Skocz do zawartości
 
GRACZY ONLINE

[08-20/11] [U.S. TOUR 2025] Suzanna Zabadevya - FOLLOWING THE WHISPER OF THE ANCESTORS


Zazi

Rekomendowane odpowiedzi

gtX8AHP.png

3fYgXAk.png**Po długim czasie przygotowań i licznych zapowiedziach rusza trasa koncertowa folk - metalowej artystki która jest poniekąd zwieńczeniem prawie roku twórczości, jak i kolejnym krokiem milowym w karierze Suzanny. Trasa swój początek ma mieć ósmego listopada w Sacramento, kolejno odwiedzać takie miejsca jak Seattle, Chicago, Cleveland, New York City, Philadelphia, Miami, Phoenix - z zaplanowanym na dwudziestego listopada finałem w Paleto. Chwilę przed startem trasy, tuż po oficjalnym potwierdzeniu jej na social mediach Suzanny ruszyła sprzedaż biletów we wszystkich platformach z naciskiem na najpopularniejsze z nich. Na trasie artystka spotka wiele nowych twarzy jak i osób z którymi przyjdzie jej współpracować, chociaż liczyć może też na tych z którymi już współpracuje - w składzie zespołu jadącym po Stanach Zjednoczonych z Suzy wchodzi Cassius, Romy i Ricky @kage- @samer @Centrolewus. Partnerem graficznym projektu 'Following the Whisper of the Ancestors' pozostaje BLENZ @ZAW; jako strażniczka ścieżki (partner organizacyjny z naciskiem na finał) początkująca managerka Isalyn Loxley @Vigdis. Każde z miast to nowa opowieść grupy bliskich sobie artystów których łączy muzyka i wspólne przeżycia ze sceny, nowe wyzwania oraz dwa spotkania - te koncertowe, jak i zakulisowe ze słuchaczami podczas których otuleni akustycznymi brzmieniami oddadzą sie rozmowie na tematy Słowiańskich wierzeń, rękodziełu, czy poznają na żywo bliżej Suzannę. Trasa zawierać będzie wzloty, upadki, niespodziewanych gości a nawet chwile zwątpienia - podróż przez każdą z bram to istotne fabularne doświadczenie opisywane w tej historii; nie tylko dla Suzanny ale i też reszty osób zaangażowanych w nią. Lada moment otworzy się pierwsza z hal - właśnie ta zaczynająca podróż przez projekt 'Following the Whisper of the Ancestors'. Suzanna i jej towarzysze (zespół) staną wspólnie na scenie by również i z publicznością przejść przez te przygodę. Odziani siłą, indywidualnym zasobem doświadczeń, dźwiękiem oraz posiadający różne często sprzeczne sobie (na logikę) cechy - ludzie z prawdziwymi emocjami na trasie, opowieściami w przygodzie i wiarą w to że przyszłość będzie im łaskawa.  To początek, i ich wstęp do opowieści... - odliczanie do pierwszego koncertu już powoli dobiega końca... a historia 'Following the Whisper of the Ancestors' zaczyna pisać się właśnie teraz. Wystąpienia artystów obejmują średniej wielkości przestrzenie zapewniające miejsca dla ok. dwóch do w porywach trzech tysięcy uczestniczących. W przeróżnych miejscach słychać gdzieś szepty przechodniów co do planów na wybrane dni, w rozmowach ludzi z w/w miast co raz to częściej (nawet z ciekawości) pada temat koncertu Suzy jak i spotkanie z artystką - a kadzidła? Już czekają aby dymem unosić wokal i brzmienia wśród zebranych. **

  • Sacramento [Chanel 24]

GS0fA7w.gif

**Piątkowa noc; lotnisko wydawało sie dla nich być bramą w nieznane światy - niby oświetlone jak zawsze, pełne ludzi i szyb w których ich odbicia odbijały się w oczach patrzących w nie; tak jak w starych pamiętających wszystko lustrach. Suzy oczekując na resztę siedziała przy wynajętym busie. Pierwszą osobą która dotarła za nią na miejsce ich zbiórki był Ricky - włosy rozczochrane miał we wszystkie strony świata, przysiadł obok Suzy bez słowa - sam oddając sie tej trwającej chwili przemyśleń - bo co tak właściwie czeka zespół podczas trasy? Chwilę później dołączyła reszta składu z którym Suzanna miała spędzić dwa tygodnie poza Los Santos, swoim domem i z dala od narzeczonego. Kiedy samolot dotknął płyty lotniska w Sacramento niebo miało już kolor palonej aromatycznej kawy. W powietrzu czuć było znane, niezmienne ciepło Kalifornii - tak właśnie też zawitali do miasta z którego uciekli niegdyś Ricky i Romy. Na parkingu czekał stary, czarny van (wypożyczony na potrzeby pobytu w mieście); bus nosił jeszcze ślady poprzednich tras innych artystów którym udało sie bądź też nie powybijać a łączyło ich tak samo jak tych teraz cel i pragnienie osiągnięcia sukcesu. Na pojeździe widoczne były liczne zadrapania, resztki taśmy i innych pozostawionych mniej istotnych przedmiotów. Szybki booking hotelu, chwila odpoczynku i kierunek pierwsza z hal w której odbywać miał się koncert trasy Suzanny.  W drodze do Channel 24 Cassius zapuścił starą kasetę z rosyjską pieśnią ludową, a Romy niekoniecznie rozumiejąc co ten chciał tym zyskać spojrzała na niego jak ostatniego idiote.

Ricky siedział przy oknie obserwując krajobraz, znał te miejsca pamięć: most, pusty skatepark, zrujnowane stacje benzynowe. - Myślisz, że ktoś jeszcze nas tu pamięta? - zapytała Romy widząc jak jej brat obserwuje zza szyby stare dobrze znane im miejsca. Chłopak krótko dopowiedział swoje tak jakby czymś zmartwiony. Hala koncertowa była średniej wielkości - sama Suzy nie celowała w wielkie przestrzenie, nie będąc pewna jakim zainteresowaniem cieszyć będzie sie trasa. Na scenie już leżały gałązki lipy i skrawki mchu; artystka bardzo chciała by wszystko pachniało lasem i ogniem - niezmiennie podtrzymując klimat swoich koncertów. Technicy krzątali się w panującym półmroku, makijażystki rozstawiały stoły z misami pełnymi gliny, popiołu i węgla drzewnego przygotowując artystów do wystąpienia - na ich twarzach malowane zaczęły być znaki ochronne i symbole rytualne a gdy już wszystko było gotowe zapadła cisza; zgasły światła a artyści? Udali się po podświetlonej przejściem podłodze w kierunku sceny [..]. Z głośników zaczyna wybrzmiewać powoli pierwszy dźwięk, instrumenty podgrywają zgodnie ze wcześniejszym planem. Suzy otwarła koncert spokojną melodią, kompozycją znaną z jej pierwszej EP 'Suzy & Anna' będącą jednocześnie hołdem dla jej zmarłej matki. Im dłużej w czasie i głośniej na sile przygrywała melodia tym przechadzające sie wtedy po scenie, odziane w białe lniane szaty statystki zapalały co raz to więcej świec otwierając symbolicznie (co wiemy z koncertów Suzanny) rytualną granice między światem zmarłych a żywych.**

'Ciemno wszędzie, głucho wszędzie…
…a jednak jestem, jednak coś będzie [..] .'

**Podczas koncertu Suzy zaprezentowała takie utwory jak chociażby 'Мокош', 'История странника' który był jej pierwszym oficjalnym wydaniem czy 'Цветок Папоротника' w którym refren przedstawiała w wersji anglojęzycznej. Zespół po zagraniu tych pozycji i zbudowaniu magicznej atmosfery zmienił swój 'bieg' wchodząc w kawałki anglojęzyczne (w tym ostatnio wydane) Suzanny. W połowie któregoś utworu kilku mężczyzn z końca sali zaczęło wykrzykiwać coś o 'dziwactwach' i 'szatańskich symbolach'. Ricky zastygł jakby znał doskonale ten głos i twarze, już przez moment wydawać by sie mogło że magia miejsca pęknie tworząc wielką porażkę i niespodziewanie zadziało sie coś magicznego. Osoby na swój sposób zauroczone twórczością Suzy (a może i jej po prostu ciekawe) zareagowały same... rytmiczne oklaski, wspólny śpiew. Dziesiątki rąk zaczęły tworzyć wspólny dźwięk podbijając w duchu artystkę którą znali doskonale z jej streamingów i wydań.  Ludzie z ochrony dopiero po chwili dotarli na miejsce, chociaż już nie mieli co robić a intruzi wycofali się przytłoczeni przez falę poparcia. Koncert dobiegł końca, padły podziękowania - opadać zaczęła również z artystów adrenalina - po niewielkim bisie w którym zagrała m. in. 'Cursed Santos'; 'Echo of You' oraz autorskie przedsmakowe wydania z docelowo grudniowego albumu Suzy zeszła pierwsza ze sceny. Na backstage’u słychać było doskonale jeszcze głośne echo rozmów osób zbierających się powoli z sali. Romy zaniepokojona reakcją Suzy podeszła za nią, wyjęła z kieszeni paczkę papierosów częstując jednym artystkę; chłodny powiew wiatru uspokajał siedzącą gdzieś z boku Suzannę - krótką rozmowę między nimi przerwał Cassius przypominający że za godzinę część zakulisowa po czym wraz z Rickym pomogli w przygotowaniach aby kobiety mogły na spokojnie dokończyć rozmowę. Minęła mniej więcej godzina - w półmroku sali została tylko garstka fanów którzy zakupili bilet na dalszą część trasy, tą 'zakulisową'. Na scenie niezmiennie gościł dywan z ziół i wiklinowe kosze pełne wosku, sznurków i koralików jakie mogliby wykorzystać na dzisiejszym spotkaniu. Suzy z pomocą Romy uczyły ludzi tworzyć karaboszki a artystka opowiadała o swojej kulturze, Dziadach i znaczeniu masek; Ricky dostrajał ze spokojem po pierwszym koncercie gitare... - właśnie po to aby przygrać akustycznie kilka utworów Suzanny. Samo spotkanie zakulisowe przebiegło w ciepłej atmosferze, pełnej śmiechów i uwagi oraz zaangażowania... i gdy zespół wracał już do busa by zajechać w kierunku hotelu zauważyli jak część odchodzących gości w oddali wspólnie rozpala otrzymane od artystki kadzidło. Dym unosił się w kształcie spirali - mniej więcej właśnie jak znak Roda i pieczęć skończonego rytuału. Pierwszy koncert trasy dobiegł końca, wtedy też coś się obudziło w sercu Suzanny - być może wiara w siebie? Bogatsi w nowe doświadczenie wspólnie poczęli przygotowania do drugiego przystanku w 'Following the Whisper of the Ancestors'.**

  • Seattle  [Showbox SoDo]

m5q9fND.gif

**Lot z Sacramento do Seattle nie należał do najdłuższych ale sam w sobie (jak możemy przypuszczać) był wystarczająco długi by Suzy zdążyła zebrać myśli przed kolejnym przystankiem. Za oknem samolotu chmury układały się w bujne i gęste fale, światło południa odbijało się ukradkiem w przebłyskach gdzieś na skrzydłach jak na tafli lodu. Siedząca obok Suzy Romy notowała w telefonie kilka zdań - kątem oka Suzanna dostrzec mogła że było to coś między tekstem piosenki a pamiętnikiem? Ricky zasnął trzymając w dłoniach pleciony z rzemienia amulet który dostał od jednej z młodych fanek po koncercie w Sacramento wraz z wymianą doświadczeń co do gry przy innych artystach - i czyżby miasto którego sie tak obawiał, okazało sie tym w którym narodziło sie coś więcej w samoocenie gitarzysty? Cassius jak to Cassius - ku pozoru najbardziej ostrożny przeglądał setlistę na wieczór podkreślając momenty w których miały włączyć się dodatkowe światła czy inne zaplanowane efekty. Kiedy samolot dotknął płyty lotniska w Seattle powietrze przywitało ich wilgocią.. specyficznym, słonym zapachem wiatru od zatoki. Miasto tonęło tego dnia w delikatnej mgle a szare niebo przeglądało się w szybach terminalu jak w wodzie - niezmiennie na parkingu czekał na nich van który i tam stał sie ich sposobem transportu. Po krótkim postoju w budżetowym ekonomicznym hotelu i szybkim prysznicu zespół ruszył w kierunku Showbox SoDo - długoletniej hali koncertowej w dzielnicy przemysłowej, tam już konstrukcje kontrastowały z plakatami obecnych większych czy też mniejszych artystów. Miejsce miało w sobie coś z jaskini muzycznej której wnętrze pozwalało na zbudowanie zaskakującego klimatu [..]. Suzy siedząc przy lustrze i szykując sie do koncertu wraz z resztą składu wyjęła z torby woreczek z suszonymi ziołami (tymi samymi które zna doskonale chociażby ze swojej zielarni)  wśród nich bylica, dziewanna i jałowiec. **

'Zagrajmy dla tych, którzy byli przed nami a i będą po nas? Niech dzisiejszy dym otworzy nam nową drogę... '

**Gdzieś w chaosie całej organizacji wystąpienia technicy ustawili na scenie niskie pnie, podłogę wyścielała sztuczna roślinność z domieszką zboża, ozdobnie dostawiono na scenie kosze zboża i wiązanek świeżych ziół. W Seattle wokół sceny zawisły dziesiątki maleńkich dzwoneczków poruszanych wiatrem czy ruchem publiczności, a te pośród wielu innych przygotowanych akcentów miały symbolizować obecność duchów przodków. Kiedy zgasły światła rozmowy na sali jakby ciekawsko ustały, w tle muzyka oraz pojedyncze uderzenia w bębny perkusji podbijające napięcie - scena zanurzyła się w półmroku oświetlona jedynie blaskiem świec. Suzy wychodząc stanęła przy starym stole nakrytym lnianym obrusem. Za nią dwie modelki i zespół z którym zagościła w miejscu jakie miało stać się ich wystąpieniem z muzyką którą tworzy artystka.**
 
'W miejscu... gdzie ogień spotyka wodę ich dusze wracają.
Gdzie dym tańczy nad ziemią - rodzi się pamięć.
Przychodźcie, przodkowie... przyjdźcie Dziadowie.'

