwko nim wojny na całym świecie, esktradując przywódców, czasem wykonując na nich egzekucje, prowadząc śledztwa na terenie własnego kraju i eliminując także tutejszych przestępców narkotykowych. Zdelegalizowaliśmy większość substancji produkowanych przez w/w struktury przestępcze, delegalizujemy na bieżąco wychodzące na rynek kolejne, nowe substancje, albo substancje, które stworzone zostały wiele lat temu, ale teraz dopiero zdobywają popularność w wyniku delegalizacji dotychczasowych, powszechnie znanych. I jak się finalnie okazuje na przestrzenii tego czasu, wojna ta jest wojną nie przynoszącą satysfakcjonujących efektów, będącą wręcz nieskuteczną. Pochłania ogromne środki pieniężne, a problem wcale nie ustaje. Dokonamy ekstradycji, zamykając w naszym więzieniu głowę którejś z tych organizacji? W jego miejsce przyjdzie nowy człowiek, równie silny co jego poprzednik, kontynuując ten proceder, często w sposób bardziej skuteczny i brutalny. Zdelegalizowaliśmy dziesiątki lat temu wiele tradycyjnych narkotyków i co z tego? W ich miejsce weszły nowe, o wiele bardziej niebezpieczne. Delegalizujemy na bieżąco coraz to nowsze i nowsze narkotyki z nadzieją na poprawę sytuacji i w ten sposób zaślepieni jakąś iluzją dochodzimy do momentu, w którym główną przyczyną zgonu Amerykanów między 18, a 45. rokiem życia jest syntetyczny narkotyk pod nazwą fentanyl. Produkują go w głównej mierze meksykańskie kartele, z którymi nieudolnie walczy nasz rząd, w takim właśnie schemacie, jak opisałem wyżej. Fentanyl to narkotyk będący syntetycznym opioidem, działającym analogicznie do morfiny, ale do 100 razy silniej. Działa też około 50 razy silniej od heroiny i jest silniejszy od wszystkich tradycyjnych, znanych nam dotychczas narkotyków. W swojej najsilniejszej postaci znany jest pod nazwą kartenfanyl, który jest 4000-10000 razy mocniejszy od morfiny i 100 razy silniejszy niż fentanyl. Nagłówki w czołowych mediach, które dotyczą tematu narkotyków i przewijają się nieustannie od lat wyglądają w głównej mierze tak: "Ponad 100 tys. Amerykanów umiera co roku wskutek przedawkowania narkotyków. Blisko trzy czwarte to ofiary fentanylu. Rząd jest bezradny." "[...] Związek ten ewoluuje, ponieważ dostawcy ciągle zwiększają jego siłę, używając do tego tzw. odpowiedników. Zmodyfikowana wersja jest trudniejsza do wykrycia przez służby." "[...]według National Institute for Drug Abuse codziennie z powodu opioidów, na terenie USA, w tym w znacznej większości od fentanylu umiera codziennie ponad 115 osób." "Fentanyl został uznany za najbardziej niebezpieczny z leków opioidowych, które wywołały kryzys w całej amerykańskiej służbie zdrowia. Związek ten zbiera śmiertelne żniwo – w zeszłym roku doprowadził do zgonu ponad 29 tys. osób, czyli aż o 50 proc. więcej niż rok wcześniej – wynika z danych National Institute on Drug Abuse (NIDA)." "Nigdy wcześniej na rynku nie było takiego leku jak fentanyl. Pod względem niebezpieczeństwa i śmiertelności bije na głowę wszystkie uliczne narkotyki" Fentanyl stał się o tyle niebezpieczną substancją, że w bardzo łatwy sposób można doprowadzić jego postać do formy przypominającej wiele innych narkotyków, jak chociażby kokaina. Wielu dilerów, nie zważając na zdrowie i życie swoich klientów często też używają fentanylu jako domieszki, dodatku, mieszając go z innymi narkotykami ze względu na jego niską cenę, zarabiając na tym. Nieświadomi konsumenci przychodzą po narkotyk z przeświadczeniem, że kupują kokainę, czy chociażby inny, znany tradycyjny narkotyk, a w woreczku czy innym pakunku