Skocz do zawartości
 
GRACZY ONLINE

98zajac

Gracz
  • Postów

    25
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

1 obserwujący

Informacje dodatkowe

  • Discord
    98zajac

Ostatnie wizyty

324 wyświetleń profilu

Osiągnięcia 98zajac

  1. Valeria Vasquez Urodzona 31 marca 2001 w Caracas - stolicy Wenezueli. Jej życie rozpoczęło się kiedy Wenezuela od dawna już nie była krajem mlekiem i miodem płynącym. Jej rodzina, choć miała w żyłach krew dawnych elit, żyła w miejscu, które było dalekie od luksusu. Petare – największe slumsy Caracas – było jej domem. Dziewczyna jest latynoską o wyrazistej urodzie, która jednak skrywa surowość doświadczeń. Jej brązowe oczy, pełne czujności i skrytej determinacji, potrafią być zarówno ciepłe, jak i lodowate, zależnie od sytuacji. Smukła, ale wysportowana sylwetka zdradza nawyk ciągłego ruchu i życia w gotowości. Rysy twarzy są ostre, lekko kanciaste, lecz kobiece, a pełne usta często układają się w wyraz powściągliwej pewności siebie. Jej historia wbrew pozorom zaczyna się na długo przed jej narodzinami. Dawno temu, w czasach rządów Marcosa Péreza Jiméneza (1952–1958), rodzina Valerii należała do elity Wenezueli. Jej pradziadek, Don Emilio Vásquez, był wpływowym biznesmenem – posiadał ziemię, inwestował w nieruchomości i miał kontakty z wojskowym reżimem Jiméneza. W czasach boomu naftowego jego fortuna rosła, a rodzina żyła w luksusie, bawiąc się na eleganckich przyjęciach w Caracas i podróżując po Europie. Ale wszystko się skończyło w 1958 roku, gdy reżim Jiméneza upadł. Emilio musiał uciekać, a jego majątek został przejęty przez nowe władze. Choć rodzina nie straciła wszystkiego od razu, ich pozycja zaczęła się stopniowo osłabiać. Gdy w 1999 roku do władzy doszedł Hugo Chávez, sytuacja stała się dramatyczna. Dziadek Valerii, Augusto Vásquez, próbował trzymać się resztek rodzinnego majątku, ale w nowej, socjalistycznej Wenezueli ludzie tacy jak on byli uważani za „burżuazyjne pasożyty”. Zaczęły się nacjonalizacje, przejmowanie prywatnych firm i represje wobec dawnych elit. Ojciec Valerii, Salvador Vásquez, urodził się już w czasach kryzysu. Jako młody chłopak widział, jak jego rodzina traci kolejne domy, znajomi się od nich odwracają, a wpływy dawnych bogaczy maleją. Z czasem, bez środków do życia, wylądowali w coraz gorszych dzielnicach Caracas, aż w końcu trafili do Petare – miejsca, gdzie nikt nie pamiętał, że Vásquezowie kiedyś byli kimś. Valeria od najmłodszych lat nauczyła się, że życie tutaj to nie tylko hałas i chaos, ale też nieustanne napięcie. W zasadzie nie pamiętała życia poza slumsami. Ludzie tutaj żyli blisko siebie, głośno, wściekle i namiętnie. Dzieciaki biegały boso po zakurzonych ulicach, starsi chłopcy grali w piłkę między beczkami, a kobiety sprzedawały arepy na rogach. W dzień Petare było żywe, ale nocą stawało się innym światem. Gdy zapadał zmrok, nikt, kto miał instynkt samozachowawczy, nie wychodził bez powodu. Jej ojciec, Salvador, był w domu rzadko. Pracował całymi dniami, czasem znikał na całe noce. Nie mówił, czym dokładnie się zajmuje – pracował, tyle wystarczyło. Nie był złym człowiekiem, ale zmęczonym. Każdego dnia jego oczy robiły się bardziej puste. A kiedy wracał do domu, często siadał w