**Podczas wypowiadania w/w słów od stołu powoli odchodzić zaczęły statystki w maskach z dębowej kory (karaboszki), spokojnie i nieśpiesznie rozsypywały pod swoje bose stopy pył po podpalanej bylicy - zioła 'Dziadów' używanego do oczyszczania i odprawiania dusz a dzwoneczki? Powoli wchodziły w ruch... . Artystka podczas koncertu wraz z zespołem zagrała 'Ритуальная Песня', 'Род', 'Перун ' i 'Марена' w którym drugi wokal należał do Cassiusa; chwile później przeszli pod anglojęzyczną twórczość przedstawiając m. in. 'In the shadow' oraz 'Echo of You'. W końcówce koncertu Suzanna zapaliła trzy świece symbolizujące sobą trzy światy: żywych, umarłych oraz bogów - pozwalając im dogasnąć po bisie z niewydanych (w większości anglojęzycznych) kawałków podziękowała zebranym za uczestnictwo w koncercie. Nadszedł moment kiedy muzyka ucichła jak i wypaliły się w brzmieniach bisu świecie, to był właśnie moment pożegnania - (metaforycznie) jak w dawnych Dziadach gdy  gaszono ogień i żegnano duchy prosząc aby wróciły tam skąd przyszły. Po koncercie w półmroku sceny zebrała się mała grupa fanów prowadzona przez pracowników technicznych do innej części hali - Ci  którzy wykupili bilet na 'część zakulisową'. Na mniejszej drugiej scenie czekały już kosze z ziołami: bylica, lawenda i jałowiec. Uczestnicy podczas spotkania z artystką tym razem splatali ziołowe kadzidła łącząc je lnianymi sznurkami przy opowieściach Suzanny o kulturze Słowian i znaczeniu ziół w obchodach Dziadów. Cassius przygrywał cicho na perkusji, Ricky stroił gitarę a Romy znikła w cieniu. Akustycznie przygrano takie utwory jak chociażby 'Echo of You', 'a shout to him' czy 'Charm' - dziewczyna chętnie również podzieliła się swoimi wskazówkami co do postępów i ćwiczeń nad wokalem które sama stosuje bądź wyniosła z zajęć muzycznych; nie zabrakło też utworów nad którymi zespół jakoby dopiero pracował a te pojawić sie mają z końcem roku w najnowszym albumie. W pewnym momencie Suzy zapaliła jedno z kadzideł którego dym uniósł się w spiralnym kształcie. Dym tańczył w powietrzu jak wybudzony zaspany jeszcze duch, wśród ludzi zaległa cisza której nikt nie śmiał przerwać - Suzy podczas wspólnych warsztatów pozwalających ją bliżej poznać wyszła z kolejną przypowiastką. Kiedy ostatni uczestnik wychodził z sali, dym wciąż wił się w powietrzu - chociaż dla wielu był to nic nie znaczący ruch, artystka patrząc na niego wiedziała doskonale że trasa którą rozpoczęła - przyniesie na swej drodze ważne dla niej doświadczenia.**

  • Chicago [Radius Chicago]

Zb1rdRi.gif**Artyści ochoczo skorzystali z dnia wolnego miedzy kolejnym planowanym przystankiem trasy koncertowej - a każde z nich spędziło (tym razem) te chwile na swój sposób. Cassius wraz z Romy zwiedzali lokalne knajpki, Ricky wraz z Suzy pracował nad swoim nowym kawałkiem a później większość wieczoru (tak samo) oddali swoim bliskim @ixenea @Kituss. Nadeszła pora dalszej podróży przez zaplanowaną trasę a po Seattle przyszła pora na Chicago czyli trzeci przystanek w projekcie; miasto o stalowym sercu i historii zapisanej w dźwiękach. Zespół przyleciał już wczesnym rankiem, (niektórzy pewnie skacowani..) zmęczeni ale pełni oczekiwania co do kolejnego swojego wystąpienia czy nowych twarzy jakie przyjdzie im poznać. Na lotnisku powitało czwórkę ostre światło poranka i nadzwyczajny chłód który różnił się od ciepłego powietrza Kalifornii. Wypożyczony jak zawsze czarny bus czekał przed terminalem - oblepiony kurzem i naklejkami z poprzednich tras koncertowych innych muzyków. Suzy usiadła tym razem przy oknie obserwując jak miasto rośnie z każdym pokonanym kilometrem a niebieskoszare wieżowce odbijają się w wodach jeziora Michigan; tradycyjnie szybkie przygotowania w budżetowym hoteli nieopodal miejsca koncertu i kierunek zaplanowane wydarzenie. Hala koncertowa w której dziś mieli zagrać to Radius Chicago - ta mieściła się w przemysłowej części miasta, w miejscu dawnej fabryki stali. Wysokie sklepienia, surowe ściany i chłód betonu tworzyły przestrzeń w której echo potrafiło zniekształcić każdy dźwięk. Technicy od początku wiedzieli że akustyka tego miejsca jak zawsze będzie wyzwaniem, mimo to pracowano nad nią do ostatniego momentu. Podczas prób pojawiły się zakłócenia - chociażby metaliczne sprzężenia, szumy, a raz nawet krótkie przeciążenie systemu które uśpiło wzmacniacze. We właściwym momencie po przygotowaniu wszystkich jak i wszystkiego pod wystąpienie przyszła pora na otworzenie bramek, hala napełniła się ludźmi. Ciepłe światła świec przy scenie, powoli unoszący sie dym kadzideł, i reflektory które ślepo ruchem odbijały się od stalowych belek - na scenie pachniało już palonym jałowcem i mchem; u artystów nie brakowało tradycyjnego dla Suzanny makijażu pełnego Słowiańskiej symboliki i znaków. Performance Suzanny w Chicago nawiązywał do Dziadów jesiennych nie tyle rekonstrukcji samego obrzędu, ile jego współczesnego echa. Na początku koncertu światła zgasły.. przez kilka minut słychać było tylko dźwięk dzwoneczków i szmer bosych kroków.. statystki w białych sukniach rozstawiały na scenie gliniane naczynia w których tliły się kolejne kadzidła z bylicy, dziewanny i szałwii. Z głośników popłynął ciężki dźwięk gitary, niespodziewanie i nagle - mniej więcej  jak zgrzyt żelaza po kamieniu którego nikt sie nie spodziewał? Za zgrzytem kolejne, kolejne, pierwsze uderzenia perkusji... aż na tle rytmu jednego ze swoich rosyjskojęzycznych utworów Suzy wyszła ze światła; twarz miała pokrytą gliną, włosy splecione w długi warkocz. W dłoniach artystka trzymała niewielkie naczynie z którego unosił się dym a zarazem żywy wśród zebranych są obecnością symbol ognia - co w noc Dziadów miał prowadzić dusze wędrowców do domu. Właściwy koncert rozpoczął się od melodii nakierowanych w rosyjskich utworach (nim przeszli na angielskie kawałki) wchodząc nieśpiesznie w coraz cięższe i metalowe motywy. Początek rozpoczynał utwór 'колыбельная' znany jako wydana 'kołysanka' z początków kariery Suzanny; kolejno usłyszeć można było takie klasyki jak 'Хоровод' który Suzy często gra na swoich koncertach, 'Ночь Купалы' oraz 'Мокош' - po zagraniu kilku rosyjskojęzycznych utworów przyszła pora na anglojęzyczne pozycje zaczynając te chociażby od 'Cursed Santos' idąc przez 'Always & Together' i 'Forbidden Tale' (jak doskonale co wiemy) wywodzą sie spod WIMI NEXT STAR. Każdy utwór zagrany był z improwizacją muzyków podczas powtarzających sie niestety czasami zakłóceń, potraktowany jak rozdział ciągle pisanej na trasie opowieści o pamięci, ogniu i przodkach którzy nadal czuwają przy Suzy w jej karierze. W unoszącym sie po sali dymie z kadzideł można było dostrzec cienie i ruch ludzi, i chociaż to naturalne - dla artystów ze sceny widok mógł przypominać jakby duchy poruszały się w rytm muzyki. Po wszystkim, gdy hala opustoszała odbyła się planowo część zakulisowa czyli spotkanie dla nielicznych posiadaczy biletów 'One Step Beyond'. W panującym półmroku na scenie oświetlonej tylko świecami Suzy tym razem samotnie (nie wiedząc czemu) tłumaczyła znaczenie roślin używanych w rytuałach Dziadów. Bylica dla ochrony, dziewanna dla odwagi, piołun dla mądrości. Zebrani siedząc w kręgu tworzyli własne kadzidła z tych samych ziół które wcześniej paliły się na scenie. Dziewczyna między opowieściami przygrywała akustycznie swoje utwory - między innymi zagrała dla swoich słuchaczy ponownie 'Ночь Купалы', ale też dodatkowo  'Потерянный' i kilka anglojęzycznych w tym - 'Cursed Santos' gdzie chętnie refren wraz z innymi (jak to już ma w zwyczaju) akcentowała. Wieczór zakończył się dość cicho a poprzedni spędzony dobrze dzień wolny wydawać sie mógł dla nim zbawieniem w trasie. Późnym wieczorem nad Chicago zapadła mgła, zespół spakowany już w busa po pożegnaniu i wymianie nowych kontaktów odjechał spod hali zostawiając za sobą zapach kadzideł i ślad ich utworów; na jednej ze ścian garderoby pojawił sie schowany ich podpis cyrylicą z rosyjskojęzycznym przekazem w tłumaczeniu 'A gdy już tu dotarłeś, teraz Ty wspomnij nas i podążaj dalej śladem przodków...'. Gdzieś wśród ulic i pustych magazynów zapach niósł się jeszcze przez chwilę - mniej więcej jak 'coś' budzące sie w nas po rytuale który miał trwać tylko jeden wieczór... a jednak został w ludziach dłużej niż wszystkie dźwięki razem. Kolejny przystanek? Cleveland - i to, co przyniesie im jutro [..].**

  • Cleveland [House of Blues]

fGmNG4Q.gif

**Lot z Chicago do Cleveland całemu składowi minął wyjątkowo spokojnie. Strumień światła wpadający przez okno samolotu tworzył na dłoni Suzanny losowe kształty przypominające ochronne znaki i jakby przypadek znowu igrał z symboliką... w którą i tak nikt już nie wierzył (poza nią samą). Pod samolotem przesuwały się tafle jezior od których odbijało się chłodnawe słońce Ohio. Ricky przeglądał zapisane na kartkach improwizacje gitarowe, Cassius z słuchawkami na uszach notował tempo nowych partii perkusyjnych chcąc się popisać a Romy? No cóż... po prostu ucięła komara i pierwszy raz od tygodni wyglądała naprawdę spokojnie. Na lotnisku przywitał ich wilgotny zapach zbliżającego się deszczu. Miasto wydawać sie można mniejsze od Chicago miało w sobie podobny do Los Santos spokój który po trzech intensywnych (oraz pełnym jak wiemy zawirowań) koncertach wydawał się niemal zbawieniem. Wypożyczony busik jak zawsze stary i wysłużony (w myśl tani a sprawny), z trzaskiem zamykał drzwi jakby sam chciał powiedzieć im że w trasie każdy zbiera swoje blizny. Przez okna przechadzały sie wraz z drogą szyldy knajp, starych hoteli i neony aż w końcu pojawiła się fasada House of Blues a wraz z nią ciepłe światło z wnętrza, drewniane belki i ściany pokryte plakatami po dawnych występach. Hotel który zabookowała Suzanna znajdował sie kilka uliczek dalej, żadne z nich więc nie miało problemu ze szybkim dostaniem sie na wystąpienie - tradycyjnie rozpakowanie manatków i pora na przygotowanie sie pod kolejny występ. Wewnątrz hali już panował znany im półmrok; technicy rozstawiali sprzęt a w powietrzu unosił się zapach przygotowanych do występu kadzideł i dębowej kory. Scenografia była znów swoimi akcentami oparta o motywy słowiańskich rytuałów (co pozostanie niezmienne w całej trasie sądząc po Suzy). Na scenie pojawiły się w tle plecione wieńce, drewniane maski i rozrzucone po podłodze pędy suszonego jałowca. Za sceną ustawiono gliniane misy z wodą do których co jakiś czas dodawano garść soli i kilka liści dębu w przygotowaniach przed występem Suzy (i zgodnie z niewiadome skąd jej poleceniem). Zanim rozpoczęto występ, Suzy wyszła na moment zza kurtyny ciekawsko spoglądając po nowych twarzach - wiedziała że trasa która trwa jest jej szansą na pokazanie sie tym którzy niekoniecznie znają ją z codziennego życia w Los Santos. Zgasły światła, dźwięk dzwoneczków zapowiedział rozpoczęcie 'rytuału' a na scenę wkroczyły statystki w maskach z dębowej kory, niosąc w dłoniach gliniane dzbany rozstawiały je wokół Suzy. Koncert rozpoczął sie spokojnie, statystki obchodząc Suzanne tanecznym krokiem jakby budziły całość do życia; przywoływały przodków - lada moment przedstawiane zostały pierwsze utwory. Tym razem Suzy zaczęła koncert od 'Ритуальная Песня' podkreślając tym samym że bedzie to głośniejszy i agresywniejszy jej punkt trasy - wraz z dźwiękiem rozległ sie jej gardłowy i rozpaczliwy krzyk nakazujący powstać (ale komu, zmarłym?). Utwór rozpoczęła w anglojęzycznej zwrotce aby każdy zrozumiał jej przekaz a słowa**

'Bogowie wielcy, przodkowie nasi miejcie śpiewających w swojej opiece. 

