Skocz do zawartości
 
GRACZY ONLINE

Lori

Gracz
  • Postów

    109
  • Rejestracja

Treść opublikowana przez Lori

  1. JUICY TALK-TAILS BY ALYSSA DE SANTIS: RÓŻ TO NIE TREND, TO ŻYCIE **W mediach Daily Globe znajduje się materiał z odcinka Juicy Talk-Tails w wersji skryptowej i nagrania wideo ze studia radiostacji** Dobry wieczór, Los Santos! Witam się z Wami Alyssa De Santis. I tak kochani… Long time no see, pora na nowy odcinek Juicy Talk Tails! Dziś będzie różowo. Ale nie tak, jak myślicie. Październik to miesiąc świadomości nowotwora piersi. Świadomości, której w tym mieście czasem brakuje bardziej niż zdrowego rozsądku na autostradzie. I właśnie o tym porozmawiamy. Nie o plotkach, nie o skandalach, tylko o czymś, co może naprawdę uratować życie. Pink October to temat, który warto przegadać nawet w tym szalonym mieście, gdzie wszyscy gonią za lajkami, a nikt nie goni za badaniami profilaktycznymi. Zacznijmy od początku. W Los Santos piersi to temat, który pojawia się częściej na billboardach niż w gabinecie lekarskim. Tylko, że billboard nie uratuje ci życia. Badania już tak. Nie potrzebujesz kliniki na Rockford Hills żeby się badać. Wystarczy twoja dłoń, kilka minut raz w miesiącu. Samobadanie piersi – brzmi banalnie, ale może ocalić wszystko. Stań przed lustrem. Sprawdź, czy coś się zmieniło – kształt, skóra, obrzmienie, wyciek. Dotknij, poznaj, zaufaj sobie. Jeśli coś cię niepokoi – nie panikuj, ale też nie odkładaj tego na później. Nie googluj, nie pytaj wróżki na Vespucci Beach. Idź do lekarza.Serio, lekarz już wszystko widział. Im wcześniej coś zauważy, tym większa szansa, że wszystko skończy się dobrze. Pamiętaj… nigdy, przenigdy nie daj się zbyć. Jeśli ktoś powie: „Proszę się nie martwić, to nic” – nie przyjmuj tego jak mandatu. To twoje ciało, twoje zdrowie, twoje życie. Twoja czujność ratuje. Być kobietą i być słyszaną, gdy coś boli – to wciąż luksus. Zbyt często słyszymy: „to stres”, „to hormony”, „to nic groźnego”. Masz prawo żądać badań i diagnostyki. Masz prawo do drugiej opinii. I do trzeciej. Nie bój się powiedzieć: „Zróbmy badanie. Dla mojego spokoju”. Jeśli ty sama o siebie nie zawalczysz to nikt tego nie zrobi. W Los Santos ludzie potrafią wydać fortunę na tuning auta, a badań profilaktycznych unikają jak korków na Del Perro Freeway. Nie bądź jedną z nich. Nie pozwól, żeby ktoś inny decydował o tym, jak długo będziesz żyć. Ta paskudna choroba nie wybiera. Nie patrzy, czy jesteś gwiazdą ze Wzgórz, matką z Vespucci, czy policjantką na Mission Row. Nie interesuje go twoje nazwisko ani status. Nie obchodzi go, czy masz 25 lat, kredyt, dzieci, czy dopiero planujesz życie. Kiedy przychodzi diagnoza świat zwalnia. Czasem z hukiem, czasem po cichu. Wtedy zaczyna się prawdziwa walka. I wtedy często pojawia się cisza… Dlaczego? Ludzie nie wiedzą, co powiedzieć. Nie chcą się narzucać. Boją się. Współczucie to nie to samo co wsparcie. Nie litość, a obecność. Nie „będzie dobrze”, tylko „jestem z tobą”. Pomóż praktycznie: zrób zakupy, ugotuj obiad, zawieź dzieci do szkoły czy tam na zajęcia po szkole. Czasem to więcej niż tysiąc słów. Czasem normalność to największy dar. W dzisiejszych czasach łatwo o współczucie na LifeInvader, ale już trudniej o obecność. Wygodniej nam kliknąć serduszko pod postem niż zadzwonić i zapytać: „Jak się dziś czujesz?”. Kobiety często zostają z tym ‘wyrokiem’ same. Dlatego, jeśli słuchasz mnie teraz – niezależnie, czy masz doświadczenie z chorobą, czy nie – pamiętaj: wsparcie to nie gadżet. To lek. Październik. Miasto pełne reklam, promocji, eventów. Między tym wszystkim pojawia się coś wyjątkowego – różowe wstążki. Nie tylko symbol, ale przypomnienie: hej, badaj się, bo warto. To nie jest tylko kobiecy temat. Panowie – wy też możecie przypomnieć swoim partnerkom, siostrom, mamom, że czas na badania. Nowotwór piersi to nie problem jednostki. To coś, co dotyka rodzin, związków, całych społeczności. Pamiętaj, girl… Wcale nie musisz być „dzielna” codziennie. Masz prawo mieć gorszy dzień, płakać, być zdenerwowana. Prawdziwa siła to nie pozowanie do zdjęcia w różowej bluzie. To codzienna walka – czasem z chorobą, a czasem z własnymi myślami. Dbanie o siebie to nie krem za tysiąc dolarów ani joga o świcie czy zachodzie słońca. To codzienne decyzje, które ratują zdrowie. Jaki mamy rozkład dbania o siebie? Raz w miesiącu – samobadanie piersi. Raz w roku – USG lub mammografia. Zdrowa dieta – mniej fast foodów, więcej warzyw. Ruch – taniec, spacer, trening. Sen – minimum siedem godzin, nie trzy po imprezie w klubie. No i… spokój, bo stres też potrafi być toksyczny. Dbaj o siebie jak o auto – regularnie. Ciało to jedyny dom, z którego nie możesz się wyprowadzić, albo zmienić jak nam nie odpowiadają warunki. Dostałam wiele wiadomości od was w ostatnich dniach. Wiecie, ja naprawdę lubię rozmawiać z ludźmi. Jestem aktywna w social mediach – pewnie wielu z was już o tym wie. Często piszecie do mnie po audycjach, dzielicie się swoimi historiami, czasem bardzo osobistymi. I właśnie za to was kocham – za szczerość, za odwagę, za to, że nie boicie się mówić o trudnych rzeczach. Ta audycja to nie tylko mój głos w eterze. To wasze głosy, wasze emocje, wasze doświadczenia, które razem składamy w coś większego. Jedna słuchaczka napisała, że jej mama przeszła nowotwór i tylko dlatego, że badała się regularnie, dziś wciąż jest z nią. Inny słuchacz zapytał mnie, jak mężczyzna może wspierać kobietę w chorobie, żeby nie przeszkadzać. Odpowiadam – nie musisz być bohaterem, bądź obecny. Nie mów „wiem, co czujesz” – bo nie wiesz. Zrób herbatę, przytul, posłuchaj. To wystarczy. A jeśli jesteś tą kobietą, która właśnie przez to przechodzi – wiedz, że nie jesteś sama. Październik co roku staje się coraz bardziej różowy. Sklepy, marki, reklamy – wszędzie nagle pojawia się różowa wstążka. To dobrze. Każda taka wstążka przypomina o ważnej sprawie. Każdy kubek, koszulka czy bransoletka w tym kolorze to sygnał: „Hej, pamiętaj o badaniach”. Ale... nie pozwólmy, żeby to się na tym kończyło. Nowotwór piersi to nie modny trend na październik. To realne życie i realne cierpienie. Różowy kolor na logo nie wystarczy, jeśli za nim nie idzie działanie. Kupując gadżet – pomóż naprawdę. Zainteresuj się, przekaż datki, wesprzyj organizacje. Niech ten kolor będzie symbolem troski, a nie tylko sezonowego marketingu. Kiedy róż staje się tylko towarem, jego sens znika. A teraz mam coś ważnego do ogłoszenia. Wspólnie z organizatorem akcji Pink October – Vanté – ruszamy ze zbiórką na rzecz walki z rakiem piersi. Cała zebrana kwota zostanie przekazana na wsparcie organizacji pomagających kobietom w diagnozie i leczeniu. To nie tylko pieniądze – to realna szansa, by ktoś dostał badanie, lek czy opiekę, której wcześniej nie mógł sobie pozwolić. Patronem medialnym całego wydarzenia jest Daily Globe, które wspiera w nagłaśnianiu akcji i docieraniu do jak największej liczby osób. To nie wszystko. Już 12 października, w niedzielę, w Central Los Santos Medical Center odbędzie się dzień otwarty, który współorganizuję razem z Dyrektor szpitala – Seraphiną Blaire. Razem promujemy profilaktykę i dostępność badań dla kobiet. Tego dnia każda kobieta będzie mogła przyjść, porozmawiać z lekarzami, dowiedzieć się, jak wygląda mammografia, i – co najważniejsze – wykonać to badanie zupełnie za darmo. Całość zacznie się krótkim wprowadzeniem, kilkoma słowami o tym, dlaczego profilaktyka jest tak ważna, jak wygląda diagnostyka i czego można się spodziewać. Potem przejdziemy do badań, które będą prowadzone przez specjalistów z Central Los Santos Medical Center. Na koniec – poczęstunek, rozmowy i przestrzeń, by po prostu być razem. To wydarzenie to coś więcej niż medyczna akcja. To wspólnota. Spotkanie kobiet, które chcą być dla siebie wsparciem, które nie boją się mówić o zdrowiu i które wiedzą, że mówienie o nowotworze to nie temat tabu. To odwaga, świadomość i troska. I chcę, żebyście wszystkie – niezależnie od wieku, statusu, koloru włosów czy rozmiaru – przyszły tam. Dla siebie. Dla innych. Dla życia. Róż to nowy kolor odwagi, bo każda z nas zasługuje na to, by być widziana – nie tylko wtedy, gdy jest idealna. Widziałam wiele kobiet, które przeszły przez nowotwora piersi. Niech ta różowa wstążka będzie symbolem wsparcia, nie litości. Wszystkie miały jedną wspólną cechę – siłę. Nie zawsze głośną. Czasem cichą, zmęczoną, ale niezłomną. One nie potrzebują współczucia. Nie chcą, żeby ktoś nad nimi płakał. Chcą, żeby ktoś pomógł z praniem, zawiózł na chemię, posiedział przy kawie lub drinku. Moje cudowne kobiety… BADAJCIE SIĘ! Słuchajcie swojego ciała. Nie dajcie się zbyć. Nie bójcie się mówić o tym, co trudne. Milczenie zabija, a świadomość ratuje. I pamiętajcie, moje piękne istoty… Dbanie o siebie to nie egoizm. To akt miłości. Juicy Talk Tails właśnie dobiega końca. Żegna się z Wami Alyssa De Santis, do usłyszenia!