w rzeczywistości jest fentanyl, którego dawkowanie jest diametralnie mniejsze, od chociażby wspomnianej kokainy. Finalnie dochodzi do sytuacji, kiedy to narkoman gustujący w kokainie myśli, że to właśnie z nią wrócił do domu. Wydziela określoną dawkę w takiej wartości, jaką wydziela to zawsze używając kokainy, a następnie ją przyjmuje - w efekcie czego dochodzi do zgonu lub poważnego uszczerbku na zdrowiu. Jak widzimy więc, analizując i obserwując ostatnie kilkadziesiąt lat, a teraz ostatnie kilka lat w kontekście świata narkotyków - fentanyl wyeliminował z nagłówków, pierwszych stron gazet temat tradycyjnych narkotyków. Łóżka w szpitalach, jeżeli mówimy o pacjentach, którzy hospitalizowani są z powodu narkotyków to w większości ofiary fentanylu. Słyszysz na ulicy, w barze, w pracy - gdziekolwiek, że ktoś przedawkował, umarł, trafił w ciężkim stanie do szpitala - myślisz sobie: fentanyl. Słyszysz o śmierci, którą ponosi kilkanaście/kilkadziesiąt osób na raz, gdzieś, grupowo. Była to grupa osób, która rzekomo zażywała kokainę, metamfetaminę, czy heroinę i co sobie myślisz? Fentanyl. I za każdym razem, kiedy słyszysz o takiej sytuacji i myślisz sobie FENTANYL nie mylisz się ani trochę, a jeżeli już to rzadko kiedy. Statystyki nie kłamią, ze wszystkich ofiar śmiertelnych TRZY CZWARTE to ofiary fentanylu. I teraz chcąc przejść do meritum całej tej depeszy, pokazać wam do czego dąże dokładnie, jaki jest cel zawierania wszystkich tych treści, niezwiązanych z heroiną, a dążąc cały czas do zaistniałej sytuacji na Vinewood. Pomijając wątek wojny narkotykowej, który wtrąciłem, aby zilustrować całokształt ogólnie problemu, też jako ciekawostkę i odświeżenie informacji - celem przypomnienia, gdyby ktoś nie pamiętał o co w tym wszystkim chodzi i jak to się finalnie ma na dzień dzisiejszy, to pomijając go całkowicie, A BIORĄC POD UWAGĘ WSZYSTKIE TE FAKTY, TREŚCI, WYDARZENIA mówiące o FENTANYLU w kontekście dzisiejszego artykułu, mówiącego o zażytej HEROINIE, wskutek której 20 OSÓB TRACI ŻYCIE, a drugie 20 W STANIE KRYTYCZNYM JEST HOSPITALIZOWANE to myślimy sobie: coś tu jest nie tak, prawda? FAKT, że MAMY DO CZYNIENIA z HEROINĄ, a nie FENTANYLEM jest istotą całej sprawy. Większość z nas, kiedy usłyszała, że 20 osób straciło życie, drugie 20 osób leży w szpitalu, będąc pół-żywym, albo prawie nieżywym, pomyślało... FENTANYL! A no właśnie, że nie. Nie fentanyl. Istotą całej sprawy jest fakt, że to NIE FENTANYL, a HEROINA! To jest powodem całej kontrowersji, zaskoczenia. Każdy zadaje sobie pytania: "Jak heroina? Niemożliwe, że heroina.", "Co oni za głupoty gadają?! Myśleli, że heroina, a fentanyl tak naprawdę brali!", "Jasne, nie uwierzę. Powiedz mi, kiedy do cholery ostatni raz słyszałeś o przedawkowaniu heroiny, jeszcze tylu osób za jednym zamachem? Przestań w bajki wierzyć. Dostali towar z domieszką fentanylu, nie ma innej opcji", "Weź przestań, komuś się nazewnictwo pomyliło. Nie opowiadałem ci o chłopakach, którzy drugi, czy trzeci rok z heroiną lecą, a dwóch, czy trzech finalnie odpadło? Daj spokój, brali fentanyl. Heroina by ich wszystkich nie zabiła!". Więc odpowiadam wszystkim tym, którzy takie pytania z niedowierzaniem zadają sobie i innym z otoczenia. Wszystkim tym, którzy twierdząco przekonują siebie i innych dookoła, próbując utwierdzać się wzajemnie w tezie, jakoby powodem 20 zgonów zarejestrowanych na terenie Vinewood, 24 stycznia 2024 miał być fentanyl. Odpowiadam: NIE! Nie fentanyl był przyczyną zgonów, a heroina. Sami, do momentu kiedy nie otrzymaliśmy zweryfikowanych