Płomień święty wznosi się w góre - hey wysoko aż po nieba kres.

Bogowie wielcy ześlijcie łaskę na swój lud, by w dostatku wiecznie żył.

Niech chleb i miód Wam niosą na cześć, wola wasza prowadzi przez wieki nas. [..]' 

**stały sie rozpoczęciem kolejnych scenicznych rytuałów. Jako następne zagrano 'Мокош' oraz 'Цветок Папоротника' dopiero po krótkiej przerwie w której Suzy przeniosła dzbany na kraniec sceny przeszli do w pełni anglojęzycznej części koncertu - nie zabrakło w niej takich kawałków jak 'Cursed Santos'; 'Always & Together'; 'Ending' czy 'Unromantic'. Podczas koncertu brzmienie z utworu na utwór stawało się coraz cięższe a gitara Ricky’ego wzbudzała wiele emocji; osoby przy scenie udawały jakoby naśladowały jego ruchy i Romy, perkusja przeplatając brzmienie z nimi niosła się echem po całej sali. W jednej z pieśni artystka rozrzucała po scenie ziarna zbóż (co znamy już z innych koncertów jak i symbolike tego) które przy blasku reflektorów wyglądały jak iskry. Publiczność śledziła wszystko każdy ich ruch, wciągnięta w rytuał który wtedy? Wydawał się trwać poza czasem. Po krótkiej przerwie rozpoczęła się zakulisowa część „One Step Beyond”. Przygotowane do tego wnętrze sali (już po koncercie) oświetlały tylko świece i kilka lamp z matowego szkła. Wokół sceny ułożono krąg z gałązek dębu i wiklinowych koszy. Suzy siedziała pośrodku wraz z resztą zespołu tłumacząc uczestnikom znaczenie karaboszek, masek które dawniej miały chronić człowieka w czasie Dziadów. W tle przygrywano utwory Suzy akustycznie; ale i nie tylko - bo również covery w tym takich pieśni ludowych; rozpalono delikatne kadzidła dzięki czemu zapach jałowca i lawendy unosił sie dodając nastrojowej atmosfery. W rozmowach artyści chętnie opowiadali o sobie, Suzy jak zaczarowana o kulturze i tym co widzi w muzyce. Wśród pytań padały chociażby takie jak:**
- Ricky! Jak Ci sie współpracuje z Suzanną? Co na obecnie jest dla Ciebie największym wyzwaniem podczas gry w zespole? 
- Bardzo dobrze. W zasadzie to ona wyciągnęła do mnie rękę i namówiła do tego abym zaczął tworzyć coś swojego *zerknal na nia "pogardliwo żartobliwie"* wiedźma... A wyzwania nie ma. Początkowo było w postaci dostosowania się do stylu Suzy, ale teraz jest z górki.
- Opowiedz... Jakie odczucia niesiesz za sobą po koncercie w Sacramento? To Twoje rodzinne miasto prawda?
- Sacramento dobrze nie wspominam, ale koncert był jedną z niewielu dobrych rzeczy które będę wspominać. Sacramento dla mnie to masa złych wspomnień, które przeważają nad tymi dobrymi. Nie chcę do końca o nich mówić, i nie wiem czy ten występ odczarował moje postrzeganie tego miasta... Ale, było i minęło. Teraz jestem w innym punkcie swojego życia by się tym przejmować.

- Romy...? Często wydajesz się najbardziej skupiona ze wszystkich... Co myślisz tuż przed wyjściem na scenę?
- No słuchaj... myślę że jak nie zepne pośladków to będzie katastrofa. Scena niby to samo, ale ludzie różni. A co myślę? Jak chodzić żeby nie zaliczyć gleby. 
- Hey powiedz nam! Jak to jest dzielić trasę z bratem? To wsparcie czy czasem dodatkowe wyzwanie?
- Dzielić trasę z bratem zaufajcie mi... jest różnie. Kiedyś mu oddam za podkradanie paletki!

- Cassius? Jak wygląda Twoja codzienność w trasie? Jakbyś miał powiedzieć... to jesteś tym, który dba o organizację czy raczej pozwalasz by leciało wszystko na żywioł?
- U nas wszystko jak na razie idzie swoim tempem, bo co ma być to będzie. Mimo to jednak, gdy gdzieś coś podupada to staram się pomóc - po to jednak jakoś jest zespół i wzajemne wsparcie?

 - Suzy czy jest jakiś utwór którego nie zagrasz nigdy wiecej ponownie?
- Myślę że nie ma, chociaż jest kilka które staram sie grać całkiem rzadko; głównie przez to że zamknęłam w nich pewną opowieść - a za nią mase emocji, niekoniecznie przyjemnych po czasie.
- Interesuje mnie... skąd wzięłaś pomysł by łączyć metal z folklorem i tematyką słowiańską? 
- Kultura Słowian to kultura moich przodków, i mimo bycia na obczyźnie chce wciąż z nią być silnie związana. Metal? Przypomina mi okres buntu, i chociaż jest za mną - pokazał mi że czasami lepiej wykrzyczeć niż wyszeptać o!

**Po ostatnich pytaniach i śmiechach (tym razem sie mendzie udało) sucharów Cassiusa które powoli przycichły, w sali zapadała cisza przemyśleń - w niej świece migotały a ich płomienie odbijały się w spojrzeniach  jak wspomnienia z innego czasu. Dym z jałowca i lawendy unosił się miękko wirując w powietrzu w rytm cichych akustycznych dźwięków, które jeszcze przez chwilę dopełniały przestrzeń. Suzy odłożyła gitarę jakby zamykała nie tylko instrument a cały rytuał. Chwile później po pożegnaniu zespół pomógł w porządkach na sali nawiązując przy tym nowe kontakty i przyjaźnie z osobami które z nimi współpracowali; Ricky w milczeniu wpatrywał się w maskę pozostawioną przez jedną z osób (czyżby ta wzbudziła w nim chwile decyzji i przemyśleń). Na zewnątrz powietrze było już chłodne; wilgotne, na niebie noc a światła miasta migotały jak echo blasków'. Suzy zatrzymała się na schodach patrząc w niebo i na dłonie pokryte popiołem. Cassius przechodząc obok, rzucił tylko: 'Chyba sie starzeje młoda...' - zaraz to zebrali sie wszyscy wspólnie na kolacje a po niej do hotelu gdzie szykowali sie w następną podróż przez przystanki trasy koncertowej Suzanny.  **

  • New York City [Terminal 5]