fotelu, patrzył w ścianę i pił. Nie radził sobie ze straconym majątkiem i pozycją jego rodziny. Z pewnością obwiniał się za los całej rodziny. *** Był upalny dzień, taki jak każdy w Caracas. Valeria miała wtedy może dziewięć lat i biegała po barrio z grupą dzieciaków. Jej brat, Santiago, był już „za dorosły” na takie zabawy, ale zawsze trzymał na nią oko z daleka. Tego dnia Valeria podbiegła do małego straganu na rogu, gdzie starszy pan sprzedawał mango. Miała w kieszeni kilka boliwarów, wystarczająco na jedno małe owocowe trofeo. Wzięła je i już miała płacić, kiedy kątem oka zobaczyła coś, co sprawiło, że serce jej przyspieszyło. Dwóch mężczyzn w motocyklowych kaskach weszło na ulicę – jeden trzymał pistolet, drugi szarpał kobietę za torebkę. Rabunek. To się zdarzało w Petare częściej niż zachody słońca. Valeria powiedziała sama do siebie – jeśli ktoś cię zauważy, możesz stać się kolejną ofiarą. Zanim zdążyła się zastanowić, puściła się biegiem. Pędziła wąskimi uliczkami, przeskakiwała przez sterty śmieci, mijała wąskie przejścia, w których tylko dzieci potrafiły się przecisnąć. Zatrzymała się dopiero kilka przecznic dalej, serce waliło jej w piersi. - Mała, co ty odwalasz?! – **Santiago dopadł ją, łapiąc za ramiona. Miał w oczach strach, prawdziwy strach.** - Ja tylko… – **próbowała powiedzieć, ale nie miało to znaczenia.** - Następnym razem nie biegnij, bo jak ktoś pomyśli, że widziałaś za dużo, to nie będziesz miała gdzie uciec. To był pierwszy raz, kiedy zrozumiała, że w Petare nie chodzi o to, by być szybszym – chodzi o to, by nie być zauważonym. W Petare woda była skarbem – nie przywilejem, ale nagrodą za cierpliwość, czujność i odrobinę szczęścia. Z kranów nie leciało nic całymi dniami, czasem tygodniami, a kiedy w końcu coś zaczynało kapać, dzieciaki biegły po domach z krzykiem, wołając wszystkich, zanim ciśnienie znowu spadnie do zera. Valeria i Santiago dobrze znali drogę do jednego z betonowych zbiorników na dole barrio, gdzie stała długa kolejka ludzi z wiadrami, kanistrami i butelkami po detergentach. Wschodzili o świcie, schodzili po zmroku – strome schody, śliskie od wilgoci, były jedyną drogą w tę i z powrotem. Nikt nie mówił, ale wszyscy patrzyli sobie na ręce, bo w kolejce nie chodziło tylko o cierpliwość – czasem o przetrwanie. Prąd znikał równie często – bez zapowiedzi, bez powodu. W nocy światła gasły nagle, a Petare tonęło w ciemności, jakby całe miasto wstrzymywało oddech. Wtedy słychać było strzały. Długie serie, pojedyncze wystrzały, wrzaski, silniki motocykli – wszystko mieszało się z gorącem nocy i lepkim potem. Valeria pamięta, jak raz całą noc czekali z matką i Santiago na podłodze – nie dlatego, że bali się śmierci, ale dlatego, że wiedzieli, że w Petare zawsze umiera ktoś, kto był w złym miejscu o złym czasie. A rano, kiedy znowu pojawiała się nadzieja, pierwsze co sprawdzali, to kran. I kiedy usłyszeli bulgoczący szum, napełniając plastikowe wiadra, czuli się tak, jakby wygrali coś ważniejszego niż życie. To Santiago, jej starszy brat, tak naprawdę ją wychowywał. Był jej bohaterem. Miał szesnaście lat, kiedy ona zaczęła rozumieć, że świat nie jest sprawiedliwy. Miał w sobie coś, co sprawiało, że ludzie go lubili – był szybki, uśmiechnięty, wygadany. Kiedy grał w piłkę, wszyscy wiedzieli, że strzeli gola. Kiedy mówił, ludzie słuchali. Ale miał też w sobie gniew, który rósł z każdym rokiem. *** - Mała, zawsze będę cię chronić – **powtarzał jej, gdy bała się dźwięków wystrzałów w nocy.