-
Postów
476 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
5
Treść opublikowana przez Verevi
- Poprzednia
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- Dalej
-
Strona 2 z 18
-
szefy, powo 🌈👨❤️👨
-
Epilog prologiem Lojalność to słowo, którym każdy lubi się rzucać, dopóki nie trzeba za nie zapłacić. Widziałam, jak ludzie powtarzali je z dumą, jak tatuowali je sobie na karku, jak robili z niego przysięgi, które miały coś znaczyć. Lojalność to waluta, która traci wartość szybciej niż dolar w kryzysie. Na początku każdy ją ma, każdy się nią chwali, ale z czasem ludzie zaczynają nią handlować. Jedni za spokój, drudzy za wygodę, inni po prostu za własne ego. Lojalność nie istnieje bez strachu. Ludzie są wierni tylko wtedy, gdy boją się bardziej ciebie niż świata na zewnątrz. Gdy ten balans się sypie, zaczyna się rozpad. System, w którym żyjemy, to teatr. Jedni udają, że mają władzę, drudzy udają, że jej nie chcą, a reszta udaje, że wierzy. Na końcu zawsze wychodzi na to samo - każdy gra na siebie. Układy są jak cienki lód, wystarczy jedno słowo, jedno spojrzenie, jedna decyzja, i wszystko pęka. Ludzie myślą, że przetrwają, jak będą wierni komuś, kto trzyma ster. Mój brat, DaVante, wprowadził mnie w uliczny świat robienia szybkiej i łatwej forsy poprzez handel syfem. On mnie nauczył podstaw przetrwania w tym gównie. Po śmierci DaVante i matki nie zostało mi nic. Po rozpadzie grupy Vernona Fieldsa nie miałam już nawet powodu, żeby tam zostać. Pieniędzy też nie. Sprzedałam dom na Strawberry w Davis. Skid Row było tanie i brudne, ale dawało anonimowość. Tam nauczyłam się od nowa oddychać, tam zobaczyłam, jak wygląda prawdziwy głód. Bycie laską na ulicy nie pomagało, wręcz przeciwnie: wszyscy chcieli mnie lekceważyć, testować, sprawdzać granice. Musiałam nauczyć się grać w męską grę. Każdy ruch był egzaminem. Nie mogłam ufać emocjom, okazywanie emocji to słabość, więc stały się moim cieniem. Zawsze obecne, ale nigdy nie widoczne. Głęboko skryte pod zimną fasadą. Pomocną dłoń wyciągnął do mnie czarnuch o ksywce Sickle. Stałam się częścią 335. 335 to po prostu cyfrowe odzwierciedlenie liter w alfabecie C-C-E czyli Central City East. Tak nazywali bloki na Skid Row. Dla obcych to była tylko dzielnica biedy, ale dla większości to był dom, front i rodzina w jednym. Sickle dążył do zbudowania potęgi. Widziałam, jak to rosło, jak pieniądze leciały przez nasze ręce jak woda. Z czasem ludzie zaczęli mówić o tym jak o ruchu, jak o symbolu. 335 przestało być fragmentem ziemi na mapie. Stało się całym movementem, który obejmował ulice Mission Row, biznesy i wszystko, co mogło przetrwać w cieniu miasta. Ruchem, który miał odbudować imperium tam, gdzie wszyscy widzieli tylko ruinę. Grupa była maszyną do zarabiania, organizmem, który tętnił życiem, pieniędzmi, kilogramami i wpływami. 335 to była cała siatka z prawdziwego zdarzenia. Duzi gracze ciągnęli grubą kasę i podejmowali decyzje, od których zależały losy całych bloków, a dzieciaki z osiedla robiły brudną robotę - stały na rogu, sprzedawały towar, strzelały, kiedy trzeba było kogoś uciszyć. Jedni prali pieniądze przez kluby, salony jubilerskie i galerie sztuki, inni kradli diamenty, brali fury spod świateł, handlowali bronią, czyścili mieszkania. 