  2. **Małżeństwo De Santis wpłaciło $100000 na zbiórkę charytatywną.**
  3. **Alyssa wysłała filmik Aurelii jak jej syn tańczy do nowej piosenki swojej celebrity crush.**
  4. JUICY TALK-TAILS BY ALYSSA DE SANTIS: GASLIGHTING - KIEDY KTOŚ GASI TWOJE ŚWIATŁO **W mediach Daily Globe znajduje się materiał z odcinka Juicy Talk-Tails w wersji skryptowej i nagrania wideo ze studia radiostacji.** Gaslighting: kiedy ktoś gasi Twoje światło, a Ty zaczynasz wierzyć, że to naturalna ciemność. O manipulacji, której nie widać, ale której skutki odczuwa się boleśnie. Dobry wieczór Los Santos! Pora na długo wyczekiwany, nowy odcinek Juicy Talk Tails. Dziś porozmawiamy o temacie trudnym, ale niezwykle ważnym — o gaslightingu. To pojęcie, które coraz częściej pojawia się w rozmowach czy mediach społecznościowych. Wiele osób używa tego słowa, ale nie wszyscy rozumieją, czym ono dokładnie jest i jak poważne ma konsekwencje. Porozmawiamy o tej cudownej, manipulacyjnej sztuczce, którą ludzie stosują, żeby wmówić wam, że to, co czujecie… to nieprawda. Że wasze emocje są ‘przesadą’, wasze wspomnienia są ‘błędne’, a wasze doświadczenia? ‘Kochanie, wymyśliłaś to sobie’. Gaslighting to jedna z najbardziej podstępnych form manipulacji psychicznej. Osoba, która go stosuje, próbuje sprawić, byśmy zwątpili we własne wspomnienia, emocje i zdrowy rozsądek. To sprawia, że ofiara zaczyna pytać samą siebie: „Może faktycznie przesadzam? Może to ze mną jest coś nie tak?”. Gaslighting polega na systematycznym podważaniu czyjejś percepcji rzeczywistości. To nie jest zwykłe nieporozumienie czy różnica zdań. To świadome, powtarzające się działania mające na celu osłabienie drugiej osoby. Przykład: partner, który mówi: „Nigdy ci tego nie powiedziałem, wymyśliłaś to sobie”, mimo że padły konkretne słowa. Albo szef, który powtarza: „Źle pamiętasz, deadline był wcześniej”, mimo że fakty wskazują inaczej. Mechanizm jest prosty: gaslighter odbiera ci pewność siebie, aż zaczynasz bardziej ufać jego wersji wydarzeń niż swojej własnej. Słowo „gaslighting” pochodzi od sztuki teatralnej i filmu Gaslight z lat 30. i 40. XX wieku. Bohater manipulował żoną, przygaszając światło w domu, a gdy ona to zauważała — zaprzeczał, że coś się zmieniło. Kobieta zaczęła wierzyć, że traci zmysły. To właśnie sedno gaslightingu: stopniowe odbieranie ofierze poczucia, że może ufać własnym oczom i własnym odczuciom. Jak często słyszysz… “Oj, przesadzasz!”, „Przecież tego nigdy nie mówiłem”, „Masz bujną wyobraźnię." Albo klasyk - „to wszystko dzieje się tylko w twojej głowie”. I moje ulubione – „zawsze dramatyzujesz.” Kochani, jeśli słyszycie takie teksty częściej niż dzwonek z Uber Eats — to nie jest normalne. To nie jest troska. To jest kontrola. To trochę jakby ktoś nadepnął ci na stopę w szpilkach, a potem powiedział: ‘Oj, to nie boli, dramatyzujesz. Stopa? Jaka stopa?’. Zauważcie, że wszystkie te komunikaty nie odnoszą się do faktów, tylko do podważania zdolności drugiej osoby do właściwej oceny sytuacji. Nasuwa się pytanie - dlaczego ludzie gaslightują? Motywacje są różne. Czasami to potrzeba kontroli nad drugą osobą, unikanie odpowiedzialności za własne czyny, chęć utrzymania przewagi w relacji, czasem też lęk przed utratą autorytetu. Gaslighting występuje w relacjach romantycznych, przyjaźniach, rodzinach, ale także w pracy — np. wtedy, gdy przełożony podważa twoje kompetencje i sprawia, że wątpisz w swoje umiejętności. Jest szczególnie groźny, ponieważ działa powoli i podstępnie, wślizgując się w codzienność tak, że ofiara często długo nie zdaje sobie sprawy z jego skutków. Długotrwałe doświadczanie takiej manipulacji podcina skrzydła — osłabia poczucie własnej wartości, sprawia, że człowiek zaczyna żyć w ciągłym napięciu i lęku. Z czasem pojawia się przygnębienie, nawet depresja. Poczucie osamotnienia rośnie, bo ofiara izoluje się od innych. Przekonana, że nikt nie zrozumie jej perspektywy. Najbardziej destrukcyjne jest jednak to, że zaczyna wierzyć, że naprawdę traci rozum. To nie są lekkie konsekwencje. Gaslighting potrafi odebrać komuś nie tylko pewność siebie, ale także poczucie tożsamości i zdolność podejmowania decyzji. Jak rozpoznać, że padliśmy ofiarą gaslightingu? Często objawia się to w codziennych zachowaniach, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się drobnostką. Zdarza się, że nieustannie przepraszasz, nawet nie wiedząc dokładnie, za co. Coraz częściej masz wrażenie, że twoja pamięć zawodzi i że nie możesz do końca zaufać własnym wspomnieniom. Zaczynasz chodzić na palcach wokół drugiej osoby, byle tylko uniknąć konfliktu, bo każdy twój gest lub słowo mogą zostać zakwestionowane. Stopniowo nabierasz przekonania, że twoje emocje są przesadzone, a twoje reakcje nieadekwatne. W końcu pojawia się wszechobecne poczucie winy, mimo że obiektywnie nie masz ku temu żadnych powodów. Jeśli te opisy brzmią znajomo, to znak, że warto zatrzymać się i przyjrzeć bliżej własnej relacji. To mogą być symptomy manipulacji, której celem jest podważenie twojego zaufania do samej siebie. Gaslighting jest trudny do zatrzymania, bo jego mechanizmy wnikają głęboko w codzienne relacje i łatwo je przeoczyć. Istnieją jednak sposoby, które mogą pomóc odzyskać poczucie sprawczości i chronić się przed dalszą manipulacją. Najważniejsze jest zaufanie do własnych uczuć i wspomnień — jeśli coś przeżywasz, to jest to dla ciebie prawdziwe, nawet jeśli ktoś próbuje to zbagatelizować. Warto także dokumentować fakty: notować rozmowy, zapisywać sytuacje, a nawet gromadzić wiadomości. Taki zapis pozwala odzyskać pewność, że twoja pamięć cię nie zawodzi. Pomocna bywa też rozmowa z innymi. Istotne jest również stawianie granic — umiejętność powiedzenia „nie zgadzam się z tym” zamiast wchodzenia w niekończące się spory i próby udowadniania własnej racji. Gdy poczujesz, że sama nie jesteś w stanie odzyskać równowagi, nie wahaj się sięgnąć po wsparcie profesjonalne. Psycholog lub terapeuta mogą pomóc odbudować wiarę we własne siły i odzyskać zaufanie do samej siebie. Wiecie, kiedy myślę o gaslightingu, mam wrażenie, że to jedna z najbardziej perfidnych form przemocy. Bo to nie siniaki, które można zobaczyć. To nie krzyk, który da się nagrać. To cichy głos, powtarzany codziennie, aż zaczynasz mu wierzyć bardziej niż sobie samej. Gaslighting działa jak kropla wody, która uderza o kamień. Pojedyncze zdanie nie robi krzywdy. Ale powtarzane tygodniami, miesiącami, latami — potrafi wyżłobić w psychice prawdziwą przepaść. W tym tkwi największa tragedia: gaslighting nie tylko zabiera ci zaufanie do innych ludzi, on zabiera ci zaufanie do samej siebie. Gdy człowiek przestaje ufać własnym emocjom i wspomnieniom, staje się bezbronny. To jakby ktoś wyłączył twoje wewnętrzne światło i wmówił ci, że ciemność to stan naturalny. Dlatego tak ważne jest, by mówić o gaslightingu głośno. Nie po to, żeby kogokolwiek straszyć, ale żeby uświadamiać. Manipulacja najbardziej lubi ciszę. Najbardziej lubi, gdy ofiara milczy i wstydzi się pytać o pomoc. Chciałabym powiedzieć jasno: nie jesteś histeryczna, jeśli czujesz, że coś jest nie tak. Nie przesadzasz, kiedy czujesz się zraniona. Nie masz złej pamięci tylko dlatego, że ktoś inny twierdzi inaczej. Gaslighting nie jest miłością, troską ani „szczerością bez filtra”. Gaslighting to narzędzie władzy, które ma cię złamać. A twoją największą bronią jest świadomość, że twoja wersja rzeczywistości ma prawo istnieć. To był odcinek Juicy Talk Tails. Dziękuję, że byliście ze mną. Dbajcie o siebie i pamiętajcie: na końcu to twoje emocje i doświadczenia są prawdziwe — i nikt, absolutnie nikt, nie ma prawa gasić twojego światła.
  5. Written by Alyssa De Santis - Daily Globe 09/09/2025 7 września 2025 roku Mirror Park zamienił się w przestrzeń pełną śmiechu, muzyki i aromatu grillowanych potraw. W tym roku święto ludzi pracy – Labor Day – po raz pierwszy odbyło w East Vinewood, a dokładniej na samym Park Mirror. Tegoroczne obchody pokazały, że w Los Santos potrafimy nie tylko ciężko pracować, ale też pięknie świętować. Park miejski zamienił się w tętniące życiem miasteczko piknikowe. Wieczorne słońce, zapach grilla, muzyka i rozmowy sprawiły, że symboliczne zakończenie lata miało ciepły, sąsiedzki charakter. Rodziny z dziećmi, grupy znajomych, seniorzy i młodzież – każdy znalazł coś dla siebie. Parkowe alejki wypełniły się stoiskami z jedzeniem, lodami, gadżetami i atrakcjami sportowymi. Całość odbyła się dzięki współpracy pomiędzy Department of Arts & Culture oraz Daily Globe. DAC było głównym sponsorem, natomiast nasza redakcja zadbała o medialny wydźwięk wydarzenia. Na scenie od pierwszych minut panowała Alyssa De Santis – dziennikarka i gospodyni wieczoru, która narzuciła imprezie lekko kowbojski tempo i ton. W kapeluszach, bandanach i z uśmiechem, uczestnicy szybko podchwycili klimat „miejskiego saloonu”. De Santis ze swoją charyzmą żartowała z publicznością, zapraszała do atrakcji i pilnowała, by energia nie opadała ani na moment. Krótko po oficjalnym otwarciu głos zabrał Semion Voronov, dyrektor Department of Arts & Culture. Podziękował mieszkańcom za liczną obecność i wsparcie dla inicjatyw kulturalnych w mieście, podkreślając, że Labor Day w Los Santos ma łączyć pamięć o wysiłku ludzi pracy z radością bycia razem. Sercem wydarzenia była strefa gastro – soczyste steki, klasyczne hamburgery i chrupiące hot dogi znikały w tempie. O podniebienia uczestników zadbali partnerzy wydarzenia, Wigwam oraz Moka Cafe. Dodatkową, wakacyjną wisienką na torcie była budka z lodami – oblegana nie tylko przez najmłodszych. Wanilia, truskawka, czekolada i kilka „sekretnych” mieszanek smakowych ustawiły długą, ale szczęśliwą kolejkę chętnych. Wcale nie mniejszym zainteresowaniem cieszyła się strefa gadżetów promujących miasto. Koszulki „I ❤️ Los Santos”, apaszki, czapki z daszkiem, okulary przeciwsłoneczne z logo LS, breloki (w wersji z koralikami i metalowymi literkami) schodziły tak szybko, jak gorące steki z rusztu. Dla wielu – pamiątka z Labor Day, dla innych – stały element codziennej stylówki. Każdy wrócił z tego wydarzenia z małą pamiątką, która dumnie reprezentuje nasze cudowne miasto. Nie zabrakło sportowego ducha na miejskim pikniku. Równolegle w skateparku młodsi testowali rowerki na rampach. Natomiast mini turniej w rzutki przyciągał zarówno wyjadaczy, jak i debiutantów. Najwięcej oklasków zbierali ci, którzy potrafili połączyć celność z poczuciem humoru – dokładnie w duchu wieczoru. Do wygrania w mini turnieju były darmowe przejazdy klasycznymi pojazdami, vouchery do strefy gastro, maskotki w barwach patriotycznych oraz dla zwycięzcy - puchar. Organizatorzy zadbali też o tych, którzy wolą aktywność w ruchu: skate park z dostępem do rowerków na rampę pozwolił spróbować sił w bezpiecznych, kontrolowanych warunkach. Nie zabrakło również atrakcji dla miłośników motoryzacji. Pokaz oldtimerów – od eleganckich krążowników szos po zgrabne miejskie klasyki – przyciągał obiektywy i wywoływał tę charakterystyczną mieszaninę zachwytu i sentymentu. Dla wybranych szczęśliwców przygotowano krótkie przejażdżki wybranymi modelami wokół boiska sportowego, co szybko stało się jednym z najgłośniej komentowanych punktów programu. Wśród atrakcji, które wzbudziły największe emocje, znalazł się pokazowy przejazd motocyklistów z Calaveras Rojas MC. Ich efektowna runda wokół boiska Mirror Parku przyciągnęła tłumy obserwatorów, a ryk silników zagłuszał nawet muzykę ze sceny. Po przejeździe klub zaprosił uczestników do obejrzenia maszyn z bliska i skorzystania z okazji do wspólnych zdjęć – co okazało się prawdziwym hitem wieczoru. Dla jednych to był moment rodzinnego pikniku, dla innych – okazja, żeby poczuć klimat miejskiego święta z prawdziwego zdarzenia. Od samego początku organizatorzy – DAC oraz Los Santos Daily Globe – akcentowali, że to wydarzenie jest dla wszystkich. Rodziny z dziećmi miały do dyspozycji wygodne strefy odpoczynku, szerokie alejki spacerowe Mirror Parku i niekończące się źródło drobnych atrakcji: od gadżetów po lody. Na zakończenie Alyssa De Santis wróciła na scenę z zestawem celnych, lekko przewrotnych puent, dziękując Department of Arts & Culture za współorganizację, a Wigwam i Moka Cafe – za smaczne wsparcie. Tegoroczny Labor Day w Mirror Park był dokładnie tym, czym to święto powinno być: pochwałą pracy i wspólnoty, ale też okazją, by na moment zwolnić, spotkać się i poczuć, że Los Santos to więcej niż tylko zabiegane miasto – to ludzie, którzy potrafią być razem. Zgodnie z tradycją, lato zostało pożegnane w najlepszym stylu. I już pojawiają się pytania: co dalej? Jeśli tempo i pomysły organizatorów pozostaną na tym poziomie, jesień w Los Santos zapowiada się równie ciekawie jak minione lato.