informacji od konkretnej osoby ze struktur departamentu policji, osoby pracującej bezpośrednio przy tej sprawie, sami byliśmy przekonani, że to zwykły incydent. Co prawda zabierający pokaźną sumę ludzkich żyć jednocześnie, ale nazywaliśmy go zwykłym na miarę czasów przeklętych przez fentanyl. Jeżeli fentanyl byłby bezpośrednim powodem przedawkowania, nikt nie robiłby afery, słuch o tej sytuacji szybko rozszedłby się, odchodząc w niepamięć. Kontrowersje są ogromne, pada wiele pytań. W życiu codziennym mieszkańców Los Santos, a szczególnie w środowisku służb zajmujących się takimi zjawiskami. To z pewnością pytania, na które w większości odpowiedzieć nie możemy, a powodem tego jest fakt, że wiele informacji zostało przed nami po prostu zatajonych na rzecz dobra śledztwa, natomiast szczegóły, które zostały nam udzielone zamieszczamy niżej: -Jeżeli chodzi o bilans poszkodowanych, mamy po równo w stanie krytycznym jak i zgonów, czyli po 20 osób hospitalizowanych, 20 osób u których stwierdzono zgon. -Raport z badań w/w heroiny uzyskany z laboratium przedstawia wyniki mówiące o niespotykanej czystości heroiny, dużo powyżej średniej znajdywanej na ulicy. -Ktoś, kto odpowiedzialny jest za produkcję w/w heroiny, która znalazła się bezpośrednio na ulicy, to osoba niezwykle doświadczona, posiadająca ogromną wiedzę, będąca mistrzem w swej dziedzinie. Heroina przechwytywana przez służby na świeżo, czy w trakcie produkcji, nie będąca jeszcze poddana całemu łańcuchowi, w którym to każdy odbiorca pokolei zmniejsza czystość substancji w większości przypadków nie bywa tak czysta, jak ta o której mowa. -Biorąc pod uwagę fakt opisany w wyższym podpunkcie, mówiący o tym, że w/w heroina znalazła się na ulicy w tak wysokiej jakości, sądzić można, że transakcja została zawarta na linii produkcja-klient, ewentualnie ktoś bezpośrednio powiązany z osobą odpowiedzialną za produkcję uzyskał od niej heroinę w tej postaci, którą następnie rozprzestrzenił po ulicach Vinewood. -Z relacji osób pracujących przy sprawie wynika, że cechą charakterystyczną jest unikalny sposób, w który pakowano narkotyki. Aspekt podobnie tajemniczy jak czystość zbadanej substancji. "[...]póki co nigdzie w Santos nie znaleziono podobnie zapakowanego i tak czystego towaru." Zebrane przez nas informacje, które są informacjami wiarygodnymi pochodzą z pierwszej ręki. Jest to osoba pracująca i mająca bezpośrednią styczność z zaistniałą sytuacją. Za autentyczność w/w informacji jesteśmy w stanie ręczyć swoim dobrym imieniem. Na prośbę pozostania anonimowym tejże osoby, będącej źródłem wyżej zamieszczonych szczegółów nie ujawniamy jej danych, ani wizerunku. Po przyjrzeniu się treściom wyżej zamieszczonym nasuwa się pytanie: Czy mamy do czynienia z kimś nowym w tej części kraju? Z kimś kto niedawno wszedł w rynek podlegający pod obszar miasta Los Santos, a może nawet i obszar obejmujący cały stan? Stanowiąc nową konkurencję dla reszty przestępczości działającej tutaj? Czy to oznacza nową falę przedawkowań i przepełnione szpitale? Czy to nowy rozdział wojny narkotykowej w wymiarze lokalnym, stanowym albo nawet i krajowym? Czas pokaże, czy będzie nam dane uzyskać odpowiedzi na takie pytania. Cała sprawa jest w toku, czekamy na rozwój wydarzeń i na ujawnienie nowych informacji. Żyjemy w nadziei, że cały proceder, o którym mowa wyżej zostanie jak najszybciej ukrócony dzięki skutecznej pracy służb odpowiedzialnych za zwalczanie przestępczości w tym obszarze. Chcesz dołączyć do zespołu działu Daily News? Kliknij w reklamę i złóż aplikację!