335 miało swoje macki wszędzie. Na ulicy, w gangach, w biurach, a nawet na scenie rozrywkowej. Popełniłam kilka błędów, takich które mogły mnie kosztować życie. Nie raz balansowałam na krawędzi i to nauczyło mnie wszystkiego, co najważniejsze: lojalności i milczenia. To nie były lekcje z książki, to były rany, miesiące ciszy i obserwacja, kto zostaje, a kto ucieka. Potrzebowałam czasu i ruchów, żeby odbudować swój street credit; trzeba było zrobić kilka niewygodnych posunięć, zacisnąć zęby i pozwolić, żeby rezultaty pracowały za mnie. Nie dążyłam do tytułu „grubej ryby”, bo to przyszło samo, jak cień za kimś, kto zaczyna coś znaczyć. Dużo się zmieniło, kiedy z zimną krwią pozbyłam się tych, którzy okazali się być zdrajcami. Podwójne morderstwo było moim punktem zwrotnym. Nie zrobiłam tego z zemsty, zrobiłam to z rachunku, który miał ocalić resztę. Po posprzątaniu zrobiło się ciszej i klarowniej; ludzie wiedzieli, gdzie są granice i co im grozi, jeśli je przekroczą. Zaraz potem dostałam zadanie prowadzenia narkobiznesu na osiedlu, przejęłam stołek po Bricks’ie, który został sprzątnięty za knucie i nielojalność. Nasz produkt 2-CB na lokalnym rynku zaczął być już marką, produkcja tego syfu z miesiąca na miesiąc była coraz prężniejsza i wydajniejsza. Ale to nie był tylko handel i cała logistyka, setki tysięcy martwych prezydentów w obiegu. Za handlem szło coś więcej: czuwanie nad wychowaniem dzieciaków z bloku, pilnowanie porządku, wykładanie reguł… bo jeśli nikt nie nauczy młodych, jak się zachować, to oni nauczą się sami i zawsze źle. Stałam się czymś w rodzaju kapitana. Pomagałam ustalać zasady i wymierzałam konsekwencje; ludzie przychodzili po pracę, po wskazówki, po opinię, po pomoc. Nie byłam już tylko kimś, kto liczy cudze pieniądze i robi drobne ruchy na rogu. Kręciłam własne miliony, kontrolowałam kilka sieci, robiłam ruchy na kilkanaście kilogramów, pozyskiwałam kontakty, miałam swoich kurierów i ludzi, którzy załatwiali sprawy na mieście oraz bliskich współpracowników zanim FBI czy ICE zdążyło ich wziąć, a szkoda, bo Stacks i Tijo byli świetnymi kompanami. Miałam układy na mieście. Czasem dokładałam cegiełkę do prowokowania wojen na Davis, żeby 335 mogło zarobić na sprzedaży broni. To był brutalny rachunek: ktoś podsyca konflikt, ktoś dostarcza broń, ktoś zbiera zyski. Czułam presję zewsząd. Nie dlatego, że ja tego pragnęłam, tylko dlatego, że reszta zaczęła na mnie liczyć. Oczekiwano ode mnie, że wyciągnę konsekwencje wobec tych nieostrożnych i naiwnych czarnuchów, którzy myśleli, że prawdziwa gra to sprzedaż kilku sreberek i bezmyślne wymachiwanie bronią. Dla mnie to była szachownica. Planowanie kilku ruchów do przodu, logistyka, ludzie i zasłony. Ktoś, kto strzela bez rozumu, zaraża resztę i wystawia nas wszystkich na ryzyko oraz na oczy grup z zewnątrz i federalnych, więc takich trzeba było eliminować, zanim zrujnują całą grupę. Każdy chciał być częścią tego krwioobiegu, każdy chciał się ogrzać przy tym ogniu. I przez chwilę to działało. Ale im więcej zbudowaliśmy, tym więcej zaczęło gnić. Cicho, powolnie i od środka. Ludzie zaczęli działać pod siebie, kombinować za plecami, ciągnąć własne linie, które przecinały się z naszymi. Zamiast jednej drogi powstało sto ścieżek. Każda prowadziła w inne miejsce, każda coraz bardziej oddalała nas od celu, oddalała od bycia potężnym imperium. Każdy chciał mieć coś dla siebie. Niektórzy gadali, inni knuli, jeszcze inni milczeli, bo wiedzieli, że cisza czasem jest bezpieczniejsza niż lojalność. Niektórzy chcieli błyszczeć, inni udowadniać, że potrafią lepiej. Tyle że w tym świecie każdy, kto chce błyszczeć, kończy z kulą w głowie albo w kajdankach. Widziałam, jak 335 rosło w siłę, jak ludzie ubierali się lepiej, mówili głośniej, zaczynali wierzyć, że są nietykalni. Ale nie mieliśmy jednego: wspólnego języka. Kiedy zaczynasz się zastanawiać, kto jest po twojej stronie, znaczy, że już jest po wszystkim. A potem widziałam, jak każdy z nich padał. Jedni od kul, drudzy od ostrzy w aorcie, trzeci od własnych kłamstw. Nie było jednego dnia, jednej kłótni, jednej strzelaniny, jednego potknięcia czy jednego morderstwa, który wszystko zakończył. To nie tak działa. To było jak powolnie gnijące ciało w ciemnej, wilgotnej piwnicy: mięśnie wiotczeją, ścięgna pękają jak stare sznury, a tkanki rozpływają się w śluzowatej mazi. Każdy