  6. Labor Day, czyli Święto Pracy, to jeden z najważniejszych świąt, które celebrujemy większą społecznością. Obchodzimy je zawsze w pierwszy poniedziałek września. Początki sięgają końca XIX wieku, kiedy to ruchy pracownicze zaczęły walczyć o prawa robotników i godne warunki pracy. Pierwsza parada z okazji Labor Day odbyła się w 1882 roku w Nowym Jorku, a już kilka lat później święto zyskało rangę ogólnokrajową. Idea była prosta – uhonorować ludzi pracy i podkreślić ich ogromny wkład w rozwój kraju. Z biegiem lat Labor Day stało się także nieformalnym zakończeniem lata – momentem, w którym Amerykanie spotykają się z rodziną i znajomymi, urządzają grille, parady czy festyny. To czas odpoczynku, wspólnej zabawy i integracji całych społeczności. Tym samym pozwala nam się nastroić na dobre wejście w kolejną porę roku, jaką jest jesień. 7 września o 20:00 spotykamy się na Park Mirror - East Vinewood, aby wspólnie celebrować Labor Day – święto pracy i symboliczne zakończenie lata. W naszym mieście będziemy celebrować na Park Mirror, w otoczeniu przyrody i infrastruktury przyjaznej najmłodszym. Przygotowaliśmy bogaty program atrakcji, aby każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Na uczestników czeka wielkie grillowanie – serwowane będą soczyste steki, chrupiące hot dogi oraz klasyczne hamburgery, czyli wszystko to, co najlepiej oddaje charakter amerykańskiego pikniku. Nie zabraknie również strefy z gadżetami promującymi miasto. Będzie można otrzymać unikalne T-shirty, praktyczne bidony, breloki, okulary przeciwsłoneczne i inne drobiazgi, które staną się świetną pamiątką z tego wydarzenia. Dla tych, którzy lubią rywalizację, przygotowaliśmy mini turniej w rzutki – doskonała okazja do sprawdzenia swojej celności i dobrej zabawy w gronie znajomych. Jedną z największych atrakcji będzie pokaz zabytkowych samochodów. Miłośnicy motoryzacji nie tylko zobaczą z bliska wyjątkowe klasyki, lecz także będą mieli możliwość przejechania się wybranymi modelami po ulicach miasta. Nie przegap okazji, by spędzić ten dzień w gronie mieszkańców Los Santos. To będzie święto pełne smaku, atrakcji i dobrej zabawy! Serdecznie zapraszamy wszystkich chętnych do wzięcia udziału w wydarzeniu, które odbędzie się w najbliższą niedzielę, 7 września o godzinie 20:00. Standardowo, na mapie pojawił się blip amerykańskiej flagi, który zaprowadzi Was na miejsce wydarzenia. Liczymy, że wraz z nami oddacie ducha świętowania w iście amerykańskim stylu. Do zobaczenia na wielkim, wspólnym grillowaniu!
  7. LOVE SANTOS - BLIND DATES, SPOTKAJ MNIE W CIEMNO **Na stronie Daily Globe pojawiło się nagranie nowego podcastu LOVE SANTOS, w formie wizualnej i skryptu.** Moi kochani, w dzisiejszym odcinku Love Santos chciałabym Was powitać w świecie BLIND DATES, czyli randek w ciemno, które potrafią zmienić życie… I to nie tylko tak jak w filmach. Odbędziemy krótką podróż po historii i fenomenie blind dates. Dowiesz się, dlaczego to nie tylko romantyczna przygoda, ale też trening dla Twojej odwagi, pewności siebie i otwartości na świat. Będzie trochę psychologii, trochę humoru, kilka anegdot, praktyczne wskazówki… i finał, który – ostrzegam – może sprawić, że spakujesz walizkę i pojedziesz przeżyć swój własny blind date w jednym z najbardziej luksusowych miejsc nad oceanem. Jest taki moment w życiu, kiedy decydujemy się zrobić coś… trochę szalonego. Coś, co wybija nas z codziennej rutyny. Dla jednych będzie to skok na bungee. Dla innych – podróż solo w nieznane. A dla niektórych… blind date. Blind date, czyli randka w ciemno, to spotkanie, na które idziesz nie wiedząc, kogo zobaczysz po drugiej stronie stolika. Bez zdjęć, bez podglądania w social mediach, bez tworzenia wyobrażeń w głowie. Wchodzisz w tę chwilę… czysty, otwarty, gotowy na niespodziankę. I to właśnie magia. Czujecie tą nutkę adrenaliny? Ohh, wiem, że ją czujecie. Nie bądźcie tacy skryci, c’mon! Ale wróćmy do początku… Przenieśmy się do Ameryki lat 20. XX wieku. Mężczyźni w eleganckich kapeluszach, kobiety w sukniach do kolan i z krótkimi fryzurami w stylu „flapper”. Jazz króluje w klubach, a w powietrzu unosi się zapach świeżo palonej kawy i… nowych pomysłów na życie. Właśnie wtedy w studenckich kampusach i wśród bywalców miejskich kawiarni pojawia się coś, co nazwano blind date – randka w ciemno. Idea była prosta: „Nie znasz? Poznaj!” – znajomi aranżowali spotkania między osobami, które nigdy się wcześniej nie widziały. Zero zdjęć, zero „researchu”. Po prostu: przyjdź, uśmiechnij się i zobacz, co się stanie. Lata 70. i 80. to czasy telewizyjnych show. Programy takie jak The Dating Game wciągały Amerykanów przed telewizory, a sam pomysł randki w ciemno stawał się coraz bardziej zabawą niż poważną misją znalezienia męża czy żony. Dziś randki w ciemno przeżywają drugą młodość. Niby mamy aplikacje, gdzie można obejrzeć setki zdjęć… Zauważalna jest tendencja do tego, że coraz więcej ludzi wraca do magii niespodzianki. Organizowane są „mystery matchmaking events”, kolacje tematyczne, a nawet randki, w których nie widzisz twarzy rozmówcy do momentu… aż usiądzie przy Twoim stoliku. W świecie, w którym wiemy o sobie wszystko zanim się spotkamy, blind date to luksus – luksus poznania kogoś tu i teraz, bez filtrów, bez scenariusza. Wyobraź sobie, że idziesz na spotkanie i nie wiesz nic o tej osobie poza tym, że… Istnieje. Twój mózg natychmiast zaczyna pracować na wysokich obrotach. Psychologowie mówią, że to naturalne – lubimy przewidywać, ale tutaj nie mamy danych. Efekt? Delikatna adrenalina. Serce bije szybciej, umysł wyostrza zmysły. Badania pokazują, że brak oczekiwań często prowadzi do… Lepszych wrażeń. Zamiast porównywać osobę do wyobrażenia, poznajesz ją naprawdę. Psycholodzy mówią, że brak oczekiwań to jeden z najlepszych startów dla relacji. Dlaczego? To proste, nie porównujesz rozmówcy do wyobrażenia w swojej głowie. Blind dates uczą nas też odwagi – nie tylko tej w relacjach. Jeśli jesteś w stanie usiąść naprzeciwko nieznajomego i prowadzić swobodną rozmowę, to znaczy, że w innych sytuacjach społecznych też sobie poradzisz. Pewnie w głowie układa Wam się pytanie - hej, Aly’ ale jakie są korzyści z takich randek w ciemno? Już śpieszę z odpowiedzią, moi kochani. Po pierwsze: nową perspektywę. Rozmowa z kimś spoza Twojego kręgu potrafi otworzyć oczy, rozwija horyzonty. Po drugie: odwagę – bo każdy taki krok przełamuje nasze lęki. Po trzecie: emocje. Ten miks ekscytacji, ciekawości i lekkiego stresu jest po prostu… życiodajny. Po czwarte: historie. Nawet jeśli nie znajdziesz miłości, zyskasz opowieść wartą powtarzania. Czy jest szansa, że na takiej randce nie poznasz swojej przyszłej sympatii? Jasne, nikt nie jest w stanie Ci zagwarantować, że to właśnie w ten sposób znajdziesz drugą połówkę. Ale może właśnie nawiążesz równie wartościową znajomość? Kiedyś usłyszałam porównanie randek w ciemno do pudełka czekoladek – czasem trafisz na truflę, a czasem na nadzienie, którego wolałbyś nie próbować. Koleżanka opowiadała mi, jak przyszła na taką randkę i uwaga… Zobaczyła swojego byłego szefa. Oboje udawali, że to zupełnie normalne. Chociaż słyszałam o tym jak facet chciał zaimponować kobiecie, przynosząc kwiaty… Tyle że zapomniał o uczuleniu na pyłki. Przez całe spotkanie kichał jak z karabinu maszynowego. Ale wiecie co? W tych wpadkach też jest urok. Wspólny śmiech to najlepszy lód do przełamania. Obydwie randki zakończyły się przyjemnie i były powtarzane… Wielokrotnie! (śmiech) Czujesz, że ta opcja Cię kusi? Wiem, że słuchają mnie romantyczni maniacy i również Ci, którzy są spragnieni adrenaliny. Nie muszę chyba Was więcej przekonywać do tego pomysłu, prawda? Wyobraź sobie zachód słońca. Siedzicie na tarasie, w dłoni kieliszek wina, przed Wami ocean. W tle szum fal. Po kolacji idziecie na spacer po prywatnej plaży. A jeśli rozmowa jest naprawdę dobra – kończycie wieczór w jacuzzi, patrząc na gwiazdy. Rozmowa płynie, a Ty czujesz, że to jeden z tych momentów, które zostają w pamięci. Twoja randka w ciemno to nie randomowa kawiarnia w mieście, a miejsce z klimatem i klasą. Właśnie dlatego Crystal Beach Resort & Spa postanowiło zorganizować wyjątkowe blind dates w swoim luksusowym ośrodku. Na uczestników czeka prywatna plaża, basen z widokiem na ocean, jacuzzi, sauna, taras i strefa spa. Osobiście zdradzę Wam sekret, że z mężem uwielbiamy plażę przy kompleksie, która jest utrzymana w klimacie Love Island, wiecie o czym mówię, prawda? Dużo miejsc na wypoczynek, intymności i szum oceanu. To będzie kilka dni spotkań, rozmów i wspólnego spędzania czasu w otoczeniu, które sprzyja budowaniu więzi. Na miejscu obsługa kompleksu zadba o Wasz komfort i intymność. A strefa hotelowa… Well, będzie do Waszej dyspozycji. Jak przygotować się do takiej randki w ciemno? Otóż… Po prostu bądź sobą. Nie twórz jakiegoś wyidealizowanego wizerunku swojej osoby, pokaż jaki jesteś i spotkaj swoją soulmate. Go geeeet it! Pamiętajcie kochani, miłość nie pyta o adres… Ale czasem dobrze, żeby znała ten jeden. Zgłoszenia można wysyłać już teraz przez stronę internetową Crystal Beach Resort & Spa. Zajrzyj do nas po więcej szczegółów. I pamiętaj - make love not war, bisous! **Odnośnik, który kieruje zainteresowanych do strony internetowej Crystal Beach Resort & SPA.** ((Kanał resortu, gdzie można zgłosić się do wzięcia udziału poprzez ticketa, regulamin wydarzenia: https://discord.gg/ygzwbBsqPs ))