HtiRKtf.gif**Lot z Cleveland do Nowego Jorku minął składowi w takiej nietypowej wyjątkowej ciszy - jakby cały zespół potrzebował tej chwili zawieszenia między jednym światem własnych myśli a drugim (tym jaki nas najbardziej dotyczy) rzeczywistości. Tym razem to Suzy siedziała przy oknie, obserwując poza widokami chociażby losowo idący promyk (odbicie) słońca po skrzydłach samolotu. W jej dłoniach spoczywał mały lniany woreczek (nawęza) z bylicą i innymi składnikami... właśnie tym zielem które towarzyszyło jej na praktycznie każdym występie od początku trasy i większości koncertów w Santos. Ricky drzemał, otulał niesfornie do siebie koc niczym maskotkę... Cassius przeglądał notatki z rytmami a Romy w milczeniu szkicowała coś w notesie - po przyjrzeniu się był to zarys sceny, być może wizja kolejnego wystąpienia jaką zaproponować chciała Suzy? Gdy samolot wylądował Nowy Jork przywitał ich wyjątkowo chłodnym powietrzem i zapachem deszczu odbijającego się od betonu. Na parkingu czekał znajomy już wyglądem z poprzednich przystanków wysłużony czarny bus, którego karoseria pokryta była śladami (jak wiemy również i to) poprzednich tras. W środku pachniało kurzem, tytoniem, a gdyby muzyka miała zapach - to i nią... właśnie tak jakby sam pojazd nasiąkł dźwiękami i wspomnieniami całej swojej wysłużonej innym artystom drogi. W międzyczasie odbył sie szybki booking noclegu, organizacja, sprawdzenie terminarzy oraz garderoby - bo jakby o niej zapomnieć w tej trasie? Podczas jazdy w stronę Terminal 5 (miejsca odbywającego sie koncertu) światła miasta migały w oknach jak ogromne barwne iskry, za szybą przesuwały się kolejne warstwy rzeczywistości którą byli tym razem ludzie w pośpiechu, neony czy para z krat. Suzy milczała, trzymając dłonie splecione w modlitewnym geście nie tyle z religii co bardziej wewnętrznego rytuału [..]. Terminal 5 to zasadniczo dość chłodna hala o surowych - zimnych ścianach która intensywnie pachniała farbą sceniczną i metalem. W środku panował już gwar techników i dźwiękowców, scena zaczynała powoli przybierać znany wszystkim kształt: wokół rozstawiano zieleń i gałązki, ustawiono gliniane misy w których tliły się nieśpiesznie kadzidła z bylicy i szałwi. Zapach intensywny, gęsty nieco charakterystyczny (chociażby) jak dym z rytualnego ogniska. Wśród osób zaangażowanych tego dnia w wystąpienie poza technikami czy resztą składu pojawiła sie Isalyn; strażniczka trasy a i dokładniej partnerka organizacyjna - w prywatnym spojrzeniu Suzanny kobieta o silnym spojrzeniu i pewnym kroku. Dzisiejsza obecność Is' oznaczała również że za Suzy półmetek jak i nadchodzi moment aktualizacji czy rozmów z dalszymi planami co do wystąpień (a zwłaszcza przy organizacji finału). Suzanna przyjęła Isalyn w prywatnym pokoju, obie spędziły tam dłuższą chwile wymieniając sie przemyśleniami oraz swoimi odczuciami z trwającej wciąż trasy - najprawdopodobniej dopinały również finał jaki miał mieć miejsce w Paleto już dwudziestego listopada. Podczas gdy technicy z resztą zespołu stroili instrumenty te rozmawiały przy stole zasypanym notatkami. Oświetlenie, aranżacje, sposób zejścia po ostatnim utworze - dla Suzy każdy detal ma (i miał) znaczenie; każdy musiał tworzyć spójny rytuał. Dziewczyna słuchała uważnie poprawiając drobne szkice symboli w marginesie kart a na nich dla osoby postronnej niby nic nie znaczące spirale, kołowroty, znaki rodowe. W oczach Isalyn tliło się napięcie oraz pewien mieszający sie z tym spokój kogoś kto wiedział oraz czuł doskonale, że końcówka trasy nad którą przyszło jej pracować będzie czymś więcej niż koncertem; kiedy zapadł zmierzch hala pogrążyła sie w ciemności. ciemności; zgasły światła, publiczność ucichła tak jak cichnie się w przeczuciu czegoś niecodziennego. Nadszedł moment w którym rozbrzmiał pierwszy dźwięk (dość głęboki), zaraz za nim niski ton perkusji. Z ciemności wyłoniły się postacie w białych płótnach niosące gliniane misy z których unosiły się spirale dymu. Bylica, lawenda, jałowiec oraz inne zioła dawniej używane by prowadzić dusze przodków przez granicę światów... . Nie trzeba było długo czekać aby na scenie pojawiła się i bohaterka tej trasy - Suzy. Artystka miała twarz pokrytą gliną i popiołem a na dłoniach ślady węgla (co świadczyło o tym że ponownie sama wykonywała dla siebie makijaż). Poruszała się powoli i nieśpiesznie w rytm uderzeń, powoli jak kapłanka prowadząca obrzęd. Gdy Suzy uniosła ręce światło świec odbiło się w dymie tworząc (zaplanowany) krąg w którym zaczęło się coś rodzić - ciężar, napięcie; magia? Statystki ustawiły misy z których unosił się dym wokół niej, z czasem sam dym przesłaniał sylwetkę atystki sprawiając że powoli nikła w nim. W dymie i gęstości pojawiać zaczęły sie pierwsze utwory; wśród nich Suzanna zagrała takie jak 'Ритуальная Песня' rozpoczynający jej wystąpienie w NYC a zaraz to 'Мокош', 'Потерянный' oraz 'Заколдованный Ворон' gdzie role Rodiona zastąpił Cassius (oraz kilka innych - oraz te jakie zagrali po planowanym pojawieniu sie Daagarda). W pewnym momencie niespodziewanie melodie ucichły.. przez kilka sekund panowała cisza tak niepokojąca, że dało się słyszeć jedynie cichy syk palonych ziół. Wśród dymu pojawiać zaczęły sie zamaskowane persony przebiegające przez scene; jedna z nich pozostała na niej zdejmując maskę i ujawniając sie. dJOAjJM.jpegRonnie jako zbudzony przez performance Suzy demon wstąpił gościnnie kontynuując jej koncert. Jego pojawienie się było jak przebudzenie czegoś uśpionego? - gdzieś w tym Suzy zniknęła a widownia porwała się w utwory Setha. W trakcie samego koncertu, Ronnie utrzymał swój charakterystyczny już manieryzm śmieszka. Rzucał żartami i nawiązaniami opierając się na całym setupie trasy oraz sceny. Wykorzystał każdą okazję do pogadania z ludźmi NYC, zważając na to, że kiedyś miewał tutaj przeboje z Mindless swoim starym zespołem, głownie te, które wychodziły w trakcie grania w obskurnych pubach i garażach. Przypominał fanom śledzącym go od tego czasu jak jednego wieczora rzucali pluszowymi kaktusami (Maskotka zespołu nazwana Lil Pricky), by później przejść do zakrytej w opowieści niczym ta Suzanny, pełnej mistycyzmu i tajemnicy - a za chwilę dojść do konkluzji, że mogli nie jeść surowych gnocchi przed koncertem, bo zew ducha był nie do wytrzymania! Seth swój koncert wykończył już typowo - Firestarter wybrzmiał głośno, a zakończył się przeciągnięciem ciszy i zniknięciem w dym z którego znów wystąpiła Suzy wracając do swojej publiki jakby odpędziła wywołaną dusze. Podczas tego przystanku w New York CIty scena stała się takim szczególnym rytualnym miejscem spotkania w którym dym tańczył w spiralach, płomienie świec falowały w rytm gitar i perkusji. W tle widać było projekcje symboli w tym takie jak koliste znaki, kołowroty, krzyże słoneczne, maski. Całość przypominała obrzęd wzywania przodków a tego metaforą miało być pojawienie sie Setha z dymu (i jego zniknięcie potem w nim). Suzy została na scenie sama; po kolejnych zaplanowanych utworach w które wchodziło m. in. 'In the shadow', 'Memories of the Trip', 'New Worlds', 'Cursed Santos' jak i kilka nie wydanych kawałków... jej dłonie uniosły się w geście pożegnania. Kadzidlany dym rozstąpił się po raz ostatni pozostawiając za sobą swój zapach i ciężar. Gdy ostatni dźwięk koncertu ucichł a scena otulona była jeszcze resztkami zapachu kadzideł publiczność (naturalnie) powoli zaczęła się rozchodzić. Ci, którzy posiadali bilety premium zostali poproszeni o pozostanie - skierowani do bufetu na godzinną przerwę przed dalszą częścią. Standardowo w tym czasie hala zaczęła sie zmieniać a technicy przygasili reflektory; odsunięto barierki, przestrzeń która jeszcze przed chwilą była miejscem potężnego rytuału zamieniła się w cichy krąg 'zascenicznej' integracji artystki z częścią swoich fanów. Na podłodze ułożono wygodne dywany, wiklinowe kosze z ziołami, a do akustycznych brzmień szykował sie już sam Ricky. Świece które wcześniej otaczały scenę ustawiono między ludźmi, tak by każdy mógł poczuć tego wieczora (z odpowiednim zabezpieczeniem i rozsądkiem) ciepło ognia blisko siebie. Cassius w dłoniach trzymał mały bęben, Romy jak to Romy - gitarę, Rick dodatkowo swoją pozytywną energię. Suzy podczas zakulisowego spotkania w NYC tłumaczyła znaczenie użytych symboli podczas koncertu - bylicy, lawendy, popiołu i mis z gliny w których tliły się resztki kadzidła. Opowiadała o tym jak w wierzeniach dawnych Słowian ogień i dym były bramą między światami czy mostem dla dusz. Uczestnicy spotkania mogli dotknąć masek które wcześniej nosili tancerze, spróbować własnoręcznie ulepić swoją karaboszkę której wizerunek miał ochronić noszącego od złych bytów. W kącie sali inna statystka pokazywała jak wiązać kadzidła z suszonej lawendy, Cassius z fanami tworzył wspólny rytm na małych bębnach podłapując losowe brzmienia i wystukując melodie które być może kiedyś wykorzystają w przyszłych wydaniach... . Tego wieczora artystka siedząc otoczona garstką słuchaczy na ziemi opowiadała szczególnie wylewnie o swojej drodze i tym że muzyka to dla niej pamiętnik a koncerty tej trasy nie są tylko występami. Ricky dostrajając gitarę pod zagranie kilku akustycznych utworów z Suzanną, wspomniał o towarzyszących mu emocjach z pierwszych występów oraz o tym jak tłum potrafi nieść muzyka i jak niebezpiecznie łatwo jest zatracić się w tym wszystkim (dzielił sie przemyśleniami..). Cassius jak to starzec wspominał o zmęczeniu, ale też o katharsis' które czuje po każdym wieczorze. W tle rozmów i rękodzieła rozbrzmiewać zaczęły akustyczne wersje kilku utworów a wśród nich chociażby takie jak 'In the shadow', 'New Worlds', 'Charm' czy 'Ending'. Czas płynął swoim tempem, jakby ta chwila spotkań po koncercie należała do innego świata. Gdy zakulisowa część przystanku dobiegało już końca Suzy uniosła wzrok na zgromadzonych. W powietrzu wciąż unosił się zapach bylicy oraz ciepło wosku. W końcu po pożegnaniach którym nie było końca każde z nich (artystów) czuło że w New York City poza melodią, została część ich historii po którą zapewne będą chcieli wracać jeszcze nie raz.**

  • Philadelphia [Franklin Music Hall]

5bAjteY.gif**Po intensywnym rytualnym wieczorze w Nowym Jorku zespół wyjechał już z miasta późną nocą (w kierunku następnego przystanku). Terminal 5 mimo to zdawał się jeszcze 'stygnąć' od dźwięków bębnów i zapachu palonych ziół ... - w starym busie w drodze na lotnisko zapanowała cisza. Okna zaparowane, za nimi prawie puste późną nocą miasto rozciągało się jak oświetlona blaskiem neonów rzeka. Suzy, oparta o zagłówek siedziała na tylnej kanapie w pojeździe, jej dłonie pachniały kadzidłem i gliną jakby wciąż była częścią tamtego obrzędu (i tak samo w głowie miała pewne słowa Isalyn jakie padły w ich rozmowie). Kiedy przekroczyli granicę stanu niebo zaczynało już jaśnieć. O świcie artyści dotarli do Philadelphii miasta bardziej stonowanego niż Nowy Jork a zarazem i mniej głośnego. Franklin Music Hall wyrastała z ulic jak stalowy blok (taki bardzo) chłodny, prosty i jednocześnie gotowy przyjąć kolejne setki ludzi pod koncert w trasie jaką wykonują - nieopodal znajdował sie ich budżetowy hotelik z pokojami w których sie zabookowali.  Po krótkiej drzemce w hotelu zespół wrócił (jak zawsze podnajmowanym) busem pod halę. Na rampie stały już skrzynie z materiałami do performance. Obok? Perkusja Cassiusa, wzmacniacze Rickiego, walizki Romy, a na samym końcu skrzynia Suzy z kadzidłami...  glinianymi miskami i akcesoriami. Technicy za uporczywymi docinkami Suzy przenosili ją ostrożnie, już przez to wiedzieli że dotykają czegoś - co dla niej ma wyjątkową ważną symbolikę. Docelowo podczas tego przystanku Suzy miała wystąpić w białej, zwiewnej sukience a materiał jej lekko otulał biodra artystki; we włosy wplecione poroże przypominające rogi symbolicznej (leśnej) strażniczki granicy między światami. Biały kolor był celowy - po nowojorskiej aurze miał symbolizować oczyszczenie i wejście już na drugą stronę. Podczas prób scenicznych, przed koncertem Suzy chodziła boso po scenie omiatając dłonią powietrze tak, jakby badała jego gęstość (i być może faktycznie to robiła?). W Franklin Music Hall akustyka była wyjątkowo czysta (jak nie najlepsza ze wszystkich przystanków); każdy cichy dźwięk odbijał się mniej więcej niczym echo w grocie. Właśnie i ta akustyka, w tym miejscu.. zachęciła Suzy to zmian w performance - na spokojniejszy; o wiele niż mogło sie wydawać. Statystka gdzieś w międzyczasie ustawiła na scenie cztery gliniane misy (jak cztery kierunki świata) napełnione mieszanką jałowca i lawendy - (co wiemy) ziół używanych m. in. dawniej do oczyszczania przestrzeni i odpędzania chorób, złych snów mogących być niesionych przez istoty wędrowne. Gdy światła zgasły jak i przyszła odpowiednia pora a hala zapełniła sie już słuchaczami czy ciekawskimi personami koncertu artystki - nadszedł czas rozpoczęcia... scena rozbłysła mglistym i lekkim pulsującym co jakiś czas oświetleniem. Z głośników wydobył się cichy śpiew - dosłownie jeden głos, chwile później powtarzalny chóralnie przez kilka zatrudnionych pod koncert chórzystek. Suzy weszła na scenę spokojnym krokiem ... - w tej pierwszej (rosyjskojęzycznej) części koncertu prowadziła wystąpienie otulona dymem czysto a i niemal medytacyjnie. Dużo gestykulowała, każdy gest dłoni zdawał się wypuszczać w powietrze niewidzialne nici (nawiązując do Rodzanic). Wśród pierwszych utworów rozbrzmiały takie jak; 'Потерянный' otwierający koncert a następnie kolejne 'Мокош '. 'Род' i 'Перун' będącym ostatnim z tych rosyjskojęzycznych... w anglojęzycznej części m. in artystka zaprezentowała 'Echo of You', popularne 'Cursed Santos', 'Always & Together' i kilka innych wraz z tymi jakie podczas przebiegu trasy prezentowane są przedpremierowo (a docelowo znajdą sie na noworocznym albumie). Gdzieś w międzyczasie też w połowie koncertu rozpoczął się przygotowany wcześniej taneczno-rytualny fragment inspirowany słowiańskimi praktykami 'przebłagania dusz rodzinnych'. Na scenie pojawiły się postacie w półprzezroczystych płótnach, niosące maleńkie lampiony i szepczące słowa modlitw do Bóstw (głównie Welesa, Moreny czy Rodzanic). Ich ruchy były powolne zarazem falujące... trochę tak jakby reprezentowały dusze wędrowne, które w czasie Dziadów wracają by ogrzać się w światłach domostwa. W tym wszystkim sam dym z kadzideł unosił sie nadając gęstości powietrza i otulając persony ze sceny, Suzy pochwyciła sama jeden z lampionów dołączając do modlitwy wypowiadanej przez błądzących.**

E3Dmey3.jpeg

'Welesie mój Panie cieni i dróg ukrytych... 
otwórz ścieżkę miękką jak mech, cichą jak oddech ziemi.
Niech ci którzy wracają, odnajdą miejsce przy ogniu. *powtarzał chór chodzących postaci za Suzanną*
Mareno moja matko nocy i przemijania,
- otul tych co błądzą, srebrnym ramieniem chłodu.
Ukołysz wszystkie lęki a i odprowadź od bram burz. *powtarzał chór chodzących postaci z Suzanną*
Rodzanice, córki i strażniczki losów splecionych trzymajcie nas w niciach - a te niech nie pękają.
Nasza pamięć nie stanie się popiołem i serca pozostaną domem dla tych, co byli przed nami.
- co byli przed nami, co będą po nas, co pozostaną z nami... *dopowiedzieli półszeptem wędrownicy*
Przychodzimy bez pragnień, z światłem w dłoniach, przychodzimy za nich, i dla nich.
Wy żywi, (my żywi *przeinaczył chór*) pochylmy przed Wami głowy,
- niosąc światło dla tych, co poszli w ciemność nieznaną. *zamknęła z chórem*'