-
090. Matt Orton, mistrz wagi średniej, kryminalistą! Czy to koniec jego kariery?
triple6 odpowiedział(a) na puvtxr temat w Celebrity Preview
**Vinnie R. po przeczytaniu nagłówku na początku zaśmiał się, potem bez emocji pomyślał sobie, że nie ma się co dziwić. Posiadając takie umiejętności i wyrobione ciało, z pewnością wzbudza się swoją osobą respekt, co jest cenione w świecie przestępczym. Natomiast po zapoznaniu się z treścią całego artykułu najpierw zaśmiał się, potem będąc delikatnie oburzonym zaczął mówić pod nosem: Ja pier**lę, kto to w ogóle napisał? Kto jest autorem tego tekstu? Z pewnością facet nie lubi tego Matt Orton'a. Widzę tutaj negatywny wydźwięk, brak obiektywizmu. Umiejętności walki wręcz nie gwarantują przecież zwycięstwa przy każdej napotkanej potyczce, szczególnie kiedy do czynienia mamy z przewagą liczebną. Skąd do cholery te wnioski, stwierdzenie, jakoby facet miał w sekundkę ich poskładać, masakra! Potem zaczął sobie dalej myśleć: Biorąc pod uwagę aktualne statystyki, które pokazują, że problem ogromnej przestępczości w mieście i na terenie całego stanu zamiast spadać, to rośnie, to kto ceniący swoje życie i zdrowie, nie nosi przy sobie, czy nie posiada u siebie w mieszkaniu, w samochodzie jakiejś broni? Palnej, czy tak jak w tym przypadku, broni białej? Po swoich przemyśleniach ponownie odparł pod nosem: Hm, błąd z jego strony, że to nielegalne. Cóż, raczej długo nie posiedzi. Ależ mi przestępstwo, pjahah! Już myślałem, że facet tutaj trzęsie całym miastem, a on po prostu kastet miał ze sobą, masakra... Po przeczytaniu i podsumowaniu pisma, gadając do siebie pod nosem i wyrabiając swoją opinię na temat artykułu jak i samego incydentu wygasił ekran w swoim telefonie i wybrał się na wieczorną przejażdżkę swoim samochodem po ulicach Los Santos.** -
029. Gallivanter Baller. Prestiż w dwóch wydaniach.
triple6 opublikował(a) temat w Behind The Wheels
written by Vinnie Rose - Daily Globe, 23/01/2024 Gallivanter – brytyjski producent samochodów terenowych i SUV-ów działający na rynku od 1948 roku. Znany jest głównie z produkcji pojazdów dla ludności cywilnej, natomiast oferuje także pojazdy wojskowe. Od roku 1970 w swojej ofercie posiada kultowy model Baller, o którym mowa w dzisiejszym artykule. Jest to marka samochodów terenowych, która jest znana z luksusu, stylu i wytrzymałości. Ich pojazdy są zaprojektowane tak, aby radzić sobie zarówno na drogach asfaltowych, jak i w trudnym terenie. Galiivanter oferuje wiele różnych modeli, takich jak Baller Classic SWB, Baller pierwszej generacji, Baller drugiej generacji, Baller II w wersji LE, przedłużoną wersję Ballera LE o oznaczeniu LWB, oraz Baller ST. Wszystkie modele mają charakterystyczny design z eleganckimi liniami i odznaczającym się z daleka grillem - niezależnie od generacji. Wnętrza samochodów marki Gallivanter są przestronne, wygodne i wykończone najwyższej jakości materiałami. Mają również zaawansowane technologie, takie jak systemy multimedialne, nawigacja satelitarna i wiele innych. Pod względem osiągów, Gallivanter jest napędzany mocnymi silnikami, które zapewniają im imponującą moc i dynamiczne przyspieszenie. Przykrym faktem jest, że ogromne V-ósemki zostały wyparte przez dwulitrowe silniki, nie