  8. JUICY TALK-TAILS BY ALYSSA DE SANTIS: ODRZUCIŁAM - ZAPŁACIŁAM **W mediach Daily Globe znajduje się materiał z odcinka Juicy Talk-Tails w wersji skryptowej i nagrania wideo ze studia radiostacji.** Dobry wieczór kochani… Pora na… Juicy Talk Tails – czyli tam, gdzie rozmawiamy o rzeczach, które ludzie wolą przemilczeć… zwłaszcza faceci z urażonym ego. Odcinek będzie o tych mężczyznach, którzy kiedy nie mogą kogoś mieć, zaczynają niszczyć. Czasami – może nieświadomie – budują wokół kobiety mały towarzyski czy zawodowy obóz karny. Jeśli jesteś kobietą – być może poczujesz, że opowiadam Twoją historię. A jeśli jesteś facetem… Może to moment, żeby spojrzeć w lustro lub chociaż... Przypomnieć sobie, jak to jest usłyszeć 'nie' – i nie zamieniać tego w odwet. Są faceci, którzy nie potrafią przyjąć odmowy. I są tacy, którzy nie tylko nie przyjmą jej z klasą – ale zamienią Twoje ‘nie’ w początek cichej wojny. Brzmi dramatycznie? Być może, ale każda kobieta zna to z życia, z pracy, z social mediów. Odrzucenie – nawet najbardziej uprzejme, delikatne, taktownie wyrażone – staje się dla niektórych mężczyzn zniewagą osobistą. To właśnie wtedy zaczyna się teatr. Tak zwany /teatr zranionego ego/. Największym ukrytym lękiem mężczyzn jest porażka. Chcą uniknąć tego uczucia bardziej niż wszystkich innych. Mężczyźni oceniają świat z punktu widzenia zwycięzcy, patrzą na świat z perspektywy podboju i czują się upokorzeni, gdy tym zwycięzcą nie są, gdy coś im się nie udaje. Paradoksalnie męskie ego i poczucie tożsamości jest dużo bardziej wrażliwe od kobiecego i dlatego tak łatwo je zranić. Mężczyźni bardzo potrzebują akceptacji. Chcą czuć się ważni, kompetentni, doceniani. Zaczyna się klasycznie. On miły, uprzejmy, pełen atencji. Na żywo, w pracy, na imprezie. Wymiana kilku wiadomości dziennie, trochę flirtu. Z jego strony – może ciut zbyt nachalnie, ale jeszcze mieszczą się w granicach. A potem... mówisz to magiczne słowo NIE. Możesz zrobić to grzecznie, z klasą, z szacunkiem… Podziękować za poświęconą uwagę. Ale nuh-uh, sweetie. To już za późno, Twój książe zamieni się w księcia prosto z otchłań ciemności. On – obrażony – nie znika z klasy. On szuka sposobu, żeby Ci pokazać, że to Ty coś straciłaś. Albo że nic nie byłaś warta od początku. Znika uprzejmość, pojawia się zimna kalkulacja. Blokuje. Wrzuca pasywno agresywne teksty w stories. Najgorzej, jeśli przypadkiem macie wspólnych znajomych albo zawodowe styki, to... robi się nieprzyjemnie. Odnosisz wrażenie, że to nie człowiek, którego poznałaś. Oto rzeczywistość kobiet w XXI wieku. Odrzucenie mężczyzny – online lub offline – często kończy się nie tylko jego fochem, ale i realnym sabotażem. W przestrzeni prywatnej, zawodowej, cyfrowej. Obrażone ego nie znosi milczeć. To dzieje się nawet jeśli nie odwzajemniasz flirtu. I wtedy on... zmienia taktykę. Bo przecież jeśli nie może mieć Ciebie, to może przynajmniej sprawić, żeby nikt inny nie chciał. Zranione ego mężczyzny potrafi być jak mały reaktor – niby nie wybucha od razu, ale zaczyna sączyć toksynę. Zwłaszcza, gdy znajduje się w swoim naturalnym środowisku: wśród „swoich”. Koleżanek i kolegów, którzy mogą go poprzeć. Albo przynajmniej nie stanąć po Twojej stronie. Takie sytuacje dzieją się nie tylko w romantycznym czy zawodowym kontekście, ale też wśród znajomych. Ta manipulacja otoczeniem to szczególnie dotkliwa forma zemsty – cicha, ale niszcząca. Wiecie, co jest najgorsze? To nie są pojedyncze przypadki. To codzienność wielu kobiet. Kiedy kobieta odrzuca zaloty mężczyzny – nie w sposób brutalny, nie z pogardą, tylko po prostu uczciwie – ryzykuje. Czym? Tym, że facet zamiast przełknąć dumę, postanowi „odgryźć się. Wspomniany teatr obejmuje toksyczne zachowania - cichy bojkot. Publiczne dyskredytowanie. Sabotaż zawodowy. Albo po prostu pasywno-agresywne „nie istniejesz”. Ingerowanie w Twoje życie, w Twoich znajomych. Czasami to nawet nie jest jakieś dramatyczne odrzucenie. Wystarczy, że nie zareagujesz entuzjazmem na czyjś komplement. Albo nie podziękujesz mu za pomoc „tak, jak trzeba”. Znasz tego typa, prawda? On coś Ci pomoże – raz, drugi, trzeci. Zaczynasz czuć, że oczekuje czegoś w zamian. Może randki. Może zauroczenia. Może wdzięczności większej niż życie. A kiedy tego nie dostaje – zaczyna być zimny, oschły, może nawet ironiczny. To się nazywa /narcystyczna rana/. Nie chodzi o kliniczną diagnozę. Tylko o to, że niektórzy mężczyźni nie potrafią przyjąć, że czyjeś życie wewnętrzne, potrzeby, granice – nie obracają się wokół nich. Nie zostali nauczeni radzenia sobie z odmową. Sami przez całe życie słyszeli: Bądź zdobywcą. Jak się postarasz, to każda będzie Twoja. Nie poddawaj się, kobiety lubią upór. I co się dzieje? Kiedy trafiają na kobietę, która mówi „stop” – ich system się sypie. A wtedy... lepiej zniszczyć, niż uznać, że nie mam wpływu. Nie przypomina Wam to dziecięcej analogii? Trochę jak w piaskownicy. Mały chłopiec chce się bawić z dziewczynką, ale ona woli sama budować zamek. Więc co robi chłopiec? Burzy ten zamek. Jak nie jego – to niczyj. Tyle że teraz to nie piaskownica, tylko open space, spotkanie zarządu albo wieczór ze znajomymi. A zamek to Twoja reputacja, samopoczucie, samoocena. Problem w tym, że wciąż uczymy chłopców, że odrzucenie to wstyd. Że jak dziewczyna mówi „nie”, to trzeba ją jakoś „sprowadzić na ziemię”. Zamiast uczyć ich radzenia sobie z emocjami, uczymy ich rewanżu. A kobietom? Kobietom mówimy: Uważaj, jak odrzucasz. Rób to delikatnie, nie uraź go… bo inaczej będzie Cię kosztować. I wiecie co? Jestem zmęczona tym, że kobieta musi umieć odrzucać z dyplomacją doradcy ONZ, a facet nie musi umieć przegrywać z godnością. Niech to będzie apel, nie tylko do facetów, ale i do tych, którzy się temu przyglądają i nic nie mówią: Odrzucenie nie jest agresją. Zemsta – jest. A jeśli ktoś nie potrafi przyjąć odmowy bez konieczności zniszczenia drugiej osoby... To może właśnie odpowiedział sobie na pytanie, czemu usłyszał „nie”. Jeśli jesteś facetem i słuchasz dzisiejszego odcinka – nie uciekaj od tego tematu. Może to nie Ty, może to Twój kumpel, brat, kolega z pracy. Zamiast udawać, że przecież ona pewnie przesadza – posłuchaj, co mówi. Dla kobiet takie doświadczenia to nie wyjątek – to często rutyna. A może będziesz w stanie uratować tę relację? Nie ma nic bardziej niemęskiego niż facet, który nie umie znieść, że nie jest centrum wszechświata. I nic bardziej żałosnego niż ten, który zamiast przyjąć porażkę – rozstawia miny. Nie każda historia musi być miłością. Ale każda kobieta ma prawo, by jej /NIE/ nie zamieniało się w pole bitwy, w której zasady nie są fair. Ten odcinek był dla tych, którzy kiedyś powiedzieli ‘nie’ – i zapłacili za to zbyt wysoką cenę. Dla tych, którzy nie dali się złamać. I dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, że mają do tego prawo. Dzięki, że byliście ze mną. Do usłyszenia.
  9. **Aly' przesłuchuje album na streamingu, męczy małżonka zapętlając go.**
  10. LOVE SANTOS - ZNIKAJ Z KLASĄ **Na stronie Daily Globe pojawiło się nagranie nowego podcastu LOVE SANTOS, w formie wizualnej i skryptu.** Dobry wieczór! Pora na Wasze ukochane - Love Santos. Głos serca w mieście, w którym wszyscy mają je niby po właściwej stronie, ale jakoś nikt nie wie, jak go używać. Dziś temat będzie trochę mniej różowy, trochę bardziej prawdziwy. Dziś będzie o tym, co robimy, gdy się boimy... choć tak bardzo chcemy kochać. Dlaczego ghostujemy, skoro tak bardzo chcemy zaznać miłości? Pewnie nie jest Ci to obce. Rozmowy do nocy. Iskry przez ekran. Plany na wieczór. Śmiechy, spojrzenia, może nawet jakiś pocałunek w aucie zaparkowanym gdzieś przy Del Perro. I nagle… NIC. Nie wiadomo, co się stało. Jedna strona znika. Blok, milczenie, pustka, wielka próżnia. GHOSTING. To stosunkowo nowe, potoczne określenie w randkowaniu, które oznacza nagłe zerwanie kontaktu z kimś bez uprzedzenia lub wyjaśnienia. Jakby ktoś wyparował z Twojego życia i z sieci jednocześnie. Trochę jak duch, tylko że nie straszy. Po prostu boli. Przecież to jest genialne, prawda? Lepiej udawać, że nie istniałeś, niż powiedzieć: „hej, chyba nie czuję tego tak jak myślałam”. No tak, bo to przecież wymaga czegoś, czego dziś brakuje najbardziej – odwagi. Ghosting jest często oczywisty, ale może być również stopniowym procesem. Druga osoba może zacząć od „delikatnego ghostingu”, gdzie stopniowo minimalizuje kontakt przez pewien czas. Niektóre wczesne oznaki, że ktoś może cię ghostingować. Jak poznać? Kiedy druga strona przykładowo regularnie rezygnuje z planów spotkania, mają trudności z podejmowaniem zobowiązań. Z dnia na dzień nie lubią dzielić się informacjami osobistymi, rzadko odpowiadają na Twoje wiadomości lub telefony. Wydaje się być nieobecna podczas rozmowy, spotkań. I to najgorsze… Znikają z social mediow, blokują, izolują się doprowadzając do utrudnionego bądź pozbawiają kontaktu. Inna osoba może usunąć Cię ze znajomych, przestać Cię obserwować, a nawet zablokować na wszystkich platformach mediów społecznościowych. Prawda jest taka, że większość ghostów to nie dranie. To ludzie, którzy... się boją. Bliskości. Prawdy. Tego, że mogą zranić albo że sami zostaną zranieni. Więc wolą nie kończyć. Wolą się wycofać. Cicho, bez śladu. Zanim rzucimy kamieniem, zadajmy sobie pytanie: ilu z nas zrobiło to samo? Ilu z nas nie odpisało, bo rozmowa przestała być wygodna? Ilu z nas „zapomniało” o kimś, kto czekał na nasz sygnał? Ghosting nie zawsze jest przemocą. Czasem jest lękiem w najczystszej postaci. Lękiem przed tym, że jeśli powiem prawdę, ktoś mnie znienawidzi. Albo – że jak zostanę, to będę musiał pokazać siebie naprawdę. I tu zaczyna się sabotowanie. Boimy się, że jesteśmy „za bardzo” albo „za mało”. Że ktoś zobaczy w nas to, co my w sobie chowamy od lat. Dlatego zanim się zakochamy – uciekamy. Zanim ktoś nas pozna – znikamy. A potem wracamy do samotności, którą przecież tak cholernie chcieliśmy przerwać. Uczucia są fajne do momentu, kiedy nie trzeba ich nazwać. Istnieją również inne powody, dla których ludzie znikają, może to być strach przed reakcją drugiej osoby na odrzucenie. Tylko co wtedy, jeśli ghosting to tylko objaw większej choroby? To proste, że nie umiemy mówić: „przepraszam, nie jestem gotów”. Że nie mamy języka do zakończeń. Tylko do unikania. Albo, że jesteśmy pokoleniem ludzi, którzy kochają w wiadomościach, ale zrywają przez... znikanie. Może czas się zatrzymać. Może czas nie tyle przestać ghostować, co zacząć... mówić. Niewygodne rzeczy. Prosto z serca. Nawet jeśli to serce się trzęsie. Bo wiecie co? To, co najbardziej boli w ghostingu, to nie odrzucenie. To brak zakończenia. Ten niedokończony rozdział. Taka niedopełniona historia, którą człowiek potem sam sobie kończy. I zwykle kończy ją źle, przeciwko sobie. Przecież jesteśmy dorośli. Potrafimy składać zeznania, podpisywać umowy, prowadzić auto 200 na godzinę i negocjować z przestępcami. Nie potrafimy powiedzieć komuś: „to nie to, przepraszam”? Więc tak – ghosting to tchórzostwo. Ale nie tylko. To też krzyk: „nie wiem, jak być z drugim człowiekiem”. Ale dobra wiadomość? Można się tego nauczyć. Nie od razu. Nie idealnie. Ale wystarczy zacząć od małych rzeczy. Odpisać. Zadzwonić. Nie znikać. Albo chociaż zniknąć z godnością – z jednym zdaniem, które zamknie sprawę. Miłość nie boi się słów. To my się boimy. Ale już chyba wystarczy tego strachu, prawda? Ghosting jest z natury dwuznaczny, ponieważ nie ma wyjaśnienia, dlaczego związek się zakończył. U osoby, która została ghostingowana, może to prowadzić do poważnych uczuć odrzucenia, winy, żalu i wstydu. Osoba, którą zignorowano, może zastanawiać się, co tego typu zachowanie o niej mówi, należy jednak pamiętać, że zignorowanie mówi więcej o osobie, która zerwała kontakt, niż o osobie, którą zignorowano. Zjawisko nagłego znikania z życia ludzi nie jest niczym nowym – ale wydaje się być obecnie bardziej powszechne. Technologia sprawiła, że ghosting stał się łatwym sposobem na rozpad relacji. Niezależnie od tego, czy sam doświadczyłeś ghostingu, czy sam jesteś ghosterem, pierwszą rzeczą, o której należy pamiętać, jest zasada: „Traktuj innych tak, jak sam chciałbyś być traktowany”.I tym akcentem kończymy dzisiejszy odcinek Love Santos. Wiem, było trochę mniej słodko niż zwykle, ale czasem trzeba, prawda? Tylko nie znikajcie bez słowa, dobra? My tu wszyscy tylko szukamy tego samego – żeby ktoś został. Choćby na chwilę, nawet tą dłuższą. Do usłyszenia, kochani. I pamiętajcie – wasz głos też zasługuje, żeby być usłyszany. Dobranooooooc!