**W ostatniej części koncertu miski powoli zaczęły 'gasnąć' jedna po drugiej, światło stawało się coraz bardziej subtelne - koncert a domknięto coverem 'The Wolven Storm' z popularnej produkcji; zaraz przy końcu tego na scenę znów weszły w/w postacie z lampionami tworząc swoim ruchem coś, co mogło pozwolić artystom 'zniknąć w tłumie'. Po koncercie w przygotowanej sali do części zakulisowej panował znany nam z opowieści półmrok. Świece i lampiony ustawione w kręgu tworzyły atmosferę odpowiadającą całej trasie - dość prostą ale i intymną, lekko magiczną. Fani wchodzili w małych grupach - Suzy siedziała już na poduchach... nadal w bieli, wciąż tak samo bosonoga bez przebrania po występie. Na sali pachniało woskiem, jałowcem i chłodnym powietrzem wchodzącym przez drzwi. W tym mieście część zakulisowa opierała sie nie tyle na rękodziele (chociaż każdy mógł spleść swoje własne naturalne kadzidło) - co prostych rozmowach, słuchaniu, i wspólnym wraz z artystką śpiewaniu coverów czy jej utworów - 'po ludzku', przy piwie bez pogoni. Dyskusje raczej były spokojne i ciche, padały momenty pełne wzruszeń. Ktoś zapytał o sens jej symboli... Ktoś gdzieś o proces twórczy. czy złamane serce.... a jeszcze ktoś o strach przed występami. Inni dyskutowali z artystką o tym, jak wytrzymuje intensywność trasy. Suzy odpowiadała jakby zmęczona - wyciszona chociaż wciąż uważna. Czasem Ricky czy Romy dorzucali komentarz; a jak trzeba było to i menda zabił cisze jakimś swoim sucharem czy nic nie wnoszącą ale w jego stylu 'uroczą' ciekawostką. Po koncercie, planowanej części zakulisowej artyści udali sie do hotelu aby odświeżyć się i przygotować do lotu; niektóre z nich nawet ucięło sobie małą drzemkę. Przy wylocie na lotnisku panowała cisza. Terminal prawie pusty, oświetlony bladym i zimnym światłem. Suzy szła przodem szukając drogi, za nią reszta ciągnęła swoje walizki - powoli i bez pośpiechu, wciąż każdy z nich był myślami gdzie indziej. Artyści docelowo mieli o pierwszej w nocy samolot do Los Santos - przed nimi chwila przerwy w trasie którą każde z nich wykorzysta na swój sposób; poza Suzy... . Bohaterka tej opowieści (a przynajmniej główna bo jej poświęciłam docelowo temat) doskonale wiedziała że ten czas będzie dla niej inny; pełen napięcia ale i cieszyła sie na spotkanie z bliskimi w tym narzeczonym. W San Andreas zamiast odpoczynku czekają próby i przygotowania do finału; przegląd spraw i postępów a wraz z nimi konsultacje z Isalyn, zielarnia, dojrzenie lokalu po ponownym otwarciu czy inne obowiązki jakie ta pozostawiła w Los Santos na czas realizacji swojej trasy. Gdy samolot wzniósł się nad nocną Philadelphią jeszcze przez chwilę widzieli z góry linie miasta a potem? Chmury zasłoniły wszystko [..]. Podczas lotu noc pochłonęła ich snem - tak jakby pozwalając im odpocząć; w Los Santos wylądowali dopiero nad ranem dnia następnego. [..]. **

  • Miami [Fillmore Miami Beach]

G3L9iHw.gif**Po nocnym locie z Filadelfii samolot osiadł na pasie w Los Santos, niebo dopiero zaczynało przecierać się z granatu w błękit.. [..]. Powietrze pachniało znaną Suzannie wilgocią oceanu - chłodne jednak niosące w sobie zwiastun kalifornijskiego ciepła. Zespół wyszedł powoli z terminala wciąż zaspani i zdezorientowani po ośmiogodzinnej podróży (coś prawie) jakby między jednym miastem a drugim zgubili po drodze właściwy rytm dnia. Zasadniczo obrane dwa dni przerwy rozpłynęły się jak mgła a każdy z nich rozszedł się własnymi 'ścieżkami' próbując w krótkim czasie nadrobić tysiąc zostawionych tutaj spraw, uczuć, oddechów. Cassius większość czasu spędził w swojej dziupli majsterkując przy ulubionym samochodzie który ma już lata w tym też próbując odciąć się od wszystkiego intensywnym biciem rave. Romy zniknęła w pubie mając swój świat czy cele o których nie dzieliła czy rozmawiała z każdym. Ricky spotkał sie z partnerką która wciąż jak i narzeczony Suzy pozostawali w Los Santos - no właśnie a Suzy? Dla niej te dni nie były odpoczynkiem... bardziej częścią trasy i jakby czymś innym bo skrzyżowaniem obowiązków, spotkań i cichego, wyczekiwanego spokoju. Pierwszy dzień artystce pochłonęły przygotowania finału: spotkania z partnerami (w tym i tancerkami oraz innymi artystami), konsultacje świateł, sprawdzanie próbnych nagrań, przegląd kostiumów i rekwizytów na Paleto Bay; kolejno dogląd zielarni czy nowego lokalu po rebrandingu (starego Dead in Vinewood). Drugiego dnia Suzka pozwoliła sobie na zamknięcie sie w swoim mieszkaniu wraz z narzeczonym - a co za tym szło przygotowaniami do wylotu i dalszych przystanków na trasie koncertowej. Para chociaż na kilka godzin zniknęła 'dla świata'... uciekając od trasy, pytań, obowiązków, timleine i presji. Tego samego dnia ale już w nocy (17 listopada) ruszyli w końcu dalej wraz z pozostałymi (poza Rickym który dołączył z późniejszym lotem) na lotnisko. Tym razem Suzy nie podróżowała sama z zespołem; towarzyszył artystce jej narzeczony co jak sie później (w opowieści okazało) pomoże jej utrzymać równowagę między występami a pojawiającymi sie nagle zawirowaniami losu. Gdy artyści dolecieli do Miami miasto przywitało ich cięższym wilgotnym powietrzem. Podnajęty bus to zawsze ten sam model, lekko za głośny ale tani i sprawny zawiózł ich przez wąskie ulice miasta mijając palmy kołyszące się w intensywnych podmuchach wiatrów. Fillmore Miami Beach (po bookingu, krótkim odpoczynku) było miejscem ich wystąpienia jak i czekało już praktycznie przygotowane: oświetlone mocno ściany, reflektory i klimat który wydawał się na tyle lekki aby bez problemu unieść to wystąpienie. Wewnątrz panowały przygotowania na kolejny z koncertów jaki miał sie już niebawem odbyć [..]. Technicy ustawiali sprzęt, Cassius sprawdzał perkusje... Romy pomogła wraz z Rickym w podłączaniu wszelkich przewodów. Sama Suzy z Denisem skupiła sie na wsparciu w dopinaniu scenografii; w tym wszystkim chciała też jak najwięcej pokazać 'swojego świata' partnerowi - który zazwyczaj zna jej prace jedynie ze studia czy widząc ją od drugiej strony, tej 'przy scenie'. W związku ze zmęczeniem i charakterem miejsca Suzy zrezygnowała z pełnego i długiego rytuału wybierając subtelniejszy wstęp na swoim koncercie dla w/w. Statystki spokojnie przy rozpoczęciu miały obchodzić Suzanne niosąc lampiony; i tak nieśpiesznie spacerować zataczały krąg przez pierwszy utwór by potem zmyć się za narastającym z każdą minutą dymem z kadzideł. Właśnie wtedy, po wszystkich próbach kiedy nadeszła godzina rozpoczęcia Fillmore powoli spowiła mgła nawiewanego dymu z kadzidlanych mis, a w tych zioła jakie znamy z poprzednich przystanków. Artystka powitała publiczność po rosyjsku jak i angielsku wypowiadając słowa jednej ze swoich piosenek - w pierwszych momentach koncertu unosiła dłonie powoli rysując nimi kręgi w powietrzu... gesty które wyglądały jak zapisywanie symboli przed wpatrzoną w nią (i ciekawską co będzie dalej) publiką, tych symboli rytualnych czy ochronnych (tych co też mają na ciałach przy każdym występie, a zwłaszcza na twarzy). Podczas koncertu standardowo pojawiły sie pierw rosyjskojezyczne utwory w tym m. in. 'Стрибог', 'Мокош', 'Потерянный' oraz kilka niewydanych które ta trzyma w zapasie pod przyszłe produkcje [..]. Przechodząc do anglojęzycznego wystąpienia Suzy zeszła ze sceny, zapadła kurtyna a część zebranych myślała że to koniec - zdziwiła sie gdy po chwili oświetlenie na sali zmieniło sie na inną barwę. Przed podniesieniem kurtyny z mikrofonu rozległ sie głos Cassiusa który powtarzał chociażby słowa z pomocą megafonu 'Siostro spalona.. w południowym żarze. Córko słońca, strażniczko pól.... - Przynosimy ci popiół jako pamięć o ogniu, ziarno za zabraną obietnicę życia - nie odbieraj nam oddechu; bądź z nami, a nie przeciw nam. [.]' i mimo że słuchacze doskonale wiedzieli co za chwile nastąpi głos przy podnoszeniu kurtyny wypowiadany przez Suzy 'Zaklęte Santos' - był potwierdzeniem jakoby właśnie zaczęła sie anglojęzyczna część. Zaraz po jednej z popularniejszych piosenek jakie ostatnio ta wydała (poza niewydanymi) usłyszeć można było takie tytuły jak; 'Echo of You', 'Forbidden Tale', 'Unromantic ' czy też i 'a shout to him'. Koncert zakończył się coverem 'Nothing Else Matters' w wykonaniu Suzy, odchodząc powoli ze sceny zaśpiewała ostatnie słowa (znanej na świecie) piosenki. Część zakulisowa odbywała się docelowo gdzieś w niewielkiej sali z drewnianą podłogą i kilkoma poduchami rozrzuconymi obok siebie. Tutaj Suzy prowadziła ją sama i tym razem bez zespołu. Ricky zrezygnował z trasy zaraz po zejściu ze sceny i rozmowie z resztą grupy artystów... - po publikacji artykułu w „Celebrity Preview” który rozbił jego serce, i wiarę w ludzi. W sali unosił się zapach ziół, świec i resztek kadzidła przyniesionego przez Suzy. Fani wchodzili jak zawsze powoli... w małych grupkach. Atmosfera była spokojna a sama Suzy siedziała witając ich ciepło bardziej jak gospodyni domowego ogniska niż postać na scenie chcąca zrobić show. Podczas dzisiejszego zakulisowego spotkania dziewczyna postawiła na karaoke do jej utworów; o dziwo wiele osób sie w to zaangażowało - przy tym i dziewczyna dzieliła sie opowieściami nie tyle z kultury Słowian co historią powstania danego utworu pozwalając im poznać nieznane sekrety wydań. Nie zabrakło krótkiego koncertu otulonego akustycznym wykonaniem przez artystkę swoich kilku kawałków - w tym wszystkim otuleni ziołami i naparami mogący (goście) poznać ich smak czy właściwości.  Po zakończeniu spotkania nocne Miami pachniało jak inne przystanki jeszcze w niektórych miejscach (tym charakterystycznym) kadzidłem, część zespołu co została z Suzy wróciła do hotelu. Dziewczyna i jej narzeczony nieśpiesznie szli obok siebie w ciszy wiedząc że przed nią poszukiwanie zastępczych instrumentalistów oraz prawdopodobnie ciężka noc - zwłaszcza artystka jakby niespokojnie zatopiona w myślach o tym, co za nimi i o tym... co dopiero nadejdzie. Trasa koncertowa wchodziła już w ostatni łuk - jednak nad tym wisiało Paleto Bay i finał, który miał być nie tyle koncertem co domknięciem projektu-  a jego los zawisł właśnie na włosku.**

GOiDOdk.gif

  • Phoenix [The Van Buren]