mniej jednak nie ma to większego wpływu na osiągi! To tyle w skrócie o marce Gallivanter, a teraz przejdźmy do meritum tej depeszy. W dzisiejszym artykule pragnę dokonać zestawienia dwóch generacji SUV-ów spod szyldu marki Gallivanter (generacja najnowsza vs starsza), a testowane przeze mnie egzemplarze to: Gallivanter Baller pierwszej generacji z najmocniejszą dostępną wersją silnikową w postaci benzynowej V-ósemki o pojemności 5 litrów z mocą 510KM i 625NM. Egzemplarz ten wyposażony jest w 6-stopniową, automatyczną skrzynię biegów i napęd na cztery koła. Producent deklaruje, że pierwszą setkę osiąga w czasie 6.2 sekundy, a jego prędkość maksymalna osiąga wartość 225km/h. Średnia wartość zużycia paliwa w mieście to prawie 23l/100km, a masa własna (bez obciążenia) tego potwora wynosi aż 2810kg! Gallivanter Baller drugiej generacji w wersji LE, z najmocniejszą dostępną wersją silnikową w postaci benzynowej szóstki o pojemności dwóch litrów generujący moc 300KM i 400NM. Egzemplarz ten wyposażony jest w 9-stopniową, automatyczną skrzynię biegów i napęd na cztery koła. Producent deklaruje, że pierwszą setkę osiąga w czasie 6.6 sekundy, a jego prędkość maksymalna osiąga wartość 242km/h. Będąc w trasie, średnia wartość zużycia paliwa wynosi 7l/100km, a w mieście 10l/100km. Masa własna (bez obciążenia) tego modelu, tej generacji to 1925kg. Jak widzimy Baller drugiej generacji jest zdecydowanie bardziej ekonomiczny z tytułu masy własnej jak i specyfikacji silnikowej. Przyspieszenie do setki między pierwszą, a drugą generacją jest wręcz nieodczuwalne, aczkolwiek w kwestii prędkości maksymalnej - nowsza odsłona może pochwalić się lepszym wynikiem, pokonując poprzednika o 17km/h. Jednak czy przebija to wartość niesamowitego dźwięku 5-litrowej V-ósemki? Ocenę pozostawiam wam, a teraz przejdźmy dalej. Baller I oferuje przestronne i luksusowe wnętrze, które jest pełne wysokiej jakości materiałów i wykończeń. Możesz spodziewać się skórzanych tapicerek, drewnianych wykończeń i metalowych akcentów, które dodają elegancji i prestiżu. Wnętrze jest również bardzo ergonomiczne, z wygodnymi fotelami i dużą ilością miejsca dla pasażerów. Pojemność bagażnika tej generacji liczona jest w 994 litrach, natomiast przy złożonych tylnich siedzeniach wynosi aż 2099 litrów. Baller II również nie zawodzi pod względem wykonania wnętrza. Mimo braku elementów wykonanych z najwyższej klasy drewna i metalu, możesz oczekiwać wysokiej jakości materiałów, takich jak skóra i wykończenia z aluminium. Wnętrze jest zaprojektowane w sposób ergonomiczny i z wygodnymi fotelami tak jak w pierwszej generacji, z intuicyjnym i zdecydowanie bardziej nowoczesnym układem deski rozdzielczej. W przypadku tej generacji pojemność bagażnika liczona jest w 591 litrach, natomiast przy złożonych tylnich siedzeniach wynosi 1383 litrów. Podsumowując, zarówno Baller pierwszej jak i drugiej generacji oferują wysokiej jakości wykonanie wnętrza. Ten pierwszej generacji jest bardziej przestronny i luksusowy, podczas gdy druga generacja oferuje stylowy i nowoczesny design, wpasowywujący się w aktualne trendy i standardy. Jak widzimy, przestrzeń bagażowa w standardowych warunkach, jak i w razie potrzeby transportu większych gabarytów, rozkładając