  11. **Na stronie internetowej resortu oraz social mediach pojawiła się oferty strefy SPA. Możliwość zabookowania terminu zabiegu została odblokowana.** ((W sprawie terminu proszę o PW/discord do mnie, bądź bezpośrednio w grze jak obiekt jest otwarty.)) La Perla di Crystal – Menu Spa „La bellezza è un rituale” ⸻ FACE: Acqua di Luce – $350 Innowacyjne oczyszczanie wodorowe. Woda aktywna oczyszcza, dotlenia i rewitalizuje skórę. Zabieg zakończony chłodzącą maską z aloesem. Carbone Glow | $350 Peeling węglowy z aktywnym węglem i maską LED. Wygładza, oczyszcza pory i przywraca cerze promienność. Caviar Nero | $350 Zabieg z ekstraktem z czarnego kawioru. Odżywia, liftinguje i przywraca elastyczność skórze dojrzałej. 24k Splendore | $500 Luksusowy rytuał ze złotem 24K, kolagenem i masażem liftingującym twarzy. Zapewnia blask i efekt wygładzenia. Maska z alg morskich | $350 Masaż twarzy Gua Sha lub lodowym rollerem | $400 BODY: Fresh Clean | $700 Rytuał ciała z maską z alg i peelingiem solnym. Działa drenująco i detoksykująco. Idealny przy obrzękach i cellulicie. Cleopatra’s Secret | $450 Kąpiel, w której wykorzystuje się mleko i miód, aby zrelaksować ciało i odżywić skórę. Perla Bianca | $450 Kąpiel w mineralizowanej wodzie z kolagenem i suszonymi kwiatami. Whisper of Silk | $800 Masaż relaksacyjny na bazie jedwabnych olejów.
  12. Kameralne otwarcie części hotelowej i SPA resortu 📸 Verona Vision Studio
  13. LOVE SANTOS - UCIECZKA DLA DWOJGA, MIŁOŚĆ W WERSJI SLOW **Na stronie Daily Globe pojawiło się nagranie nowego podcastu LOVE SANTOS, w formie wizualnej i skryptu.** Hej, kochani. Pora na nowy odcinek Love Santos, wasz głos serca w tym szalonym mieście, gdzie miłość potrafi uciec szybciej niż sportowy wóz spod czerwonych świateł... Ale dziś? Dziś nie uciekamy. Dziś się zatrzymujemy. Chciałabym, żebyście zamknęli oczy — no chyba że prowadzicie — i wyobrazili sobie coś pięknego. Was dwoje. Czas tylko dla siebie. Zero telefonów, zero dram, zero przeszłości, która wciąż potrafi się odezwać po czasie. Dziś porozmawiamy o czymś, co nazywane jest /Couple Getaway/ — taki luksusowy reset dla zakochanych. Każdy zasługuje na chwilę spokoju. I bliskości. Zwłaszcza, kiedy żyjemy w świecie, w którym uczucia trzeba czasem bronić... dosłownie. Niezależnie od tego, czy jesteś beznadziejnym romantykiem, który chce zaszaleć z jakiejś okazji, czy po prostu chcesz pokazać ukochanej osobie, jak bardzo Ci zależy, wyjazd dla par jest idealnym prezentem dla was obojga. Oczywiście, nie ma nic złego w romantycznej kolacji, czekoladowym prezencie i mnóstwie kwiatów w skrzynce pocztowej, ale jeśli wolisz sentymentalny prezent od materialnego to… Romantyczny wyjazd dla par jest idealnym sposobem na rozpieszczenie się. Wyobraźcie sobie weekend. Piątek po południu. Tylko Wy i Wasza wspólna podróż w kolorach zachodu słońca. Docieracie na miejsce, fale delikatnie muskają brzeg, w oddali słychać śmiech z baru, a przed wami... Wasz wymarzony nadmorski resort. O tak. Kto zna, ten wie. A kto nie zna? No cóż, czas nadrobić. To miejsce, które wygląda jak marzenie z katalogu, ale nie jest tylko obrazkiem. Tam naprawdę można się zakochać. Jeszcze raz. Albo pierwszy raz. W kimś. W sobie, w życiu. Nie oszukujmy się, randki w Los Santos? Hmm... często kończą się na dachu apartamentowca, stekiem z dostawy czy drinkiem w podrzędnej knajpie. Romantyzm level: kryzysowy, pomocy! Dziś zabieram was w coś zupełnie innego. Resort za miastem to miejsce, gdzie luksus spotyka się z intymnością. Macie do dyspozycji prywatną plażę — nie taką pełną turystów z selfie-stickami, tylko cichą, zamkniętą, gdzie barman zna twoje imię i wie, że lubisz margarite bez soli. I to SPA... Oh God! Tu mamy kąpiele algowe, które zostawiają skórę jak po całowaniu przez ocean. Masaże gorącymi olejkami, które rozpuszczają cały stres, nawet ten z nieodczytanej wiadomości od ex. Sauna, jacuzzi, a nawet zabiegi ze złotem — bo przecież jesteście warci więcej niż diamenty w jubilerze. Jak już jesteście przekonani, że lepiej nie będzie, to wchodzicie do strefy basenowej. A tam czeka na Was szum z wodospadu i fikuśne drinki w barze. Można unosić się na wodzie z koktajlem w ręku i patrzeć na zachód słońca, który wygląda jakby ktoś nałożył filtr. Wiecie kochani, w dobie internetu nic nie jest w stanie się ukryć. Co więcej, ostatnie tygodnie wrzały od afery z resortem w tle, którego jestem najemcą. Już na dniach to miejsce będzie dostępne dla Was. Nie trzeba mieć aktu własności w ręku, żeby stworzyć przestrzeń z duszą. Pamiętajcie, to ludzie tworzą miejsca. Nie ograniczajmy się, skorzystajmy z mocy jaką ma ocean i kojące fale. Co jeszcze może nam on dać? Dla tych, którzy chcą poczuć wiatr we włosach i trochę przygody — można wynająć łódź. Tak, pełnoprawną łódź, bądź zaszaleć i skusić się na jacht. Wypłynąć na spokojne wody oceanu, we dwoje, z koszem piknikowym, prosecco i playlistą, która gra tylko wasze piosenki. A gdy zapadnie zmierzch — rozgwieżdżone niebo, wasze odbicia w wodzie i ta cisza, którą kochają tylko zakochani. Dla marzycieli, którzy wolą patrzeć na świat z góry? Lot balonem nad Los Santos. Wyobraźcie sobie: unosicie się nad dachami miasta, nad wzgórzami Vinewood, nad błyszczącą taflą oceanu. Ręka w rękę, oddechy zsynchronizowane, a świat pod wami staje się tylko tłem do tej jednej sceny. Jak z filmu. Tylko, że to Wasz film. Osobiście mogę się pochwalić, że mój mąż zabrał mnie na taką randkę. Dla Pań mała rada - zepnijcie włosy w uroczy kok, na górze jest uwaga i wietrznie! (śmiech). Rozmawiałam z osobą, która sterowała balonem. Zapytałam ile razy była świadkiem zaręczyn w koszu balonowym. Mówiła, że kilka. Czy właśnie Wam podpowiedziałam, gdzie można się oświadczyć? Być może! Ale wiecie co? Nie każdy lubi piasek w butach i sól na ustach. Czy też lęk wysokości potrafi sparaliżować na tyle, że na samą myśl o lotem balonem dostaje histerii. Dlatego mam dla was też kontrpropozycję. Wyobraźcie sobie zamiast fal – szczyty górskie. Zamiast drinka z palemką – kubek gorącej czekolady w drewnianym schronisku. Cisza, która otula. Śnieg skrzypiący pod stopami. Kominek. Koc. I ramiona kogoś, z kim nie trzeba dużo mówić, bo wszystko już zostało powiedziane spojrzeniem. Weekend w górach to inny rodzaj romantyzmu. Tam uczucia dojrzewają w rytmie natury, a każda rozmowa brzmi jakoś głębiej. Nie ma tam luksusu w klasycznym znaczeniu — ale jest bliskość. Jest prawda. Jest wspólne gotowanie w kuchni z widokiem na szczyty i długie wieczory z grzanym winem. Kojarzycie żydowską tawernę, w okolicy kolejki na Mount Chiliad? To kolejne miejsce /to go/, które powinno być na Waszej liście. Żydowska kuchnia jest niesamowita, serio! Polecam gulasz na miejscu, no inny wymiar smaku. Mało tego, karczma oferuje noclegi w niecodziennych warunkach. Cały obiekt jest z drewna, utrzymany w klimacie rodem z Wiedźmina. Możecie również skorzystać z aromatycznych kąpieli w gorącej bali. Jeśli wasza miłość to nie ogień i taniec na plaży, a raczej ciepło i bezpieczne milczenie — może właśnie górska chata będzie waszym miejscem. Waszym getaway. Zróbcie to dla siebie. Dla was. Dla tej jednej chwili, gdy nie musicie niczego udawać. Gdy jedyną decyzją, jaką podejmujecie, jest: czy dziś bierzemy masaż na plaży, kąpiel w złocie czy będziemy podziwiać panoramę miasta z wysokości. I pamiętajcie — miłość to nie tylko słowa. To czyny. A czasem... To weekend tylko dla dwojga. W przyjemnej atmosferze dobiega końca kolejny odcinek Love Santos. Wasza codzienna przypominajka, że miłość wcale nie musi boleć. Czasem wystarczy po prostu wiedzieć, gdzie się zatrzymać. Do usłyszenia, kochani. I nie zapomnijcie — zasługujecie na wszystko, co najlepsze.