** Ale pewnego dnia Santiago zaczął znikać. Początkowo na kilka godzin, potem na całe noce. Wracał z nowymi butami, nowym telefonem. Nie mówił, skąd je ma, a Valeria nie pytała. Po prostu czuła, że coś się zmieniło. Miała jedenaście lat, gdy pierwszy raz naprawdę poczuła strach. Nie ten codzienny, kiedy w nocy słyszy się strzały, ale taki, który wżera się w kości i zostaje na zawsze. Santiago miał wtedy siedemnaście lat i już od jakiegoś czasu dziwnie się zachowywał. Wracał późno, nie patrzył jej w oczy. Tamtego wieczoru siedziała na schodkach przed domem, bawili się z innymi dzieciakami w wyścigi karaluchów (tak, karaluchów – w Petare nie było PlayStation, były owady). W pewnym momencie usłyszała silniki motocykli – trzy, może cztery. Jej brat wybiegł z domu, a chwilę później zobaczyła go na końcu uliczki, rozmawiał z jakimiś mężczyznami. Nie słyszała słów, ale widziała ich sylwetki. Jeden z nich trzymał broń Valeria była ciekawska. Zawsze taka była. Ale tego dnia, kiedy Santiago wrócił i zobaczył, że patrzyła, jego twarz była inna. Jakby kogoś innego. - Przysięgnij mi, że nic nie widziałaś. - Nie zrozumiała. - Valeria, PRZYSIĘGNIJ. Nie zadawała pytań. To był moment, w którym zrozumiała, że Santiago nie jest już tylko jej starszym bratem. Był kimś więcej. Lub kimś mniej. W dniu, gdy nie wrócił wcale, wszystko przestało mieć znaczenie. Z początku zapowiadała się zwykła noc. Chłopaka nie było, a matka chodziła od okna do okna i wyglądała. Z drugiej strony ojciec, który nawet się nie zainteresował. Noc minęła, a Santiaga nadal nie było w domu. Następnego dnia też nie wrócił, kolejnego też nie. Rozpoczęły się poszukiwania, wydzwanianie znajomych. Jeżdżenie z miejsca na miejsca. Nikt wtedy nawet nie myślał, że stało się coś złego. Wszyscy przypuszczali, że uciekł z dzielnicy. Zostawił rodzinę i spróbował nowego życia jak wielu chłopaków z Petare. Chłopak jak się później okazało należał do tej drugiej grupy ambitnych chłopców. Minęły dwa tygodnie, zanim przyszła wiadomość. Santiago nie żył. Jego ciało znaleziono w bagażniku spalonego samochodu na obrzeżach miasta. Policja nawet nie zadawała pytań. „Kartel” – tyle wystarczyło, by temat został zamknięty. Nie było śledztwa, nie było sprawiedliwości. Santiago był kolejnym numerem w statystykach, kolejnym ciałem, które znika bez śladu. Nie było pogrzebu. Nie było ostatniego pożegnania. Matka Valerii płakała przez tydzień, a potem zaczęła zachowywać się tak, jakby Santiago nigdy nie istniał. Ojciec pił jeszcze więcej. Valeria patrzyła na nich i czuła, że coś w niej pęka. To był moment, w którym wiedziała, że musi stamtąd uciec. Kilka dni później ojciec podjął podobną decyzję — miał amerykańskie obywatelstwo po swojej matce i postanowił zagrać ostatnią kartą. Sam fakt ukrywał do tej pory przed rodziną, jakby wstydząc się że nie jest rodowitym Wenezuelczykiem. Jednak teraz kraj pogrążał się w chaosie, a gdy władzę przejął Maduro, Salvador nie czekał na rozwój wydarzeń. Spakował rodzinę, wsiedli do