**Lot z Miami do Phoenix zajął kilka godzin, Suzy i Cassius spędzili je raczej w ciszy wymieniając sie najważniejszymi informacjami z perkusistą (jakby podłamana i niespokojna z sytuacji która miała miejsce). Artystka przysypiała co jakiś czas opierając głowę o ramie Denisa, mimo to nie przespała więcej niż godziny pozostając nerwowa. Gdy samolot wylądował już na płycie lotniska (a zaraz za nim czekał podnajęty bus') nadszedł świt, powietrze suche i gorące niosło w sobie zapach napięcia które towarzyszyło im przy ostatnim zakręcie - dokładnie tego samego napięcia zbudowanego przez wydarzenia jakie ostatnio miały miejsce; i niespodziewane odłączenie sie od artystki ważnych filarów trasy koncertowej, w czasie jej trwania. Stary czarny van czekał już na nich przed terminalem, oblepiony kurzem z poprzednich najmów... śladami naklejek i lekkimi rysami jakby sam pojazd pamiętał wszystkie historie w których brał udział. Zaraz po szybkiej odprawie w hotelu (a w tym przygotowaniach i jakimś odpoczynku), Suzy ze składem ruszyła do The Van Buren czyli miejsca wydawać sie może w jej ocenie (ale czy faktycznie?) idealnego do stworzenia atmosfery zarówno rytualnej jak i metalowej (bo w końcu nasza bohaterka tworzy mieszając te dwa gatunki muzyki). Wnętrze hali pachniało mocnym zapachem dymu z kadzideł a technicy rozstawiali scenę dbając o każdy jej szczegół: drzewka, wiklinowe kosze, gliniane misy, gałązki jałowca i suszone kwiaty. Suzy z cierpliwością układała kadzidła wiążąc je jakby w spiralne wzory... światło reflektorów odbijało się w powyginanych metalowych ramach sali jednocześnie nadając jej niemal mistyczny charakter. Chwile przed wystąpieniem na scenę wkroczyły statystki w maskach z dębu (karaboszkach), niosąc gliniane misy z których unosił się kadzidlany dym. Spiralny ruch dymu łączył się z pulsującym brzmieniem perkusji Cassiusa a sam (zatrudniony z innymi na resztę trasy) gitarzysta prowadził spokojną niemal hipnotyczną melodie zgrywając sie z resztą osób będących na scenie pod wstęp. Koncert Suzy rozpoczął się od 'Велес ', potem kolejne utwory przeszły w płynne anglojęzyczne wybrane pozycje - wśród zagranych zebrani na hali mogli usłyszeć takie wydania jak m. in - 'Стрибог', 'Велес', 'содержание', 'Echo of You', 'Cursed Santos' i kilka innych wraz z tymi niewydanymi.  Zakulisowe spotkanie po koncercie było typowe dla trasy i znane doskonale ze wcześniejszych przystanków... mały krąg, świece, kosze z ziołami, opowieści o Słowiańskich wierzeniach i znaczeniu roślin. Suzy podczas zakulisowej części (niestety) była samotna, nie otoczona zespołem a jedynie swoją siłą przebicia - uczyła na tym przystanku ponownie tworzenia karaboszek jak i tłumaczyła różnice między prostymi dostępnymi w większości domów ziołami. Poza rękodziełem spotkanie zakulisowe dopieszczone zostało akustycznym koncertem na którym artystka zagrała swoje kilka ostatnich wydań. Nadszedł czas pożegnań, gdy wszyscy opuszczali salę na zewnątrz czekał umówiony z nią (Suzanną) narzeczony jak i SHIRO z którym dziewczyna miała sie złapać po wystąpieniu (prawdopodobnie powspominać, i omówić kilka obecnych spraw). Trójka wyruszyła do lokalnych knajp gdzie spędzili resztę wieczoru przed wylotem do Los Santos na ostatni przystanek trasy koncertowej naszej artystki [..]. **

 

 

  • USQtoOW.gifPaleto [Forest Stage]

**Przyszła pora na ostatni przystanek trasy koncertowej Suzanny - a i przy tym zamknięcie jej do końca. Po przygodach w innych miastach artystka postawiła na (jak sie potem okazało niekoniecznie) spokojne miasteczko. Po powrocie z Phoenix do Los Santos Suza wraz z narzeczonym rozpakowali sie, chwilkę odpoczęli we własnych 'czterech ścianach' - i rusz kierunek miejsce wytępienia. Forest Stage to zupełnie nowe miejsca na okolicznej 'mapie'; scena w środku lasu pod patronatem pobliskiego kempingu już czekała na dziewczynę jak i jej słuchaczy oraz osoby wspomagające ją w trasie. W terenie przygotowanym pod koncert nie zabrakło zaplecza gastronomicznego, te kolejne przypadło na Nordic Delight czy Jewish Tavern (które też przy zakupie pozycji z ich oferty, rozdawały pamiątkowe koncertowe upominki z trasy Suzy). Tak naprawdę przygotowania do finału miały już wiele wcześniej swój początek (co wiemy z poprzednich części opowieści) - mimo to, dzisiaj również nie zabrakło wyzwań przed jakimi stawała Suzanna z resztą swojego składu. W Paleto zespół który miał towarzyszyć bohaterce, tworzony był od zera - zastępczo... co już samo w sobie rodziło setki wyzwań przed nimi i finalnym efektem oczekiwanym przez (jak można sie domyślać) większość zebranych w tym punkcie osób. Artystka na samo miejsce wydarzenia zajechała wcześniej gdzie spotkała sie m. in. z tancerkami, strażniczką dróg (Isalyn) czy zastępstwem za zespół z innych miast - w tym Abigail czy SHIRO. Próby, próby i jeszcze raz próby to element pochłaniający ogrom ich pracy - te generalne przed wystąpieniem, otoczeni powoli już podpalanymi gdzieś w rogach sceny przez Suzanne kadzidłami (z ziół jakie doskonale znamy w tej historii). W momencie gdy wszystko zdawało być sie dopięte na ostatni guzik, a ochrona, medycy czy inne zaangażowane podmioty zgłosiły swoją gotowość w tym i także godzina zgadzała sie z tą podaną w plakatach - zabrzmiały pierwsze dźwięki. Podczas performance tancerki odziane w białe szaty wyszły rozpoczynając swój układ - niedługo za nimi (i do instrumentalu) dołączyła sama Suzanna nucąc melodie w której padły takie słowa jak 'Daj mi Moreno język zgniły, chce przeklinać ich życie. Niech moje kości staną się ofiarą, a moje oczy lustrem Twojej mocy. [..]' - co mocno, i z dalszą treścią nawiązywać miało do osób jakich już nie ma przy artystce. Dziewczyna niedługo po performance płynnie przeszła do kolejnej części rosyjskojęzycznych wydań - w których nie mogło zabraknąć tego z początku jej kariery 'История странника' czy innych opublikowanych w tym roku twórczości. W połowie koncertu Suzy 'wywołała na scenę' tajemniczą personę z maską na twarzy - przy wejściu nieznajomego zespół grający przy Suzannie zdjął z twarzy karaboszki (drewniane maski ochronne noszone podczas obchodów Dziadów); zaraz za nim i swoją maskę gość specjalny.  Jaden Morrow (jako special guest) pozostał z widownią pozwalając Suzannie odejść w ciszy - w tym czasie przygrywał chociażby takie swoje wydania jak 'Empty Wordsl, 'God Save Me'. Mniej więcej w połowie wystąpienia Jadena Suzy powróciła na scene, w zupełnie innej (białej z zasłoniętymi oczami) stylizacji przybierając postać zagubionej - ślepej wiedźmy. Gest zasłoniętych (przez maske z czarnych piór)  oczu miał nie tylko wpłynąć na charakteryzacje a i głębszy przekaz całej trasie - wędrowała (równie na oślep) po scenie wyszeptując przy utworach Jadena słowa rosyjskojęzycznych modlitw, takie także składała z jego utworów które obecnie śpiewał, wyłapując pojedyncze elementy danej piosenki [..]. Podpalając świece za świecą (czasami błędnie, z pomocą statystów) wciąż modliła sie jakoby o błogosławieństwo do bóstw czuwających nad nią, dokładnie tych znanych z neopogańskich wierzeń Słowian (oraz jej utworów). Charakteryzacja Suzy, jej ślepa wędrówka miała nawiązywać do przyszłości dziewczyny... czystości ale niepewności - przekazała tym jakoby sama wiedziała i nauczyła sie jak kruchy może być byt ludzki. Po odprawieniu krótkiego rytuału... w czasie gdy Jaden czarował słuchaczy, wezwaniu bóstw i okadzeniu przestrzeni Suzy powróciła ze swoimi piosenkami; w tym takimi wydaniami jak jej ulubione 'Cursed Santos' (zagrane w bis), czy 'Echo of You' - oraz tymi mającymi pojawić sie na przyszłym albumie. IB66qbB.jpegW momencie oficjalnego zakończenia koncertu artystka spaliła na oczach widowni ludową, słomianą lalke przyczepioną do statywu (na początku performance) - gest ten oznaczać miał uwolnienie i pogrzebanie zebranej energii do rogatego pana'. O samym znaku Welesa na trasie warto napomknąć - jak doskonale wiemy ten towarzyszył jej przez całą podróż (a i część prywatną życia w Santos), pojawił sie chociażby kolejny raz na rozdawanych amuletach oraz karaboszkach pozostając swoistym opiekunem Dziadów. Wspólny koncert zwieńczyło (ku zdziwieniu i śmieszkowaniu Suzy z innymi - nie wyniesienie toi toi'a na scene) zdjęcie zrobione wspólnie z osobami które znajdowały sie na wydarzeniu; a przynajmniej chętną do tego częścią. Dziewczyna potwierdziła podczas tego tym prace nad albumem, oficjalnie też zaprosiła do współpracy z nim Jadena po czym nadeszła dodatkowa (organizowana już przez Whispering Pines Camp) część wieczoru. W przypadku Paleto ten wieczór miał inny charakter, meeting zaangażowany przez odpowiednie persony odbył sie na kempingu projektu sceny [..]. Osoby odwiedzające miejsce mogły sie napoić czy zjeść coś ciepłego przy blasku wspólnego ogniska. Całość dodatkowej części miała spokojny, luźny przebieg w którym chętni mieli okazje tak samo poznać (obecną na tym oczywiście) artystkę - w tym pozadawać jej pytania, posłuchać ciekawostek z wierzeń Słowian, zaproponować nowe współprace, czy po prostu zbić 'piąteczkę' bądź spędzić czas z resztą osób (nie tylko tymi co byli na koncercie). Opowieść o projekcie 'Following the Whisper of the Ancestors' to nie tylko historia trasy koncertowej pewnej artystki z Los Santos - to znacznie więcej [..]. Historia przepełniona wzlotami, upadkami, sukcesami, czy też zwątpieniami - ta całość pokazuje nam jak ważna jest współpraca w wielkim ale wciąż małym świecie; ile znaczą przyjaźnie? Jak bardzo konflikty (czy problemy) rzutują na naszych bliskich? 'Following the Whisper of the Ancestors' tym samym stało się kolejnym osiągniętym kamieniem milowym w życiu Suzanny, zwieńczeniem jej roku (ponad) twórczości; jak i cennym doświadczeniem dzięki któremu tylko zebrała na siłach - chociaż i był w tej trasie moment, w którym ta chciała z niej zrezygnować. Przed Samą Suzy na pewno nowe wyzwania, oraz (poza albumem) Szczore Gody - i czas tych świąt które zamierza spędzić w iście słowiańskim stylu [..]. **

 

H7ILEty.jpeg

Spoiler

faOjNxr.jpegxdKc3z6.jpegOudzRWH.jpegwzj7UQ2.jpegpnEWGTR.jpeg5FPZBIr.jpegVlP4T52.jpeggo92ZLs.jpegCYXae50.jpegVNNsfhr.pngDG1isWV.jpegCNtAqwJ.jpeg6SaoP3M.jpegOqtNQFb.jpegY5I7aZ6.jpegfYs1iua.png

___________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

-> Rozgrywka i inne screeny

Spoiler
  • Ustalenia co do sceny na finał, miejsca + gospoda Jankiela KLIK
  • Rozmowa z Isalyn; przekazanie jej części obowiązków - partnerka, strażniczka ścieżki KLIK
  • BLENZ jako partner graficzny trasy koncertowej KLIK
  • Spotkanie z Isalyn, ustalenia co do finału przed wylotem Suzy KLIK
  • Organizacja gastronomii Nordic Delight na finał, przez Isalyn w imieniu Suzy KLIK
  • Organizacja przez w/w (Isalyn) tancerek dla Suzy KLIK
  • Isalyn ogarnia drugą gastronomie Tawerne Jankiela - na potrzeby finału trasy KLIK
  • Omówienie finału z Jadenem, tancerkami itd. - KLIK
  • F.inał trasy + ognicho - próby, granie (wybrane screeny wiadomo) KLIK

-> Reklama ściśle trasy

Spoiler

-> Reklama artystki/artystów z trasy/podmiotów powiązanych

Spoiler

-> Wydatki

Spoiler

-> wyżej $903.000

  • Członkowie zespołu, towarzysze na trasie - indywidualnie po wycenie zależnie od wniesionego wkładu w prace nad tematem..

-> Dane postaci

Spoiler

Imię i nazwisko postaci: Suzanna Zabadevya
Numer konta: 0019011596
Przynależność (do projektu, np. wytwórni): n/a
Imię i nazwisko menadżera: n/a
Kontrakt zawarty z menadżerem (dot. podziału zysków): n/a

(Trasa bedzie aktualizowana w głównym temacie w danym dniu i we wpisach; zapraszamy do przeczytania historii losów 'młodych artystów'.)

Menyo: @Zazi

Opowieść: @Zazi @samer @Centrolewus @kage-

Wsparcie graficzne w temacie: @ZAW

 

 

Edytowane przez Zazi
Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

2GiuG5W.gif'Na powierzchni ujrzał brodatą twarz przyglądającą mu się ciekawie.
- Kim jesteś? - zapytał.
- Zaproś mnie do swej łodzi, to ci powiem - odparł nieznajomy.
Perun pomógł mu wdrapać się do łodzi, a gdy ten usadowił się obok, rzekł:
- Ja jestem Weles.
Tak to z odbicia pierwszego boga narodził się bóg otchłani. Siedzieli w łodzi, milcząc i przyglądając się sobie z ciekawością. Weles był bardzo do Peruna podobny. Ciało miał mocne i pierś potężną, oczy bystre, ale ciemne i głębokie jak morze, z którego się wynurzył. Perun pomyślałby, że drugiego siebie stworzył z własnego odbicia, gdyby nie włos i broda przybysza, które - choć również Perunowym podobne - barwę miały zupełnie czarną. [..]'