tylnie siedzenia - korzystniej prezentuje się u pierwszej generacji omawianego SUVa. Przyszedł czas na dyskusję odnośnie wyglądu zewnętrznego. To temat bardzo sporny i analizując go pod kątem artykułu - nie jestem w stanie wydać jednoznacznego werdyktu, bo jak dobrze wiemy - każdy ma inny gust i subiektywnie spogląda na ten obszar. Z tego tytułu też przedstawię barwność jednej jak i drugiej generacji, opinię ponownie pozostawiając wam. Baller I jest większy i bardziej klasyczny w swoim wyglądzie. Ma charakterystyczne proporcje i masywną sylwetkę, która od razu przyciąga uwagę. Z przodu możemy zauważyć duże reflektory, które dodają mu elegancji. Atrakcyjne detale, takie jak chromowane elementy i charakterystyczna atrapa chłodnicy podkreślają jego prestiżowy charakter. Baller II natomiast ma bardziej nowoczesny i dynamiczny wygląd. Jest mniejszy i bardziej zwrotny, co czyni go idealnym dla miejskich przygód. Jego smukła sylwetka i agresywnie zarysowane linie nadają mu sportowy charakter. Z przodu możemy zauważyć ostre, smukłe reflektory, które dodają mu charakteru. Detale, takie jak kontrastowe dachy i nowoczesne, aerodynamiczne kształty, sprawiają, że jest to auto, które przyciąga spojrzenia na ulicy. A teraz poruszymy kwestie, która nie mogłaby zostać pominięta w tym zestawieniu, a mianowicie - zdolności terenowe! Jak dobrze wiemy, Gallivanter zawsze oferował pojazdy, które w trudnym terenie świetnie sobie radzą i są do tego przystosowane. Nachodzi mnie, ale podejrzewam, że wielu z was także - pytanie: Czy to już przeszłość, czy współczesna motoryzacja zgrywa tylko pozory, bazując na legendzie poprzednich generacji? Czy może jednak Gallivanter dopilnował tej kwestii i nie pozwolił sobie na to, aby dobre imię jego marki zostało naruszone, a jego samochody tym samym finalnie zachowały te wspaniałe cechy i właściwości, które czynią je wyjątkowymi i niezawodnymi. O ile jestem całkowicie przeświadczony o tym, że Baller pierwszej generacji świetnie sobie radzi w terenie, ponieważ wiele godzin swojego życia spędziłem za kierownicą tej maszyny, to nie jestem pewny, jak w tej kwestii wypada Baller II. Postanowiłem to sprawdzić, a swoimi spostrzeżeniami podzielę się z wami niżej. Baller I to prawdziwy mistrz terenu, tak jak też wcześniej wspomniałem. Ten potężny SUV ma niezrównane zdolności, które sprawiają, że pokonywanie trudnych przeszkód staje się dziecinnie łatwe. Dzięki systemowi napędu na cztery koła, pojazd zapewnia doskonałą trakcję na każdym podłożu. Regulowane zawieszenie pozwala dostosować wysokość pojazdu, zapewniając lepsze przejście przez nierówności. Dodatkowo posiada system kontroli zjazdu, który umożliwia bezpieczne opuszczanie stromych zboczy. To naprawdę niezwykłe, jak ten samochód radzi sobie w każdym terenie! Baller II ku mojemu zdziwieniu również ma imponujące zdolności terenowe tak jak jego poprzednik. Ten kompaktowy pojazd jest w stanie pokonać różnorodne trudności terenowe dzięki systemowi napędu na cztery koła. Dodatkowo, jego kompaktowe rozmiary i zwinność pozwalają na łatwe manewrowanie w ciasnych przestrzeniach. Posiada on także system Terrain Response, który automatycznie dostosowuje ustawienia pojazdu do konkretnych warunków terenowych, takich jak piasek, błoto