  14. JUICY TALK-TAILS BY ALYSSA DE SANTIS: CANCEL ME, BBY - PUBLICZNIE SPALENIE BEZ OGNIA **W mediach Daily Globe znajduje się materiał z odcinka Juicy Talk-Tails w wersji skryptowej i nagrania wideo ze studia radiostacji.** Cancel culture, czyli społeczne palenie na stosie, tylko w wersji cyfrowej! Cenzura? Sprawiedliwość? A może nowy sport ekstremalny klasy średniej? Media społecznościowe zaprojektowane są tak, aby żerować na naszych najniższych instynktach, wcale nie ułatwiając efektywnej komunikacji. Nowa odmiana bojkotu – cancelowanie, czyli sieciowe unieważnianie osób o nieakceptowanych przez określoną grupę poglądach, to nie tylko ciekawostka z social mediów. Szacuje się, że ruch /cancel culture/ powstał w 2015 roku, jednak rozprzestrzenił się trzy lata później, dzięki działalności celebrytów i innych użytkowników mediów społecznościowych. Zaczęło dochodzić do „odwetów” na ludziach, którzy w ostatnim czasie lub w dowolnie odległej przeszłości zrobili coś, co współczesne grono odbiorców uznało za problematyczne. Obecnie /anulowanie/ może dotyczyć każdego, nie tylko osoby publicznej. I jest odbieraniem wolności debaty na rzecz pozostawienia wolności do mówienia tylko tego, co nieszkodliwe i niekontrowersyjne. Kultura unieważniania to zjawisko, o którym słyszymy od kilku lat. Właściwie jej peak możemy zauważyć podczas kampanii prezydenckiej w 2020 roku. Wtedy to zjawisko zostało zdefiniowane jako zło prowadzące do zniekształcania historii, bezczeszczenia świętych symboli narodowych, ale też jako nowa forma ograniczania wolności słowa, której celem jest usuwanie z przestrzeni publicznej niewygodnych opinii. Jednak… Odłóżmy na bok gierki polityczne, jak dla nas wygląda to zjawisko, jak możemy je odczuć? Wygumkowanie, unieważnienie, anulowanie, odwołanie – wszystkie te określenia to efekt działania cancel culture. Jest układaniem świata według arbitralnych zasad, uważanych przez pewne grupy za odpowiednie dla współczesności. Wszystko w imię naprawiania krzywd i dopuszczania do głosu grup wykluczonych. To wykluczanie stało się na tyle ortodoksyjne, że porównałabym je do ortodoksyjnych ruchów religijnych, które nie widzą nic poza samym sobą, nikogo innego nie tolerują. Cancelowanie w rękach użytkowników mediów społecznościowych stało się skutecznym narzędziem do usuwania niewygodnych ludzi i dzieł z przestrzeni publicznej. Stosujący je nie walczą przez polemikę czy krytykę z uznanymi przez siebie za złe zachowaniami i poglądami, ale bezpośrednio z ludźmi, którzy w ich mniemaniu je uosabiają. Czasem słyszymy też w mediach o cancel culture w kontekście jakichś gwiazd, na które trwa chwilowy hejt. Szanujmy jednak wagę tego określenia i jego znaczenie. Cancel culture to nie jest tymczasowa krytyka, hejt, czy medialny skandal. To specyficzna sytuacja, kiedy kogoś próbuje się anulować z życia społecznego za poglądy, komu utrudnia się w sposób znaczący rozpoczęcie lub kontynuację kariery, czasem uniemożliwiając podstawową samorealizację. To wielomiesięczne, a nawet wieloletnie nękanie, stalking, groźby, donosy i wykluczenie. Niszczy się takiej osobie reputację, wyrzuca z wydarzeń oraz uderza w jej środowisko zawodowe i towarzyskie w taki sposób, by została sama i bez środków do życia. Wszyscy mają prawo do swojego zdania, ale… Tylko jeżeli nie złamią żadnych niepisanych zasad. Może w pewnym sensie cancel culture to nasza próba moralnego rozliczenia się z przeszłością? Ale czy nie jest trochę jak wyciąganie brudów z szafy? Przykładowo, ktoś X czasu temu powiedział, co wtedy aktualnie czuł, dlaczego ma być oceniany przez pryzmat teraźniejszości? Niezbyt trafione. Czy cancel culture nie jest trochę jak internetowy kaznodzieja moralności? Zamiast wyjaśniać i tłumaczyć, lepiej zafundować komuś 50 karnych punktów na socialach i zamknąć sprawę? O co chodzi z tym wszystkim? Czy cancel culture to nowoczesna forma sprawiedliwości, czy po prostu emocjonalna zbiorowa zemsta? Niektórzy zasługują na ostrą krytykę. Ale może – tylko może – zasługujemy też na rozwój, naukę i drugą szansę. Uprawiający kulturę unieważniania tłum wiedziony jest poczuciem słuszności i wiarą, że w ten sposób czyni dobro, mimo że niszczy człowieka. Nie przypomina Wam trochę sytuacji z highschool? Grupka młodych, popularnych uczniów znęca się nad słabszymi, a nawet pojedynczymi jednostkami, dla zasady. Bo nie próbują być częścią podążających za nimi owieczkami. Wiecie, co jest najbardziej przerażające w cancel culture? Nie to, że ktoś wyciąga twoje błędy. Nie to, że nagle tracisz reputację. Tylko to, że wszyscy milczą, gdy znikasz. Nikt nie zapyta, co się naprawdę stało. Nie dostaniesz wiadomości z pytaniem - hej, wszystko w porządku? Bo oni już kliknęli ‘lubię to’ pod postem, który cię unieważnił. I to wystarczy. Ludzie mówią: ‘Nie ma czegoś takiego jak cancel culture’. Ale wystarczy, że powiesz, że się boisz mówić – i już jesteś atakowany. Nazywają cię ‘biednym chłopcem’, ‘ofiarą, która gra ofiarę’. Jakby potrzeba obrony była już powodem do drwin. Jakby reagowanie na przemoc było… śmieszne. A przecież to przemoc właśnie milczy wtedy najgłośniej. Dlaczego nie rozmawiamy o tym, że ludziom odbiera się głos pod płaszczykiem sprawiedliwości? Dlaczego osoba, która próbuje się bronić, jest natychmiast uznawana za winnego? Dlaczego łatwiej jest /annulować/, niż wysłać mu wiadomość - nie rozumiem Cię, ale chcę posłuchać? Może dlatego, że słuchanie, nie daje atencji i wyświetleń, natomiast ostracyzm już tak. Solidarność, empatia, zrozumienie… Nie są trendy, prawda? To właśnie z nami się dzieje. Cancel culture to nie tylko internetowa fala. To codzienność ludzi, którzy czują się niewidzialni. I czasem… jedyne, czego potrzebują, to żebyś się nie śmiał, kiedy mówią ‘to bolało’. A teraz… spójrzmy chwilę dalej. Bo kiedy już klikniesz ‘unfollow’, udostępnisz mema, wrzucisz komentarz ‘żenada’ – to co zostaje po drugiej stronie ekranu? Zostaje człowiek. Z człowiekiem dzieją się rzeczy, których nie widać w komentarzach. Niektórych z nich już nie ma z nami – dosłownie. Nikt nie mówi głośno o tym, że cancelowanie kończy się bezsennością, depresją, próbami samobójczymi. Nie każdy ma siłę, żeby wrócić do siebie po tym, jak świat jednym gestem uznał, że nie zasługuje na bycie wysłuchanym. Wyobraź sobie, że nagle nikt nie odpisuje ci na wiadomości. Twoje imię pojawia się tylko w kontekście ‘ten, co się skompromitował’. Nie masz z kim pogadać. Ludzie, którzy mówili: ‘jesteśmy z tobą’, nagle mówią: ‘muszę się zdystansować’. Boisz się rozmawiać z kimś, kogo świat uznał za ‘anulowanego’. Dlaczego? Bo boisz się, że sam zaraz będziesz następny.” Przecież większość go unieważniła, to samo będzie z Tobą… BŁĄD! I wiecie, co wtedy boli najbardziej? Że ci, którzy cię skrzywdzili, nie ponoszą żadnych konsekwencji. Dziś można kogoś zniszczyć dla sportu. Wystarczy zarzucić – nie trzeba udowadniać. Nie musisz być oprawcą, wystarczy być… widzem, który nic nie zrobił. Nie mówię, żebyśmy przestali reagować na zło. Ale jeśli nasze reakcje stają się nowym złem, to kto jeszcze zostanie niewinny? Jeśli unieważniasz kogoś bez pytania o prawdę, to anulowałeś człowieka, nie tylko jego błąd. Cancel culture nie zniknie. Bo to łatwa władza – i my ją lubimy. Ale może czas przestać udawać, że to sprawiedliwość. To często tylko szybki wyrok bez rozprawy. I nikt nie sprząta po egzekucji. Pamiętajcie: cancel to tylko przycisk. Ale zrozumienie to proces. Do zobaczenia w kolejnym odcinku Juicy Talk Tails! I pamiętajcie: jeśli coś dzisiaj powiedziałem i ktoś mnie za to zcanceluje… Wiecie gdzie mnie szukac, bisous!
  15. LOVE SANTOS - MIŁOŚĆ W MIEŚCIE, KTÓRE NIGDY NIE ŚPI (PILOT) **Na stronie Daily Globe pojawiło się nagranie nowego podcastu LOVE SANTOS, w formie wizualnej i skryptu.** Cześć, kochani! Tu Wasza Alyssa De Santis z Daily Globe – głosu Los Santos, ale dziś... głosu miłości! Witacie w mojej nowej audycji LOVE SANTOS. Dzisiaj porozmawiamy o najciekawszych, najdziwniejszych i najromantyczniejszych pomysłach na randki tutaj, w naszym kochanym Los Santos i okolicach. Niezawodnym klasykiem jest piknik przy zachodzie słońca. Przyznajcie się, kto z Was jest team sunset, a kto team sunrise? Nie wyobrażam sobie propozycji randki bez pozycji zachodu słońca na Vinewood Hills. Wyobraź sobie: koc, dwa kubki z winem, w niektórych przypadkach tym bezalkoholowym… Klimatyczna muzyka z telefonu i ten moment, kiedy słońce znika za wieżowcami miasta. Po prostu magia! Rollercoaster emocji w wesołym miasteczku na Del Perro Pier. Zacznijcie od wspólnej jazdy na diabelskim młynie – idealnie, żeby wyznać uczucia… albo sprawdzić, kto się bardziej boi wysokości. Jeżeli obydwie strony poczują, że nutka adrenaliny to jest to, kolejka górska będzie świetną opcją. Konna przejażdżka po Blaine County. Wiem, wiem – koń na randce? Ale uwierzcie mi, jak galopujecie razem przez pustkowia, to można poczuć się jak para z romantycznego westernu! Romantyczna kolacja z degustacją win? Zachodzące słońce nad wzgórzami Grapeseed, ciepły wiatr wśród winorośli, a Wy – z kieliszkiem czerwonego w dłoni i osobą, na którą nie możecie się napatrzeć. Winnica Marlowe, tuż za miastem, oferuje wieczorne degustacje – a może nawet prywatny stolik z widokiem na całą dolinę. I wiecie co? Nie trzeba być znawcą win, żeby się zakochać – wystarczy odrobina ciekawości i ktoś, kto poda Wam rękę. Miłość dojrzewa jak wino. A czasem… wystarczy jeden łyk, żeby wiedzieć, że to „ten rocznik”. Zamówcie pizzę z lokalnej knajpki i pojedźcie na plażę w Pacific Bluffs. Do tego jakaś lemoniada lub soda, bo przecież jakoś musicie wrócić do miasta. Cisza, szum fal i... ser w kawałkach, a nie w słowach. Wspólny wypad do klubu, na imprezę to chyba czysta klasyka, prawda? Ale gdyby wyrzucić wszystkie zasady do kosza i po prostu dać się porwać trybie imprezowicza… Ba! Może nawet rzucić komuś banknot pod nogi… Dla żartu, oczywiście. Wyjdźmy ze swojej strefy komfortu. A teraz pora na Was! Opowiedzcie mi, słuchacze, o swojej najbardziej szalonej lub najbardziej romantycznej randce w Los Santos! Wpadliście kiedyś na randkę, która zaczęła się kawą, a skończyła... na komisariacie? Nasza infolinia czeka na Wasze historie. Podziel się z nami Twoją randką, którą wspominasz do dzisiaj! Mamy pierwszą ochotniczkę. Jacqueline przekazała nam skrót swojej randki. Uwaga… Moja randka marzeń? Zabrał mnie do galerii sztuki w centrum, a potem na dach jakiegoś wieżowca, gdzie czekał piknik z sushi! W tle grał saksofonista z ulicy… jakby był częścią planu. To był moment jak z filmu! Zakochałam się… Nie wiem, czy bardziej w nim, czy w tym saksofoniście. Kolejna wiadomość od tajemniczego słuchacza, ale po fabule historii wnioskuje, że to jakiś miłośnik lokalnych pączków. Spotkaliśmy się w kolejce po pączki w kawiarni na Burton. Ona zamówiła tego samego, co ja. Ja zażartowałem: 'To przeznaczenie.' Ona powiedziała: 'Albo przypadek.' Pół godziny później siedzieliśmy razem na masce jej auta i gadaliśmy do rana. Wczoraj świętowaliśmy naszą rocznicę. Och, jak ja kocham te historie! Pokazują, że nie liczy się miejsce, tylko kto tam z tobą jest. Nasz słuchacz, chce podzielić się z nami swoją randką, która niekoniecznie jest wzorem do naśladowania. Yo, moja shawty lubi sztukę, więc zabrałem ją na graffiti tour po Little Seoul. Pokazywałem jej ulubione murale, a potem namówiła mnie, żebyśmy razem coś namalowali. Teraz nasze serce z inicjałami jest na murze przy Del Perro Freeway. Może nielegalne… ale mega romantyczne, nie? Erica, ma dla nas historię swojej niezapomnianej randki, którą czuję, że większość z nas doświadczyła. Miałam randkę marzeń. On powiedział: 'Zaufaj mi.' Wsiadłam z nim na motor i pojechaliśmy aż na Mount Chiliad. W nocy, bez mapy, bez celu. Siedzieliśmy na szczycie w ciszy… Patrzyliśmy na światła miasta. Dziękuje, że podzieliliście się z nami waszymi wyjątkowymi historiami. Pora chyba na moją, prawda? Hmm… Moja pierwsza randka z mężem. Dla smaczku zaznaczę, że nasza relacja zaczęła się bardzo burzliwie. Nie mówię tutaj o naszych wybuchowych charakterach. No może moim, bo mój mąż to oaza spokoju. Podziwiam go, ja nie wytrzymałabym sama ze sobą tygodnia (śmiech). Wracając, nasza pierwsza randka to wypad za miasto. Zaprosił mnie nad ocean, a dokładniej na molo, w okolicy Paleto. Czekał na mnie z bukietem moich ulubionych kwiatów i pudełkiem trufli, które uwielbiam. Romantycznie, prawda? Nie uwierzycie. Mając do dyspozycji wszelkie luksusowe restauracje w naszym mieście spędziliśmy długi wieczór dyskutując o wszystkim i niczym. Dlatego mam Was challenge. Na koniec mam dla Was wyzwanie! Zróbcie randkę za 0 dolarów – tak, zero! Może być spacer, wspólne rysowanie graffiti, piknik z domowego jedzenia. Udowodnijcie, że miłość nie musi kosztować – no, chyba że mówimy o kosztach emocjonalnych... Ale to temat na inny odcinek! I tak oto, moi romantyczni buntownicy i niepoprawni marzyciele, kończymy dzisiejszy odcinek LOVE SANTOS. Dziękuję Wam za każdą historię – te pełne śmiechu, wzruszeń i... adrenaliny. Bo wiecie co? Miłość w Los Santos jest jak nasze miasto – głośna, nieprzewidywalna, czasem niebezpieczna… ale zawsze warta tego, by po nią sięgnąć. Jeśli dziś jeszcze nie jesteście zakochani – spokojnie. Może miłość czeka na Was za rogiem 24/7, może siedzi na murku w Vespucci, a może właśnie sączy drinka w klubie The Lust. A jeśli już ją macie – pielęgnujcie ją. Nie tylko drogimi kolacjami i różami z importu… ale też wspólną pizzą na masce auta. Bo to Wasz film – a Wy jesteście głównymi bohaterami. Trzymajcie się ciepło, piszcie do mnie dalej, i nie zapominajcie: To, co dzieje się w Los Santos… może być początkiem czegoś pięknego. Dziękuję, że byliście ze mną, kochani! Pamiętajcie – Los Santos może być miastem grzechu, ale miłość... no cóż, miłość zawsze znajdzie drogę – nawet między dwoma policyjnymi blokadami. Do usłyszenia w kolejnym odcinku LOVE SANTOS! Wasza Alyssa De Santis.