  • Brama I - Sacramento, spotkanie z przeszłością. [Channel 24]

**Piątkowa noc; lotnisko wydawało sie dla nich być bramą w nieznane światy - niby oświetlone jak zawsze, pełne ludzi i szyb w których ich odbicia odbijały się w oczach patrzących w nie; tak jak w starych pamiętających wszystko lustrach. Suzy oczekując na resztę siedziała przy wynajętym busie. Pierwszą osobą która dotarła za nią na miejsce ich zbiórki był Ricky - włosy rozczochrane miał we wszystkie strony świata, przysiadł obok Suzy bez słowa - sam oddając sie tej trwającej chwili przemyśleń - bo co tak właściwie czeka zespół podczas trasy? Chwilę później dołączyła reszta składu z którym Suzanna miała spędzić dwa tygodnie poza Los Santos, swoim domem i z dala od narzeczonego. Kiedy samolot dotknął płyty lotniska w Sacramento niebo miało już kolor palonej aromatycznej kawy. W powietrzu czuć było znane, niezmienne ciepło Kalifornii - tak właśnie też zawitali do miasta z którego uciekli niegdyś Ricky i Romy. Na parkingu czekał stary, czarny van (wypożyczony na potrzeby pobytu w mieście); bus nosił jeszcze ślady poprzednich tras innych artystów którym udało sie bądź też nie powybijać a łączyło ich tak samo jak tych teraz cel i pragnienie osiągnięcia sukcesu. Na pojeździe widoczne były liczne zadrapania, resztki taśmy i innych pozostawionych mniej istotnych przedmiotów. Szybki booking hotelu, chwila odpoczynku i kierunek pierwsza z hal w której odbywać miał się koncert trasy Suzanny.  W drodze do Channel 24 Cassius zapuścił starą kasetę z rosyjską pieśnią ludową, a Romy niekoniecznie rozumiejąc co ten chciał tym zyskać spojrzała na niego jak ostatniego idiote.

Ricky siedział przy oknie obserwując krajobraz, znał te miejsca pamięć: most, pusty skatepark, zrujnowane stacje benzynowe. - Myślisz, że ktoś jeszcze nas tu pamięta? - zapytała Romy widząc jak jej brat obserwuje zza szyby stare dobrze znane im miejsca. Chłopak krótko dopowiedział swoje tak jakby czymś zmartwiony. Hala koncertowa była średniej wielkości - sama Suzy nie celowała w wielkie przestrzenie, nie będąc pewna jakim zainteresowaniem cieszyć będzie sie trasa. Na scenie już leżały gałązki lipy i skrawki mchu; artystka bardzo chciała by wszystko pachniało lasem i ogniem - niezmiennie podtrzymując klimat swoich koncertów. Technicy krzątali się w panującym półmroku, makijażystki rozstawiały stoły z misami pełnymi gliny, popiołu i węgla drzewnego przygotowując artystów do wystąpienia - na ich twarzach malowane zaczęły być znaki ochronne i symbole rytualne a gdy już wszystko było gotowe zapadła cisza; zgasły światła a artyści? Udali się po podświetlonej przejściem podłodze w kierunku sceny [..]. Z głośników zaczyna wybrzmiewać powoli pierwszy dźwięk, instrumenty podgrywają zgodnie ze wcześniejszym planem. Suzy otwarła koncert spokojną melodią, kompozycją znaną z jej pierwszej EP 'Suzy & Anna' będącą jednocześnie hołdem dla jej zmarłej matki. Im dłużej w czasie i głośniej na sile przygrywała melodia tym przechadzające sie wtedy po scenie, odziane w białe lniane szaty statystki zapalały co raz to więcej świec otwierając symbolicznie (co wiemy z koncertów Suzanny) rytualną granice między światem zmarłych a żywych.**

'Ciemno wszędzie, głucho wszędzie…
…a jednak jestem, jednak coś będzie [..] .'

**Podczas koncertu Suzy zaprezentowała takie utwory jak chociażby 'Мокош', 'История странника' który był jej pierwszym oficjalnym wydaniem czy 'Цветок Папоротника' w którym refren przedstawiała w wersji anglojęzycznej. Zespół po zagraniu tych pozycji i zbudowaniu magicznej atmosfery zmienił swój 'bieg' wchodząc w kawałki anglojęzyczne (w tym ostatnio wydane) Suzanny. W połowie któregoś utworu kilku mężczyzn z końca sali zaczęło wykrzykiwać coś o 'dziwactwach' i 'szatańskich symbolach'. Ricky zastygł jakby znał doskonale ten głos i twarze, już przez moment wydawać by sie mogło że magia miejsca pęknie tworząc wielką porażkę i niespodziewanie zadziało sie coś magicznego. Osoby na swój sposób zauroczone twórczością Suzy (a może i jej po prostu ciekawe) zareagowały same... rytmiczne oklaski, wspólny śpiew. Dziesiątki rąk zaczęły tworzyć wspólny dźwięk podbijając w duchu artystkę którą znali doskonale z jej streamingów i wydań.  Ludzie z ochrony dopiero po chwili dotarli na miejsce, chociaż już nie mieli co robić a intruzi wycofali się przytłoczeni przez falę poparcia. Koncert dobiegł końca, padły podziękowania - opadać zaczęła również z artystów adrenalina - po niewielkim bisie w którym zagrała m. in. 'Cursed Santos'; 'Echo of You' oraz autorskie przedsmakowe wydania z docelowo grudniowego albumu Suzy zeszła pierwsza ze sceny. Na backstage’u słychać było doskonale jeszcze głośne echo rozmów osób zbierających się powoli z sali. Romy zaniepokojona reakcją Suzy podeszła za nią, wyjęła z kieszeni paczkę papierosów częstując jednym artystkę; chłodny powiew wiatru uspokajał siedzącą gdzieś z boku Suzannę - krótką rozmowę między nimi przerwał Cassius przypominający że za godzinę część zakulisowa po czym wraz z Rickym pomogli w przygotowaniach aby kobiety mogły na spokojnie dokończyć rozmowę. Minęła mniej więcej godzina - w półmroku sali została tylko garstka fanów którzy zakupili bilet na dalszą część trasy, tą 'zakulisową'. Na scenie niezmiennie gościł dywan z ziół i wiklinowe kosze pełne wosku, sznurków i koralików jakie mogliby wykorzystać na dzisiejszym spotkaniu. Suzy z pomocą Romy uczyły ludzi tworzyć karaboszki a artystka opowiadała o swojej kulturze, Dziadach i znaczeniu masek; Ricky dostrajał ze spokojem po pierwszym koncercie gitare... - właśnie po to aby przygrać akustycznie kilka utworów Suzanny. Samo spotkanie zakulisowe przebiegło w ciepłej atmosferze, pełnej śmiechów i uwagi oraz zaangażowania... i gdy zespół wracał już do busa by zajechać w kierunku hotelu zauważyli jak część odchodzących gości w oddali wspólnie rozpala otrzymane od artystki kadzidło. Dym unosił się w kształcie spirali - mniej więcej właśnie jak znak Roda i pieczęć skończonego rytuału. Pierwszy koncert trasy dobiegł końca, wtedy też coś się obudziło w sercu Suzanny - być może wiara w siebie? Bogatsi w nowe doświadczenie wspólnie poczęli przygotowania do drugiego przystanku w 'Following the Whisper of the Ancestors'.**

Edytowane przez Zazi
Vigdis, Vesa, ixenea i 21 innych lubią to
Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

m5q9fND.gif'[..] Tymczasem głęboko pod ziemią, tam gdzie sięgały korzenie Wielkiego Dębu, Weles miotał się ze złości i przeklinał Peruna. Nie żałował tego że ziemia staje się piękna, i pozwalał wodzie użyźniać glebę. Nie mógł jednak znieść, że wysłannik Peruna panoszy się na niebie, oświetlając ziemię słonecznym blaskiem.
- Przecież ziemia należy także do mnie! - syczał. - Dlaczego to Perunowi przypada cała władza nad nią? Jeśli więc jego poplecznik może panować nad dniem i nocą, niechże i mój syn ma udział w tej władzy.

Nie zastanawiając się dłużej, stanął nad brzegiem podziemnej rzeki, która opływała tę mroczną krainę, rozkazał wiecznej wodzie aby wydała z siebie jego syna. Fale wzburzyły się i wyszedł z nich posępny mężczyzna o tajemniczym spojrzeniu. Twarz jego była okrągła i blada. Spowity był mgłą, od całej postaci bił srebrzysty blask. Weles był dumny ze swojego syna.
- Ruszaj prędko na nieboskłon - rozkazał - i podążaj za szczytem Dadźboga krok w krok. [..]' 

  • Brama II - Seattle, krocząc w nieznanym.. [Showbox SoDo]

**Lot z Sacramento do Seattle nie należał do najdłuższych ale sam w sobie (jak możemy przypuszczać) był wystarczająco długi by Suzy zdążyła zebrać myśli przed kolejnym przystankiem. Za oknem samolotu chmury układały się w bujne i gęste fale, światło południa odbijało się ukradkiem w przebłyskach gdzieś na skrzydłach jak na tafli lodu. Siedząca obok Suzy Romy notowała w telefonie kilka zdań - kątem oka Suzanna dostrzec mogła że było to coś między tekstem piosenki a pamiętnikiem? Ricky zasnął trzymając w dłoniach pleciony z rzemienia amulet który dostał od jednej z młodych fanek po koncercie w Sacramento wraz z wymianą doświadczeń co do gry przy innych artystach - i czyżby miasto którego sie tak obawiał, okazało sie tym w którym narodziło sie coś więcej w samoocenie gitarzysty? Cassius jak to Cassius - ku pozoru najbardziej ostrożny przeglądał setlistę na wieczór podkreślając momenty w których miały włączyć się dodatkowe światła czy inne zaplanowane efekty. Kiedy samolot dotknął płyty lotniska w Seattle powietrze przywitało ich wilgocią.. specyficznym, słonym zapachem wiatru od zatoki. Miasto tonęło tego dnia w delikatnej mgle a szare niebo przeglądało się w szybach terminalu jak w wodzie - niezmiennie na parkingu czekał na nich van który i tam stał sie ich sposobem transportu. Po krótkim postoju w budżetowym ekonomicznym hotelu i szybkim prysznicu zespół ruszył w kierunku Showbox SoDo - długoletniej hali koncertowej w dzielnicy przemysłowej, tam już konstrukcje kontrastowały z plakatami obecnych większych czy też mniejszych artystów. Miejsce miało w sobie coś z jaskini muzycznej której wnętrze pozwalało na zbudowanie zaskakującego klimatu [..]. Suzy siedząc przy lustrze i szykując sie do koncertu wraz z resztą składu wyjęła z torby woreczek z suszonymi ziołami (tymi samymi które zna doskonale chociażby ze swojej zielarni)  wśród nich bylica, dziewanna i jałowiec. **

'Zagrajmy dla tych, którzy byli przed nami a i będą po nas? Niech dzisiejszy dym otworzy nam nową drogę... '

**Gdzieś w chaosie całej organizacji wystąpienia technicy ustawili na scenie niskie pnie, podłogę wyścielała sztuczna roślinność z domieszką zboża, ozdobnie dostawiono na scenie kosze zboża i wiązanek świeżych ziół. W Seattle wokół sceny zawisły dziesiątki maleńkich dzwoneczków poruszanych wiatrem czy ruchem publiczności, a te pośród wielu innych przygotowanych akcentów miały symbolizować obecność duchów przodków. Kiedy zgasły światła rozmowy na sali jakby ciekawsko ustały, w tle muzyka oraz pojedyncze uderzenia w bębny perkusji podbijające napięcie - scena zanurzyła się w półmroku oświetlona jedynie blaskiem świec. Suzy wychodząc stanęła przy starym stole nakrytym lnianym obrusem. Za nią dwie modelki i zespół z którym zagościła w miejscu jakie miało stać się ich wystąpieniem z muzyką którą tworzy artystka.**
 
'W miejscu... gdzie ogień spotyka wodę ich dusze wracają.
Gdzie dym tańczy nad ziemią - rodzi się pamięć.
Przychodźcie, przodkowie... przyjdźcie Dziadowie.'