fragment ciała traci formę, warstwa po warstwie i w końcu całość, która miała trzymać strukturę, odpada, odsłaniając cuchnące wnętrze, które nigdy nie powinno było ujrzeć światła. FBI jedynie dołożyło swoją cegiełkę. Naloty kilka razy w tygodniu, IRS na karku, wieczne przesłuchania i podsłuchy, jakby każdy oddech był dowodem. Bloki, które kiedyś tętniły życiem, stały się cmentarzyskami wspomnień. Wszędzie żółte taśmy z napisem Federal Bureau of Investigation, wybite drzwi, wywrócone do góry nogami mieszkania. Przez kilka długich miesięcy próbowali nas rozbić jako grupę ale udało im się wybić jedynie pojedyncze jednostki. Czarnuchy poznikały - na krótkie bądź długie wyroki a nawet dożywocia. Inni w ziemię. A ci, którzy zostali, już nie ufali nikomu. System nie musiał nas zniszczyć. Wystarczyło, że podkręcił chaos, który sami sobie zafundowaliśmy. W pewnym momencie zrozumiałam, że nie ma już czego ratować. Że to, co kiedyś było braterstwem, stało się ciężarem. Zdrada nie zawsze wygląda jak strzał w plecy. Czasem to tylko spojrzenie, które trwa sekundę za długo. Czasem to brak telefonu, kiedy powinien zadzwonić. Niewinne na pozór gesty, drobne manipulacje, niedopowiedzenia, które mnożyły wątpliwości. Czasem to ktoś, kto milczy, kiedy trzeba mówić. Widziałam wszystkie wersje. I każda kończyła się tak samo. Ktoś ginął, ktoś znikał, ktoś tracił wszystko. Taki sam los spotkał nielojalnych skurwysynów, którzy wystąpili przeciwko mnie, chcieli mi zaszkodzić i splamili moje imię. Wynajęcie ludzi do „posprzątania” było aktem przymusu - musiałam udowodnić, że moje słowo ma wagę i kiedy mówię, że polecą głowy to głowy muszą polecieć. To był pokaz siły na arenie półświatka. Zapłaciłam za ciszę i porządek, bo jeśli nie dotrzymam obietnicy ścięcia głów, nikt już nie weźmie mnie na poważnie. Przestałam wierzyć w jakiekolwiek jebane braterstwo. Knuck i Sazzy zginęli od kul. Wiedziałam, że to był gwóźdź do trumny 335, ale wiedziałam też, że zostało już niewiele do ratowania. W międzyczasie duże czarnuchy wyjechały poza San Andreas. Można powiedzieć, że dziesiątego października zaczął się dla mnie nowy rozdział. W tym świecie nie da się mieć skrupułów, jeśli chcesz utrzymać swoje imię przy życiu. Musiałam odejść. Przestałam być częścią 335. To już nie było moje miejsce, moi ludzie. Bo jeśli dom płonie, nie zostajesz w środku tylko dlatego, że kiedyś tam mieszkałeś. Zamykasz drzwi i idziesz dalej. Nowy porządek Teraz jestem tylko sobą. Niezależną jednostką, która nie ciągnie za sobą bloków, ruchu ani cudzych interesów. Teraz liczę tylko na własne decyzje, własne ruchy i własne imię. Nikt nie stoi nade mną, nikt mnie nie prowadzi. Jeśli mam czuć oddech feds na karku to tylko i wyłącznie przez swoje błędy, nie cudze. Ten oddech czuję od miesięcy, depczą mi po piętach, ale czuję, że wciąż jestem o krok dalej. Przesuwam się po mapie jak duch. Próbowali i próbują nas rozgryźć, robią naloty, cisną śledztwa, ale nie znajdują nic co mogłoby mnie udupić - bo nie jestem chaosem, jestem cieniem. Nigdy nie wpadłam na gorącym uczynku, mimo że rachunek sumienia jest długi. Czekam na pukanie do drzwi, bo wiem, że prędzej czy później ktoś zapuka, ale póki co udaje mi się z tego wychodzić cało. To nie przypadek. Fart? Może. Ale to efekt decyzji, zimnej kalkulacji i tego, że wokół mnie są ludzie, którzy wiedzą, kiedy zamknąć usta. Zabrałam jedynie ze sobą Phyllis i Bulla. Jedynych, którzy stanęli po mojej stronie i którym ufałam na tyle, by przejść z nimi przez ogień. Dalej planujemy robić swoją robotę, tylko teraz na własnych zasadach. Razem działamy jak trzy zębatki w jednym, precyzyjnie ustawionym mechanizmie. Każdy w swojej roli, każdy niezbędny, każdy dokładnie wie, co robić, by przetrwać i zarobić. Celujemy we wpływy, nie w wystawne życie. Narkotyki to wciąż