samolotu i nie obejrzeli się za siebie. Valeria nigdy nie chciała opuszczać Wenezueli. Nie tak. Nie z poczuciem przegranej. Miała czternaście lat, kiedy wylądowali w Miami, ale czuła się, jakby umarła gdzieś po drodze. Wszystko było inne. Nie było zapachu smażonych arep na ulicach. Nie było krzyków sąsiadów, dudniącej muzyki i śmiechu, który w Petare mieszał się z dźwiękiem strzałów. Nie było Santiago. Pierwsze miesiące to była otchłań. Jej matka się nie odzywała. Ojciec pił. A ona? Nie czuła nic. Każdego wieczoru siadała przed telewizorem i oglądała wiadomości. Patrzyła, jak kraj, który jeszcze niedawno był jej domem, rozpada się kawałek po kawałku. Ludzie protestowali. Policja strzelała do tłumu. Maduro przemawiał, obiecując więcej pustych rzeczy, które nie miały już żadnego znaczenia. Salvador był silnym mężczyzną. Był twardy, stanowczy. Ale po śmierci Santiago coś w nim pękło. Nie mówił o nim. Nie mówił o Wenezueli. Nie mówił o niczym. Tylko pił. Najpierw wieczorami. Potem w ciągu dnia. Potem już zawsze. Valeria nienawidziła go za to. Za to, że ją zostawił, choć wciąż był obok. Za to, że nie próbował nawet trzymać matki za rękę, kiedy płakała nocami. Za to, że patrzył na nią tak, jakby była cieniem Santiago – i niczym więcej. Tamtego dnia lał deszcz. Salvador wyszedł z baru jak zwykle, chwiejnym krokiem, z butelką w ręce. Nikt nie wie, czy potknął się sam, czy po prostu nie zauważył świateł. Ale kiedy ciężarówka zahamowała, było już za późno. Matka Valerii krzyczała, kiedy dowiedziała się o jego śmierci. Ale Valeria? Valeria nie czuła nic. Pogrzeb ojca wypadł w pierwszym tygodniu jej uczęszczania do nowej szkoły. Amerykańska szkoła była jak inna planeta. Czyste korytarze. Plastikowe uśmiechy. Dzieciaki, które nigdy nie zaznały głodu. A ona? Była tam ciałem, ale nie duchem. Jej angielski był łamany, jej akcent gruby. Śmiali się z niej. Śmiali się z jej ubrań, z tego, że nie znała popkultury, że nie wiedziała, kim są bohaterowie seriali, o których wszyscy mówili. Pierwszego dnia ktoś próbował ją popchnąć. Odwróciła się i przywaliła mu w nos. Od tamtej pory przestali ją popychać, ale nigdy jej nie zaakceptowali. „Dzika.” „Ta z slumsów.” „Zobaczycie, skończy w więzieniu.” Nie obchodziło jej to. Bo prawda była taka, że nienawidziła tego kraju. Nienawidziła ich idealnych domków z ogródkami. Ich przekonania, że świat jest dobry, jeśli tylko wystarczająco się postarasz. Ich głupiej, plastikowej naiwności. Oni nigdy nie widzieli, jak ciało człowieka płonie w samochodzie. Nie słyszeli krzyków w nocy, nie musieli kłaść się na podłodze, kiedy ktoś zaczynał strzelać. Nie wiedzieli, co to znaczy bać się własnego miasta. Była tam obca. I nie miała pojęcia, czy kiedykolwiek się to zmieni. Czas jednak powoli leczył rany. Dziewczyna przyzwyczaiła się do technologii, dobrobytu i życia w nowej rzeczywistości. Valeria i jej matka trzymały się razem. Nie miały nikogo poza sobą, ale to im wystarczało. Miami było inne niż Caracas – bezpieczniejsze, spokojniejsze, ale też obce. Pomimo tego czuły ulgę, jakby wreszcie mogły oddychać pełną piersią. W pierwszych latach po śmierci Salvadora cieszyły się każdą drobnostką. Praca dorywcza Rosy, zdany egzamin Valerii, święta bez strachu że ktoś z bronią zapuka