czy śnieg. To oznacza, że bez względu na to, jakie wyzwania napotkasz, Baller II jest gotowy, by sprostać im z pełnym zaangażowaniem. To naprawdę niezwykłe, jak ten samochód radzi sobie w każdym terenie, zapewniając nie tylko stylowy, nowoczesny wygląd, ale także niezawodność opartą na zaawansowanych systemach, które część roboty wykonują za kierowcę! Przechodząc do podsumowania - osobiście uważam, że na decyzję o wyborze jednej lub drugiej generacji mogą w głównej mierze wpłynąć dwa czynniki, które tak na dobrą sprawę bezpośrednio związane są z subiektywną perspektywą spojrzenia. A są to: wygląd zewnętrzny, pojemność i brzmienie silnika. Poza tymi dwoma obszarami obydwie wspomnianane wcześniej generacje, mimo pozorów - wcale wiele się nie różnią. Historia i geneza modelu Baller zakotwiczona jest głęboko w ideii jazdy terenowej, a także finalnie - połączonej z luksusem. Co prawda z biegiem lat i coraz to nowszych odsłon wychodzących na rynek, w przypadku wielu marek - pewne, pierwotne założenia są zacierane, natomiast nie w przypadku marki Gallivanter. I choć druga generacja Ballera nie była projektowana z zamysłem jazdy terenowej, to ku czci tradycji - te właściwości zostały w przynajmniej jakimś stopniu zachowane. Dla użytkowników ceniących sobie ekologię, ekonomię i nowoczesny design wpasowujący się w aktualne trendy i standardy - Baller drugiej generacji wydaje się być lepszym wyborem, natomiast fani wielkich pojemności silnika jak i przestrzeni, czerpiących przyjemność z brzmienia rasowej V-ósemki - prędzej odnajdą się w starszej odsłonie omawianego dzisiaj modelu. Wniosek? Osoby chcące połączyć jedno z drugim definitywnie czeka swap silnika. To tak pół żartem, pół serio, ale idąc dalej... Mimo kilku różnic, rzucających się w oczy - obydwie odsłony tego modelu łączy jedna, główna cecha wspólna - ogromny prestiż, przejawiający się wysoką jakością wykonania i wykończenia, jak i kultowym, wyróżniającym się na tle innych SUV-ów designem. Zarówno jedna, jak i druga generacja świetnie radzi sobie w terenie. -
086. Psycholog napisał książkę o kryminaliście. Nowy trend gloryfikacji przestępców?
triple6 odpowiedział(a) na aliszyja temat w Celebrity Preview
**Vinnie R. jest przeciwnikiem promowania zjawisk patologicznych i hołoty w mediach czy gdziekolwiek, natomiast z zebranych dotychczas informacji na ten temat nie ma pojęcia co to będą dokładnie za treści. Patrząc na aktualną drogę, którą obrał Seth Daagard stara się go z góry nie skreślać i wyczekuje z niecierpliwością na wydanie wspomnianej książki. Jest również pod wrażeniem widząc aktywność i zaangażowanie w świecie mediów swojej koleżanki z pracy.** -
**Vinnie R. podczas czytania artykułu zastanawia się i próbuje sobie przypomnieć kim jest wspomniany Kenny Whitfield. Po przeczytaniu pisma i dojściu do wniosku, że wcześniej wspomnianej persony nie zna ani nie kojarzy, zaczął zadawać sobie pytanie: Co takiego strasznego i nieludzkiego trzeba wyrządzić, aby zostać w ten sposób potraktowany? Po dłuższej chwili stwierdził, że to zapewne kwestia miejsca, w którym do tego doszło. Vinnie jako osoba z uprzedzeniami do pewnych nacji świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że Toronto charakteryzuje multikulturalizm.**