  16. JUICY TALK-TAILS BY ALYSSA DE SANTIS: PRAWIE ZWIĄZEK, CZYLI WSZYSTKO OPRÓCZ NAZWY **W mediach Daily Globe znajduje się materiał z odcinka Juicy Talk-Tails w wersji skryptowej i nagrania wideo ze studia radiostacji.** Dziś będzie o miłości. A właściwie o prawie miłości. O tej takiej… Bez deklaracji, bez statusu, bez jasności. Czyli o najpopularniejszym związku XXI wieku - związku bez etykiety. Usiądź wygodnie, zapnij pasy i weź głęboki oddech – zwłaszcza jeśli kiedykolwiek słyszałaś - “Nie psujmy tego rozmową, przecież jest dobrze. Przecież jest nam dobrze, po co to zmieniać?” To miało być luźne. Bez presji, bez oczekiwań, bez etykiety. Ale nagle jedna osoba zaczyna czuć więcej, druga zaczyna się wycofywać. Co to za relacja, w której robimy wszystko jak para, ale nie wolno tego nazwać związkiem? Najpopularniejszą formą relacji nie jest już małżeństwo, związek partnerski ani nawet otwarta relacja. Najpopularniejszy status brzmi: „to skomplikowane”. A dokładniej – „nie jesteśmy razem, ale jesteśmy, tylko bez etykiety, bo nie chcę się ograniczać, ale też nie chcę cię stracić”. Tak właśnie wygląda współczesna wersja „związku” wśród młodych ludzi. Wszystko, co przypomina relację, ale bez podpisu pod zdjęciem. Śmiało możemy to nazwać /relacja widmo/. To takie relacje, które wyglądają jak związek, pachną jak związek, ale jak zapytasz „kim dla siebie jesteśmy?”, to słyszysz… odgłos wyciszanego telefonu. Niby jest uczucie, zaangażowanie z obydwu stron, ale nie ma etykiety. Tłumaczysz sobie, że etykieta to ograniczanie się. A ograniczenia to zło – zwłaszcza dla kogoś, kto nie wie, czy chce się wiązać, czy tylko nie czuć się samotnie. Boimy się słów. Związek? Za ciężkie. Uczucia? Uff, dramat. Deklaracja? Oj, nie tym razem. Wchodzimy w relację, w której wszystko jest, tylko nie nazwa. Dlatego robimy wszystko, by było jak w związku, ale bez ponoszenia konsekwencji. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak bajka. Dwoje ludzi, wspólne wypady, rozmowy do rana… A w środku? Cisza. Niedopowiedzenie. I to dziwne uczucie, że jesteś w czymś, co wygląda jak związek, smakuje jak związek, ale… Nim nie jest. Czemu ludzie tak bardzo boją się deklaracji? Może dlatego, że łatwiej jest powiedzieć „jest fajnie, nie psujmy tego rozmowami o poważnych rzeczach”, niż wziąć odpowiedzialność za drugiego człowieka. Kiedy coś nazwiesz, to już nie tylko zabawa – to zobowiązanie. A przecież nikt nie chce dziś być „związany”, prawda? Relacja bez etykiety to jak dobrze napisany side quest – ekscytujący, ale nie wprowadza cię na wyższy poziom. Masz intensywność, gesty, zaangażowanie. Tylko brakuje celu, bo bez nazwania tego, wciąż stoisz w miejscu. Zdecydowanie emocjonalnie. Z perspektywy czasu wygląda to trochę jak quest w życiu – robiłeś coś z zaangażowaniem, ale nie dostałeś za to żadnych punktów doświadczenia. Ani nagrody. Po prostu… koniec zadania. Mówisz: nie chcę związku, bo nie chcę być ograniczony. Okay, ale jak przyjdzie choroba, to nagle dzwonisz z pytaniem czy możesz mi kupić leki i rosołek? Wtedy związku nie ma, ale usługi partnerskie bardzo proszę. Związki, nawet te bez tytuł, nie powinny być miejscem na manipulację. Za każdą „prawie dziewczyną” stoi osoba, która czuje. Która zainwestowała czas, emocje, siebie. A jedyne, czego oczekuje, to szacunek. Empatia. I uczciwość. Szacunek to nie prezent, a punkt wyjścia. Empatia? To nie supermoc – to wybór. Tylko na tych dwóch filarach da się coś zbudować. Reszta to tylko dobrze zmontowana cutscenka bez fabularnej kontynuacji. Jeśli nie jesteś gotowy – powiedz. Jeśli nie wiesz – nie wciągaj drugiej osoby. Nie traktuj tego jak rekrutację na „kogoś do towarzystwa na pół etatu”. To życie. To emocje. To ktoś, kto mógłby być twoim wsparciem – gdybyś tylko dał mu szansę być kimś więcej niż tylko opcją. Psychologicznie: młodzi często mówią, że boją się zobowiązań, ale prawda jest taka, że boją się odrzucenia. Więc wolą nie nazywać niczego, bo wtedy nie mogą być porzuceni – tylko po cichu zniknięci. Jeśli jesteś w czymś, co wygląda jak związek, ale nie jest nazwane – może czas zadać pytanie: czy czuję się dobrze w tej relacji, czy po prostu się przyzwyczaiłam? W tego typu relacjach nikt nie jest pracownikiem na etacie. Wszyscy są freelancerami. Emocjonalny freelancer nie daje ci umowy, ale oczekuje stałej dostępności. Nie płaci uczuciami, ale wymaga zaangażowania. I – co najgorsze – nie daje żadnego feedbacku, bo „nie chce się spinać”. No i co wtedy robisz? Wszystko co chce, bo może się zakocha. Może się ogarnie. Może zrozumie, że jesteś wspaniała. Może powie to na co czekam - tak, jesteśmy razem. Jesteśmy w związku. Można udawać, że się nie czuje. Można mówić: „nic nie musimy nazywać”. Tylko prawda jest taka, że każdy człowiek pragnie klarownej sytuacji. Nie chodzi o to, żeby wszystko od razu podpisywać umową. Chodzi o to, by dawać sobie przestrzeń do bycia traktowanym poważnie. Nowoczesne relacje to też cała estetyka komunikacji. Mamy tzw. soft launch, czyli publikowanie w social mediach wszystkiego oprócz twarzy partnera. Story z jego ręką, wspólny koktajl na plaży, cień na murze – tak, żeby ludzie się domyślali, ale nikt nie wiedział. Przecież „to nasze, nie musimy się afiszować”. To trwa tylko do momentu, aż on wrzuci story z tą samą ręką, ale na czyimś innym ramieniu. Wtedy robisz screeny, zoomujesz zegarek, sprawdzasz, czy to jego bluza. Bawisz się w detektywa rodem agencji federalnej, tylko na LifeInvader. Dziś rzadko mówi się „kocham cię” – częściej słyszysz „nasz vibe jest wyjątkowy”. Problem w tym, że vibe nie zastąpi bliskości, a energia nie jest walutą w relacyjnym banku. Kiedy potrzebujesz wsparcia, ktoś rzuca: „Ej, nie spinaj się, przecież mieliśmy być chill”. I tu właśnie pojawia się pytanie: czy to wszystko to jeszcze nowoczesna wolność… Czy tylko emocjonalne niedojrzałość opakowana w ładne słowa? W takich relacjach nie ma progresu. Są tylko emocjonalne checkpointy typu - nie jesteśmy razem, ale nie spotykaj się z innymi. Możesz usłyszeć, że nie jesteście parą ale spędzanie z kimś innym czasu to już wykroczenie w kategorii zdrada. Nie da się zbudować nic prawdziwego bez fundamentów. To nie tylko wspólne spanie, jedzenie czy spędzanie czasu. To szacunek. To empatia. To gotowość, żeby usłyszeć drugą osobę, nawet kiedy mówi coś, co nie jest wygodne. Związek bez etykiety to jak dom bez ścian – może i wygląda ładnie na zdjęciu, ale przy pierwszym deszczu zostajesz z kałużą emocji i dachem na głowie. W świecie, gdzie wszystko można zdobyć szybciej, łatwiej i bardziej na skróty, szacunek i empatia stają się walutą premium. Każdy potrafi napisać „jesteś dla mnie ważna”, ale nie każdy potrafi to udźwignąć. Jeśli nie potrafisz, to miej chociaż odwagę nie udawać, że potrafisz. Więc jeśli jesteś w relacji, która wygląda jak związek, ale nim nie jest – zatrzymaj się. Zadaj pytanie. Ustalcie zasady. Albo się zaangażujcie, albo dajcie sobie spokój. Życie jest za krótkie na to, żeby być czyimś tymczasowym przystankiem, za krótkie na bylejakość. Lepiej być samemu w spokoju niż w duecie bez sensu. A jeśli nie chcesz związku, to powiedz to jasno. Wbrew pozorom, najseksowniejsza rzecz, jaką dziś można dać drugiemu człowiekowi, to klarowność i szacunek. Prawie-związek to związek bez zakończenia. Nie kończy się kłótnią, zdradą ani dramatem. Kończy się… milczeniem. Przestajesz pisać, on przestaje odzywać się pierwszy. Nie usuwasz jego numeru – po prostu przestajesz na niego reagować. A może jesteśmy tylko opcją? Jedną z wielu. Tak na wypadek gdyby plan A nie wypalił, to mamy plan B… A jeśli nie B to przecież jest C. Mamy wiele liter w alfabecie, tak samo możemy mieć wiele opcji. Liczę, że nasza dzisiejsza rozmowa zainspiruje Was do przemyśleń, a po nitce do kłębka Wasze relacje staną się czymś prawdziwym, a nie ucieczką w obawie przed bycie samotnym.