do drzwi. Santiago z pewnościa by nie uwierzył jak teraz wygląda ich życie. Valeria widziała matkę jak odzyskuje radość. Jak żyje bez uciekania, bez oglądania się za siebie. Po raz pierwszy od lat nie budziły się z lękiem w oczach. Ona sama złapała pierwszą pracę dorywczą w internecie. Gdy Valeria miała 22 lata udało się jej i jej matce uzyskać obywatelstwo USA. Ale ich radość nie trwała długo. Choroba Rosy przyszła nagle i niespodziewanie. Do tej pory kobieta bagatelizowała zmęczenie, bóle i utratę wagi. Przecież to mógł być nawet stres lub niewyspanie. ale badania nie pozostawiły złudzeń: rak. I to w stadium, w którym lekarze mówili więcej o czasie niż o leczeniu. Walczyły z tą chorobą przez niemal dwa lata. Było to cztery razy dłużej niż dawali Rosie lekarze. Kiedy matka odeszła, Valeria została sama. Po raz pierwszy w życiu nie miała nikogo. Stała nad jej grobem z uczuciem pustki, jakby świat znowu pokazał jej, że nie ma nic pewnego. Vale patrzyła, jak matka gaśnie, jak jej siła – ta sama, która trzymała ich rodzinę przez lata – powoli się wypala. Nie było pieniędzy na najlepsze leczenie, tylko na to, co mogło opóźnić nieuniknione. Próbowały trzymać się normalności, śmiać się, oglądać razem stare filmy, ale cień śmierci był coraz bliżej. Kilka dni przed swoimi 24. urodzinami Valeria zmierzyła się z dwoma kolejnymi tragediami. Z jednej strony organizowała pogrzeb matki z drugiej patrzyła, jak obcy ludzie wynoszą z jej domu ostatnie meble. Bank nie zostawił jej nic – tylko kilka tysięcy dolarów, garść wspomnień i gorzki smak zdrady. Okazało się, że ojciec podczas swojej krótkiej kariery w USA zdążył narobić im długów, o których nigdy nie powiedział, a teraz przyszło jej za nie zapłacić. Nie było sensu walczyć. Miami już dawno przestało być domem, a przeszłość ciągnęła ją w dół jak betonowe buty. Wzięła, co miała, kupiła bilet i wsiadła do pierwszego lepszego samolotu. Los Santos nie było rajem, ale było nowym początkiem. A tego teraz potrzebowała najbardziej. Valeria nie miała jeszcze pojęcia, co chce zrobić ze swoim życiem. Wciąż balansowała na granicy nadziei i rozpaczy, szukając własnej drogi, ale jedno było pewne – miała dosyć biedy i ciągłego strachu o przyszłość. Po śmierci matki, po całym tym chaosie, nie miała nikogo, kto by ją prowadził, a jedyne, czego pragnęła, to poczuć się pewnie, choćby przez chwilę. Była sama w obcym mieście, w którym nie miała przyjaciół, nikogo, kto by ją naprawdę rozumiał. Los Santos stało się jej miejscem, które miało stać się zarówno schronieniem, jak i początkiem jej nowego życia. To jak potoczy się jej przyszłość, wciąż było niepewne. Być może uda jej się znaleźć drogę wśród ludzi, którzy docenią jej upór i determinację. Może będzie żyć jak zwykła obywatelka, borykając się z trudnościami codziennego życia. Ale z drugiej strony, po tym wszystkim, co przeszła, łatwo mogła popaść w mroczniejsze ścieżki. Może podąży śladami brata, oddając hołd jego pamięci w sposób, który nie wiąże się z prawem. W jej sercu wciąż była ta nieugaszona potrzeba, by walczyć o to, co jej, nawet jeśli oznaczałoby to przekroczenie granicy jakiejś granicy.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę. Warunki użytkowania Polityka prywatności Regulamin