-
033. VFF 83 pod lupą - nokauty, zwroty akcji i rozczarowująca walka wieczoru.
triple6 opublikował(a) temat w In the cage
written by Vinnie Rose - DAILY GLOBE, 16/01/2024 14 stycznia miała miejsce gala VFF 83. Pomimo drobnej bójki między dwoma mężczyznami oraz problemów technicznych, które spowodowały niewielkie opóźnienie, minioną imprezę śmiało można zaliczyć do udanych. Bez wątpienia wydarzyło się wiele – od wspomnianej bójki na widowni po nieobecność Paulo Rodriguesa, jednego z uczestników walki finałowej o pas kategorii średniej. Podczas tego wydarzenia byliśmy świadkami starć zarówno doświadczonych, jak i mniej doświadczonych zawodników, tworzących barwne, zacięte i niezwykle emocjonujące walki. Przyjrzyjmy się teraz, jak przebiegła gala spod marki Violent Fighting Federation. Walka pierwsza: Sergio Matos vs Declan Dragovich Runda pierwsza pozornie wydawała się wyrównana, ale jeśli chodzi o punktację, to przewaga należała do Sergio Matosa. Dzięki szybkim i precyzyjnym, aczkolwiek lekkim uderzeniom w swojego przeciwnika, zapewnił sobie uznanie sędziów. Natomiast w rundzie drugiej mieliśmy okazję zobaczyć wręcz całkowite odwrócenie biegu wydarzeń, gdzie Declan Dragovich zwyciężył na punkty, wymierzając dodatkowo dotkliwe, o wiele mocniejsze ciosy w kierunku S. Matosa. Runda trzecia ukazała nam dwóch wyczerpanych zawodników, z których jeden postanowił wykorzystać wspomniane zmęczenie. Oczekując na swoje ruchy, Sergio Matos w tamtym momencie zmylił Declana Dragovicha, a następnie spektakularnie kopnął go w bok głowy, co poskutowało nokautem. Walka druga: Sava Jovic vs Tyler Klein Walka rozpoczęła się spokojnie, zawodnicy się zapoznawali, jednak po chwili Sava Jovic wyprowadził serię ciosów, która idealnie trafiła w dolną część szczęki jego przeciwnika. Ten padł na ziemię, ale po chwili wstał i kontynuował walkę. W drugiej rundzie schemat był podobny – wymiana ciosów z obu stron kończąca się lekkim oszołomieniem. Podczas trzeciej rundy Sava Jovic ostatecznie dopadł swojego przeciwnika, wyprowadzając skomplikowaną kombinację ciosów sierpowych, prostych oraz high kicków, co finalnie doprowadziło do powalenia przeciwnika. Zwycięzcą walki został Sava Jovic. Walka trzecia: William Travolta vs Dwayne Ramen Początek walki był dość spokojny, obaj zawodnicy czekali, kto pierwszy podejmie ruch. W pewnym momencie Dwayne Ramen nie wytrzymał presji, co skutkowało wyprowadzeniem przez niego prostego ciosu w stronę swojego przeciwnika. Ten, nie czekając długo, momentalnie wykorzystał okazję. Wykonał szybki unik, po czym w mgnieniu oka przyjął ofensywną postawę i zaczął okładać rywala pięściami. Od początku drugiej rundy, William Travolta, będąc podbudowany rundą pierwszą, natychmiast przejął inicjatywę. Bez wahania wbił się w swojego rywala, wyprowadzając skoordynowaną serię ciosów. Jego nadmierna pewność siebie w pewnym momencie jednak go zgubiła, co skutkowało uniknięciem przez jego rywala jednego z uderzeń, a następnie otrzymaniem prawego sierpowego prosto w twarz. Walkę ostatecznie zakończył nokaut na korzyść Williama Travolty, który precyzyjnym ciosem łokciem trafił Dwayna Ramena prosto w szczękę. CO-MAIN EVENT: Damon Cariaz vs Tristian Lyonee Walka pomiędzy tymi dwoma zawodnikami była prawdziwym piekłem, charakteryzującym się jako krwawy i wyczerpujący pojedynek. Zarówno Damon, jak i Tristan od początku do końca napierali z determinacją w swoich kierunkach. Całość towarzyszyły pełne obroty sytuacji, przeplatane wymianą ciosów i unikania ich. Z powodu różnicy wagowej obu zawodników, szala zwycięstwa kilkakrotnie się przechylała, dostarczając widowni wielu fascynujących momentów, które były źródłem intensywnych i skrajnych emocji, co można było odczuć będąc wtedy w Maze Arena. Niestety nie doczekaliśmy się nokautu, gdyż obaj zawodnicy stali twardo na nogach po zakończeniu walki. Decyzją sędziów, Damon Cariaz okazał się lepszym zawodnikiem w tym pojedynku, zdobywając więcej punktów niż Tristan Lyonee. MAIN EVENT: Matt Orton vs Paulo Rodrigues Niestety, z niewiadomych przyczyn Paulo Rodrigues nie pojawił się na gali VFF83. Ta sytuacja spotkała się z wielkim oburzeniem publiczności, federacji oraz jego rywala, Mat'a Orton'a. Z powodu tego incydentu i nieporozumień, zwycięzcą walki, poprzez walkower, został wspomniany wcześniej Matt Orton, stając się nowym mistrzem kategorii średniej. Chcesz dołączyć do zespołu działu Daily News? Kliknij w reklamę i złóż aplikację!