  17. Written by Alyssa De Santis - DAILY GLOBE 15/04/2025 Niedzielny wieczór w The Lust Resort na Vinewood zamienił się w magiczną przestrzeń, w której rzeczywistość mieszała się z baśnią. A to wszystko za sprawą GLITTER NIGHT! Uczestników imprezy przywitała istna dżungla w klubie. Klimatyczne światła, pełno brokatu i roślinności już zdradzało kto tego wieczoru będzie hostował całe wydarzenie. Nie bez powodu ogłoszono dress code: SHINE OR STAY HOME. Całe wydarzenie rozpoczęto od transmitowanego na żywo wywiadu z girlsbandem Glitter Dolls. Całe wydarzenie poprowadziła Alyssa De Santis, która towarzyszyła trio od rozpoczęcia przygody w talent-show WIMI Next Star. Rozmowa przyciągnęła uwagę nie tylko gości zgromadzonych w klubie, ale też widzów śledzących transmisję przez Daily Globe. Już od pierwszych minut wywiadu było wiadomo, że Alyssa nie zamierza trzymać się bezpiecznych tematów. Padły pytania o wygraną Wimi, której sukces odbił się szerokim echem w social mediach, a także o kontrowersyjne zdjęcie Yuri, które pojawiło się w sieci niedługo po jej opuszczeniu szpitala – temat, który wywołał niemałe poruszenie wśród fanów. Prowadząca nie omieszkała zapytać dziewczyn o ich plany na przyszłość i co nieco wydobyć informacji o ich albumie, który jest wyczekiwany przez wielki fanbase. Druga część wywiadu przybrała luźniejszą formę, nie zabrakło popularnego /fuck, marry, kill/, gdzie Brokatowe Atomówki czekał trudny wybór. Oczywiście wszystko zostało potraktowane z przymrużeniem oka. Klub ponownie oddał swój urok baśniowej krainy, gdy Glitter Dolls wkroczyły na scenę i dały pełne energii show. Ich występ był dopracowany w każdym detalu – od choreografii, przez kostiumy, aż po kontakt z publicznością, która śpiewała razem z nimi każdy wers. Nie zabrakło gości na scenie, Brokatowe zaprosiły do wspólnego występu BBKAYLA oraz Solane Woods. Podczas tej wyjątkowej nocy w klubowym barze serwowane dwa dedykowane drinki. Starlight Cosmo - inspirowane popularnym drinkiem Cosmopolitan, który jest faworytem prowadzącej - Alyssy De Santis, a także Glitter Bomb, którego receptura powstała w współpracy z girlsbandem. Nie zabrakło też atrakcji w postaci limitowanego merchu. Fani brokatowego girlsbandu mogli zakupić wyjątkowe gadżety w postaci pachnącego plakatu z Brokatowymi Atomówkami, zestaw naklejek czy też breloczków. Stanowisko cieszyło się bardzo dużym zainteresowaniem, cały merch został wyprzedany już na początku wydarzenia. Rozmowa rozpoczęła się od pytań dotyczących ostatnich wydarzeń w życiu zespołu. Alyssa De Santis na początku rozmowy zadała dziewczynom poważne pytania, ale całość zmieniła szybko format i przerodziła się w luźną rozmowę. **Zapis wywiadu jest dostępny w wersji wideo, jak i transkrypcji.** Dobry wieczór Los Santos! Jesteśmy w klubie The Lust Resort i ja wiem jedno — dzisiaj nie będzie cicho, nie będzie spokojnie… bo mamy tu kobiecą moc, muzykę na żywo i wywiad, jakiego jeszcze nie było! Powitajcie jedyne w swoim rodzaju, brokatowe atomówki - GLITTER DOLLS! (aplauz) Zanim pojawią się na scenie i poruszą was do łez… najpierw spotkamy się z nimi tu — twarzą w twarz. To będzie szczera rozmowa. A potem? Koncert, który zapamiętacie na długo. Ruby Lennox mówi: Hej, hej, witajcie wszyscy, witajcie Los Santos. Mam nadzieję, że jesteście gotowi na dzisiejszy wieczór! Aurelia Moore mówi: Witamy Was, cieszymy się, że tak Was możemy ugościć... Wręcz w krainie Glitter Dolls. Yuri Seong mówi: Hej hej! Ja też się witam! Cieszę się, że jesteście tutaj z nami.. naprawdę. To dla nas ogromne wsparcie i takie... przytulne uczucie w sercu, że możemy dzielić ten moment razem! Zamieniłyście klub w totalną dżunglę. Myślę, że stali bywalcy nie są poznać dzisiejszej scenerii. Skąd czerpałyście inspirację na dzisiejszą aranżację? RL: Hm... to w sumie nie było trudne, to co dzisiaj widzicie gra nam w duszy, gra w naszej muzyce, to właśnie chcemy by czuli nasi fani słuchając naszej muzyki. AM: Chcemy dać Wam nasze wydanie Arcadii... Różowej, brokatowej łąki, krainy. Punktem, który ładnie przełamuje to, co dzisiaj sceneria nam ukazuje, to kącik z naszym ekskluzywnym merchem, dostępnym tylko dzisiaj w The Lust Resort! Zwróciłam na Was uwagę nie tylko jako osoba medialna, ale jako matka. Wasz content jest przede wszystkim family-friendly. Jako matka dwulatka chcę Was zapewnić, że maluch jest Waszym fanem numer jeden. Tak, Nicolas - załatwię Ci pozdrowienia od atomówek! (śmiech, zwróciła się do kamery) AM: Pozdrawiamy Nicholasa. Mam nadzieję Alyssa, że weźmiesz mu dzisiaj cały zestaw naszego merchu? Od czegoś zacznie... A potem pomyślimy o czymś ekskluzywnym dla niego. YS: Ooo, Nicolas hej słoneczko! Wysyłamy ci największe uściski i dużo dobrej energii! O tak, już mam odłożone rzeczy z merchu. Chłopaki, nie przehandlowaliście mojej paczki, prawda? Wracając... Czujecie presję, gdy widzicie, że młode osoby traktują Was jak swoje idolki? Formujecie młode pokolenie. YS: To naprawdę fajne, ale... i trochę wzruszające pytanie. Bo my wcale nie czujemy się jak ideały - jesteśmy po prostu sobą. Dziewczynami z pasją, które po prostu chcą tworzyć i dzielić się tym co czujemy. Ale... gdy widzę wiadomości od młodych osób, które piszą, że dzięki nam czują się silniejsze, że coś w nich się otworzyło, że przestały się bać marzyć.. to naprawdę miłe! Też nie ukrywam, że to jest wielk odpowiedzialność- dlatego zawsze chcemy być szczere. Pokazywać, że można mieć swoje emocje, gorsze dni i że nie trzeba być idealnym. Nie ukrywam, że przygotowując się do dzisiejszej rozmowy przeglądałam Internet. Wiecie co się powiela wśród komentarzy? Fani domagają się ruchu z Waszej strony po wygranej WIMI Next Star. Wygraną było wydanie albumu, na czym stoi sytuacja? Jesteście gotowe zrobić przewrót na muzycznej scenie? AM: Szykujemy coś, małymi krokami przymierzamy się do tego, żeby jeszcze bardziej z tym postępować. Powiem tak - przygotujcie sobie dobrej jakości słuchawki. To będzie konieczne. RL: Tak, tak, Aurelia ma rację, cały czas pracujemy, ale chcemy Wam dać coś wyjątkowego, więc liczymy na Waszą cierpliwość. YS: Już niebawem! Yuri... Wiesz, że jesteś dla mnie bohaterką. Cieszę się, że mimo tragicznej traumy jesteś tutaj z Nami. Wielkie brawa dla Ciebie (aplauz). Wyglądasz wyśmienicie, czy tak też się czujesz? YS: Dziękuję... naprawdę dziękuje za te słowa.. To wydarzenie zmieniło mnie na zawsze. I chociaż fizycznie jest już dobrze, to prawda jest taka, że niektóre rany zostają w środku. Czasem czuje się świetnie, czasem zupełnie nie. Ale kiedy siadam przed mikrofonem albo stoję na scenie too czuje że odzyskuje to co tamtej nocy próbowano mi zabrać. To że mogę tu być, mówi więcej niż sto wywiadów. Żyję, oddycham. Śpiewam i nie pozwolę, żeby tamta noc zdefiniowała resztę mojego życia. Jak odczuwacie fale krytyki, która spadła na Was w sieci po wrzuceniu fotki, mowa o wyjściu Yuri ze szpitala. Fakt, to jest cudowne, że trzymacie się /na dobre i na złe/ i jesteście w swoim przekazie do fanów szczere... Wyjaśnijmy sprawę raz na zawsze. Oczywiście nie macie tylko zwolenników, ale Wasi wścibscy obserwatorzy uznali, że robicie pokaz dla zdobycia atencji i wykorzystanie okazji do rozgłosu. Tylko czy to zahacza o zbieranie kliknięć po takiej tragedii? RL: Nie pomyślałyśmy o tym wrzucając tę fotkę... i zdecydowanie nie takie były nasze intencje. Od początków naszego działania dzielimy się z obserwującymi tym co działamy. Nagrywamy vlogi, piszemy posty, chcemy być po prostu hmm.. blisko z fanami? To było pierwsze info po długich nocach w szpitalu. Na przyszłość jednak postaramy się o lepsze wyczucie. To z pewnością. Yeah, koniec powagi. Jesteśmy tutaj po to, aby się wychillować i dobrze bawi. Uwaga, moje piękne ślicznotki. Do każdej kieruje krótkie pytanie, coś na zasadzie prawda czy wyzwanie. Jedynie zmieniam reguły - bo jako diva to mogę, zostaje sama prawda. GOTOOOWEEEE? Aurelia, Twój muzyczny crush? AM: Ohohoho... (pośmiała się) Gdybym miała wybrać damską music crush, to byłaby Maxine Koci. Mężczyzna, którego muzykę doceniam, to Aron Kovacs. Yuri, najbardziej cringe'owa wiadomość SMS, którą dostałaś w ostatnim czasie? YS: Em... muszę pomyśleć. Ale wydaje mi się że to była ta w której ktoś napisał mi, że chce ze mną połączyć się energetycznie przez sen, żeby oczyścić coś? Nie pytajcie... Ruby, która z Was jest największa drama queen? Szczerze, bez ściemy! RL: Do niedawna myślałam, że ja, ale żebyście widzieli Yuri w szpitalu... oh god… YS: Yuri Seong mówi (mikrofon): Heeey, nie mów tak! Aurelia, dokończ zdanie - czasami mam ochotę rzucić wszystko i…? AM: Mam ochotę rzucić wszystko i wyjechać do Paleto Bay. (pośmiała się). Yuri, kogo możesz określić swoją idolką, mentorem? YS: Cathal jest moim mentorem, przysięgam! Ruby, gdzie widzisz Was za pięć lat? Dominacja przemysłu muzycznego jako brokatowe trio czy kariery solowe? RL: Brokatowe imperium, zdecydowanie. Wiecie jaka jest teraz popularna gra? Fuck, marry, kill. Come on, girls. Zróbmy to. Ruby, lecisz na pierwszy ogień. Mr Love - pozdrawiamy Cię Chase, Daevion Epps czy Sonny - nasz kochany szeryf i organizator spod szyldu The Lust Resort. RL: Oh my god.... dobra, myślę... Fuck Chase, Marry Sonny i Kill Epps. Yuri, fuck-marry-kill. Jaden Morrow, Farush czy Pierre Rawkey? YS: O mój boże... fuck Pierre, marry Jaden, kill Farush. Aurelia, nie oszczędzę Cię. Twój wybór, sweetie. Noah Alexander, Dominic Doyle czy Ferris? AM: Geez, fuck Dominic, marry Ferris i kill Noah Alexander. Oczywiście grę traktujemy z przymrużeniem oka. Moje piękne Atomówki… Jestem Wam wdzięczna, że przyjęłyście moje zaproszenie tak ochoczo i mogłyśmy stworzyć ten wspaniały event. Girl-power! Oddaje scenę w całości Glitter Dolls, które zabiorą Was na wycieczkę do swojej baśni, do swojej brokatowej krainy! Dajcie czadu, kochane! A sama zaproszę Was na dedykowane z okazji dzisiejszej imprezy drinki, w barze znajdziecie Starlight Cosmo czy też Glitter Bomb! AM: Już zaraz do Was wracamy... Szykujcie drinki i zaczynamy nasze music show! Wnętrze The Lust Resort dopełniało baśniowy klimat. Dekoracje z sztucznych kwiatów, liści i pastelowych świateł przeniosły gości w inny wymiar – gdzie rządziły blask, kolor i wolność wyrazu. To było coś więcej niż impreza – to było doświadczenie. Glitter Night z całą pewnością zapisała się na kartach historii Vinewood. A jeśli wierzyć plotkom i obietnicom trio… to dopiero początek. Członkinie zespołu osobiście zadbały o każdy detal wystroju klubu tej nocy. To nie tylko scenografia – to manifestacja ich kreatywności i wyczucia estetyki, która zachwyciła wszystkich obecnych. A Wy jak odbieracie format takiego show? Jesteśmy ciekawi Waszych opinii na temat połączenia wywiadu na żywo z koncertem, a to wszystko otwarte dla publiki, pod dachem klubu.
  18. Lori

    /del

    **Alyssa przesłuchała materiał, katuje nim małżonka. Wysłała na adres Kayes przesyłkę.**
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę. Warunki użytkowania Polityka prywatności Regulamin