serce interesu, pamiętając że kasa to cel, nie narzędzie. Dzięki nim mogę kupować czas, milczenie, ludzi, wpływy i ochronę. Ja zajmuję się tym co robiłam do tej pory - hurtowy handel dragami, pozyskuję kontakty, trzymam rękę na pulsie, badam rynek i planuję logistykę. Phyllis to mózg za ekranem - nie wychodzi na pierwszy plan, nie musi. Phyllis to nasza specjalistka od działania w cieniu. Jej świat to darkweb i kanały, o których normalni ludzie nie mają pojęcia. To ona znajdzie dostawcę, przetestuje próbkę, sprawdzi reputację po kodach, zamknie kontrakt i ukryje ślady tak, że nikt nawet nie pomyśli o powiązaniu. Jej atut to sourcing: potrafi wyskrobać towar z miejsc, gdzie inni widzą tylko ryzyko, i dostarczyć go prosto w nasze ręce. Bull, jak zawsze, ma oczy i uszy wszędzie. Jak cholerny szpieg. Jego intuicja nigdy nas nie zawiodła i jego ruchy sprawiały, że nic nie umknęło naszej kontroli. Nie pyta dużo, obserwuje, zbiera informacje i przekłada je na działania. Gdy trzeba - jest człowiekiem od brudnej roboty. Do tego pilnuje kasy. To on dba o jej wypranie. To jego odpowiedzialność, żeby pieniądz przestał śmierdzieć brudem a zaczął pachnieć legalną świeżością. Przed nami stoi cała plansza do zagrania. Wyzwania, ryzyko i możliwość pokazania, że trio może poradzić sobie tam, gdzie upadła cała armia. Teraz wszystko zależy od nas, naszych ruchów i tego, jak dobrze potrafimy utrzymać swoje imię przy życiu.
-
ŚPIJCIE SŁODKO ANIOŁKI......
-
3. Strawberry - ludzie bez mózgu ale z kasą?
Verevi odpowiedział(a) na Vexovy temat w Behind The Curtains
**Rue J. pokazała artykuł Phyllis Delaney.** @Apogeum -
W samym środku Skid Row, w rewirze określanym lokalnie jako “Central City East” stanęła na nowo siłownia 335 Gym, której pierwsze tchnienie dał na początku 2025 roku Wayne "Bricks" Rawlings. Lokal podupadł wraz ze zniknięciem Bricksa ale na jesień 2025 roku został zreaktywowany przez mieszkańców lokalnego bloku. To kawałek przestrzeni dla lokalnej społeczności. W rejonie, gdzie większość ma pod górkę, siłownia daje ludziom alternatywę: zamiast topić się w alkoholu czy narkotykach, mogą tu przyjść, spocić się, dostać po ryju i wyjść z poczuciem, że przynajmniej nad czymś mają kontrolę. To lokalna instytucja, która daje mieszkańcom Row alternatywę wobec marazmu i ulicy, a jednocześnie staje się areną dla tych, którzy chcą sprawdzić swoje granice. To nie jest żaden kolorowy fitness z lustrem do selfie z miejscem na ładne gadki o diecie czy wellness. To betonowe wnętrze, stara blacha, ciężary, ring. Siłownia dla tych, którzy wiedzą, że siła nie bierze się z gadania, ale z potu, bólu i setek godzin spędzonych pod ciężarem. To kuźnia dla twardych ludzi. Dla takich, co nie szukają wymówek i nie pękają, gdy trzeba dorzucić kolejny talerz na sztangę albo wytrzymać następną rundę w ringu. Stare maszyny z duszą, wolne ciężary i bokserski ring tworzą klimat miejsca, gdzie pot, pęcherze i krew na deskach są codziennością. Regularnie odbywają się tu sparingi i turnieje, a przy klubie działa sekcja treningowa prowadzona przez doświadczonych pasjonatów. To środowisko, w którym ulica spotyka się ze sportem. Twarde zasady, mocna dyscyplina i klimat, którego nie znajdzie się w sterylnych sieciówkach. Nie ma abonamentów, umów i promocji. Nie ma też wyrozumiałych trenerów, którzy poklepią cię po plecach, jeśli dzisiaj ci się „nie chce”. Jeśli szukasz komfortu, idź gdzie indziej.
-
los chce ze mna grac w pokera
-
do zamknięcia
-
-
-
-
370. Nie żyje Chase Love - 26 letni artysta zginął tragicznie w wypadku samochodowym
Verevi odpowiedział(a) na wroniec temat w Daily News
**Jocelyn Gugliemetti nie dowierza w to co czyta. Planuje zjawić się na pogrzebie artysty.** -
-
-
-
- Poprzednia
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- Dalej
-
Strona 2 z 18