**Podczas wypowiadania w/w słów od stołu powoli odchodzić zaczęły statystki w maskach z dębowej kory (karaboszki), spokojnie i nieśpiesznie rozsypywały pod swoje bose stopy pył po podpalanej bylicy - zioła 'Dziadów' używanego do oczyszczania i odprawiania dusz a dzwoneczki? Powoli wchodziły w ruch... . Artystka podczas koncertu wraz z zespołem zagrała 'Ритуальная Песня', 'Род', 'Перун ' i 'Марена' w którym drugi wokal należał do Cassiusa; chwile później przeszli pod anglojęzyczną twórczość przedstawiając m. in. 'In the shadow' oraz 'Echo of You'. W końcówce koncertu Suzanna zapaliła trzy świece symbolizujące sobą trzy światy: żywych, umarłych oraz bogów - pozwalając im dogasnąć po bisie z niewydanych (w większości anglojęzycznych) kawałków podziękowała zebranym za uczestnictwo w koncercie. Nadszedł moment kiedy muzyka ucichła jak i wypaliły się w brzmieniach bisu świecie, to był właśnie moment pożegnania - (metaforycznie) jak w dawnych Dziadach gdy  gaszono ogień i żegnano duchy prosząc aby wróciły tam skąd przyszły. Po koncercie w półmroku sceny zebrała się mała grupa fanów prowadzona przez pracowników technicznych do innej części hali - Ci  którzy wykupili bilet na 'część zakulisową'. Na mniejszej drugiej scenie czekały już kosze z ziołami: bylica, lawenda i jałowiec. Uczestnicy podczas spotkania z artystką tym razem splatali ziołowe kadzidła łącząc je lnianymi sznurkami przy opowieściach Suzanny o kulturze Słowian i znaczeniu ziół w obchodach Dziadów. Cassius przygrywał cicho na perkusji, Ricky stroił gitarę a Romy znikła w cieniu. Akustycznie przygrano takie utwory jak chociażby 'Echo of You', 'a shout to him' czy 'Charm' - dziewczyna chętnie również podzieliła się swoimi wskazówkami co do postępów i ćwiczeń nad wokalem które sama stosuje bądź wyniosła z zajęć muzycznych; nie zabrakło też utworów nad którymi zespół jakoby dopiero pracował a te pojawić sie mają z końcem roku w najnowszym albumie. W pewnym momencie Suzy zapaliła jedno z kadzideł którego dym uniósł się w spiralnym kształcie. Dym tańczył w powietrzu jak wybudzony zaspany jeszcze duch, wśród ludzi zaległa cisza której nikt nie śmiał przerwać - Suzy podczas wspólnych warsztatów pozwalających ją bliżej poznać wyszła z kolejną przypowiastką. Kiedy ostatni uczestnik wychodził z sali, dym wciąż wił się w powietrzu - chociaż dla wielu był to nic nie znaczący ruch, artystka patrząc na niego wiedziała doskonale że trasa którą rozpoczęła - przyniesie na swej drodze ważne dla niej doświadczenia.**

Edytowane przez Zazi
Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Zb1rdRi.gif'[..] Stała w wodzie aż po biodra. Długie jasne włosy opadały falą spod wianka na smukłe ramiona. W ręku trzymała kwiat nenufaru, który podniosła do twarzy, upajając się zapachem. Na brzegu leżała jej szata, jasna i cienka niby sieć pajęcza. Zaciekawiony Perun podszedł bliżej. Bogini odwróciła się, a jego oczom ukazała się piękna jasna twarz o delikatnych rysach. Miała duże oczy i pełne usta, tak czerwone, że Perun był prawie pewien, iż zabarwiła je sokiem malin. Jej kształtne jędrne piersi zafalowały, kiedy ruszyła w stronę brzegu. Perun nie mógł zrozumieć, jaką mocą ta istota wprawia go w tak ogromny zachwyt.
- Czy to ty sprawiasz, że las żyje i rodzą się w nim zwierzęta? - zapytał Perun, kiedy nieznajoma znalazła się obok niego.
- Ja jestem życiem - odparła tajemniczo nieznana mu bogini.
Wcale nie bała się boga błyskawic, który był przekonany, że na jego widok piękna istota ucieknie. Wręcz przeciwnie, naga bogini przyglądała mu się z ciekawością. Potem dotknęła jego twarzy, ramion i szerokiej piersi. Perun objął ją silnym ramieniem i złączyli się w pocałunku. Legli na wilgotną trawę i pieszcząc swoje ciała, oddawali się nieznanym nawet bogom dotąd rozkoszom. [..]'

  • Brama III Chicago, w łasce nici Rodzanic. [Radius Chicago]

**Artyści ochoczo skorzystali z dnia wolnego miedzy kolejnym planowanym przystankiem trasy koncertowej - a każde z nich spędziło (tym razem) te chwile na swój sposób. Cassius wraz z Romy zwiedzali lokalne knajpki, Ricky wraz z Suzy pracował nad swoim nowym kawałkiem a później większość wieczoru (tak samo) oddali swoim bliskim @ixenea @Kituss. Nadeszła pora dalszej podróży przez zaplanowaną trasę a po Seattle przyszła pora na Chicago czyli trzeci przystanek w projekcie; miasto o stalowym sercu i historii zapisanej w dźwiękach. Zespół przyleciał już wczesnym rankiem, (niektórzy pewnie skacowani..) zmęczeni ale pełni oczekiwania co do kolejnego swojego wystąpienia czy nowych twarzy jakie przyjdzie im poznać. Na lotnisku powitało czwórkę ostre światło poranka i nadzwyczajny chłód który różnił się od ciepłego powietrza Kalifornii. Wypożyczony jak zawsze czarny bus czekał przed terminalem - oblepiony kurzem i naklejkami z poprzednich tras koncertowych innych muzyków. Suzy usiadła tym razem przy oknie obserwując jak miasto rośnie z każdym pokonanym kilometrem a niebieskoszare wieżowce odbijają się w wodach jeziora Michigan; tradycyjnie szybkie przygotowania w budżetowym hoteli nieopodal miejsca koncertu i kierunek zaplanowane wydarzenie. Hala koncertowa w której dziś mieli zagrać to Radius Chicago - ta mieściła się w przemysłowej części miasta, w miejscu dawnej fabryki stali. Wysokie sklepienia, surowe ściany i chłód betonu tworzyły przestrzeń w której echo potrafiło zniekształcić każdy dźwięk. Technicy od początku wiedzieli że akustyka tego miejsca jak zawsze będzie wyzwaniem, mimo to pracowano nad nią do ostatniego momentu. Podczas prób pojawiły się zakłócenia - chociażby metaliczne sprzężenia, szumy, a raz nawet krótkie przeciążenie systemu które uśpiło wzmacniacze. We właściwym momencie po przygotowaniu wszystkich jak i wszystkiego pod wystąpienie przyszła pora na otworzenie bramek, hala napełniła się ludźmi. Ciepłe światła świec przy scenie, powoli unoszący sie dym kadzideł, i reflektory które ślepo ruchem odbijały się od stalowych belek - na scenie pachniało już palonym jałowcem i mchem; u artystów nie brakowało tradycyjnego dla Suzanny makijażu pełnego Słowiańskiej symboliki i znaków. Performance Suzanny w Chicago nawiązywał do Dziadów jesiennych nie tyle rekonstrukcji samego obrzędu, ile jego współczesnego echa. Na początku koncertu światła zgasły.. przez kilka minut słychać było tylko dźwięk dzwoneczków i szmer bosych kroków.. statystki w białych sukniach rozstawiały na scenie gliniane naczynia w których tliły się kolejne kadzidła z bylicy, dziewanny i szałwii. Z głośników popłynął ciężki dźwięk gitary, niespodziewanie i nagle - mniej więcej  jak zgrzyt żelaza po kamieniu którego nikt sie nie spodziewał? Za zgrzytem kolejne, kolejne, pierwsze uderzenia perkusji... aż na tle rytmu jednego ze swoich rosyjskojęzycznych utworów Suzy wyszła ze światła; twarz miała pokrytą gliną, włosy splecione w długi warkocz. W dłoniach artystka trzymała niewielkie naczynie z którego unosił się dym a zarazem żywy wśród zebranych są obecnością symbol ognia - co w noc Dziadów miał prowadzić dusze wędrowców do domu. Właściwy koncert rozpoczął się od melodii nakierowanych w rosyjskich utworach (nim przeszli na angielskie kawałki) wchodząc nieśpiesznie w coraz cięższe i metalowe motywy. Początek rozpoczynał utwór 'колыбельная' znany jako wydana 'kołysanka' z początków kariery Suzanny; kolejno usłyszeć można było takie klasyki jak 'Хоровод' który Suzy często gra na swoich koncertach, 'Ночь Купалы' oraz 'Мокош' - po zagraniu kilku rosyjskojęzycznych utworów przyszła pora na anglojęzyczne pozycje zaczynając te chociażby od 'Cursed Santos' idąc przez 'Always & Together' i 'Forbidden Tale' (jak doskonale co wiemy) wywodzą sie spod WIMI NEXT STAR. Każdy utwór zagrany był z improwizacją muzyków podczas powtarzających sie niestety czasami zakłóceń, potraktowany jak rozdział ciągle pisanej na trasie opowieści o pamięci, ogniu i przodkach którzy nadal czuwają przy Suzy w jej karierze. W unoszącym sie po sali dymie z kadzideł można było dostrzec cienie i ruch ludzi, i chociaż to naturalne - dla artystów ze sceny widok mógł przypominać jakby duchy poruszały się w rytm muzyki. Po wszystkim, gdy hala opustoszała odbyła się planowo część zakulisowa czyli spotkanie dla nielicznych posiadaczy biletów 'One Step Beyond'. W panującym półmroku na scenie oświetlonej tylko świecami Suzy tym razem samotnie (nie wiedząc czemu) tłumaczyła znaczenie roślin używanych w rytuałach Dziadów. Bylica dla ochrony, dziewanna dla odwagi, piołun dla mądrości. Zebrani siedząc w kręgu tworzyli własne kadzidła z tych samych ziół które wcześniej paliły się na scenie. Dziewczyna między opowieściami przygrywała akustycznie swoje utwory - między innymi zagrała dla swoich słuchaczy ponownie 'Ночь Купалы', ale też dodatkowo  'Потерянный' i kilka anglojęzycznych w tym - 'Cursed Santos' gdzie chętnie refren wraz z innymi (jak to już ma w zwyczaju) akcentowała. Wieczór zakończył się dość cicho a poprzedni spędzony dobrze dzień wolny wydawać sie mógł dla nim zbawieniem w trasie. Późnym wieczorem nad Chicago zapadła mgła, zespół spakowany już w busa po pożegnaniu i wymianie nowych kontaktów odjechał spod hali zostawiając za sobą zapach kadzideł i ślad ich utworów; na jednej ze ścian garderoby pojawił sie schowany ich podpis cyrylicą z rosyjskojęzycznym przekazem w tłumaczeniu 'A gdy już tu dotarłeś, teraz Ty wspomnij nas i podążaj dalej śladem przodków...'. Gdzieś wśród ulic i pustych magazynów zapach niósł się jeszcze przez chwilę - mniej więcej jak 'coś' budzące sie w nas po rytuale który miał trwać tylko jeden wieczór... a jednak został w ludziach dłużej niż wszystkie dźwięki razem. Kolejny przystanek? Cleveland - i to, co przyniesie im jutro [..].**

Edytowane przez Zazi
Vigdis, Meph, Kondor i 14 innych lubią to
Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

i4XzGIY.gif'[..] Dadźbóg wlókł się po nieboskłonie i gładząc swój pokaźny brzuch, mruczał:
- To się udał Perunowi gagatek, hula po niebie jak sam żmij.
Ale młody bożek, mimo skłonności do swawoli, przypatrywał się bacznie swemu opiekunowi i wiele się uczył. Zapragnął również rozdawać dobro. Nie miał jednak żadnego bogactwa. Dadźbóg, widząc jego smutek, poradził mu, aby udał się do swej matki. Nie czekając ani chwili, syn Peruna sfrunął z nieba, zawirował między pniami drzew i wzniósł się ponad lasy, aż powietrze zaświszczało w gałęziach. Kiedy dotarł do Mokoszy, ta przywitała go z radością.
- Witaj, mój synu, czy sprzykrzyło ci się mieszkanie na niebiosach?
- Ach, matko, cudownie jest fruwać i hulać po niebie - odrzekł za smutkiem.
- Więc cóż cię trapi?
- Nie mam słonecznego szczytu jak Dadźbóg ani Perunowej błyskawicy, nic światu dać nie mogę.
Mokosz wzruszyła się słowami syna. Nie poszło na marne wychowanie u Dadźboga, bo młodzik miał - jak jego nauczyciel - usposobienie pogodne i chciał się dzielić tym, co najlepsze.
- Popatrz, mój kochany, wokół siebie. Tyle tu pięknych roślin, a nie ma ich kto roznieść po świecie.

Bożek rozejrzał się i aż zawirował z radości. Po ojcu przejął zamiłowanie do nieba, a piękno przyrody pokochał jak matka. Tak oto zerwał się z miejsca i roznosił nasiona i pyłki po całej ziemi. Wszędzie było go pełno. To czesał trawiaste stepy, to znów gwizdał w dąbrowach, aby za chwilę huczeć w skalnych jaskiniach. A gdzie się udał, tam zanosił coś nowego. Przerzucał z miejsca na miejsce wszystko, co zdołał udźwignąć. Dadźbóg, patrząc z góry na wychowanka, brał się pod boki ze śmiechu i klaskał w tłuste dłonie z uciechy. Młodego, wiecznie zabieganego boga zaczęto nazywać Strzybogiem. [..]'

  • Brama IV Cleveland, pochłonięci dymem i historią. [House of Blues]

**Lot z Chicago do Cleveland całemu składowi minął wyjątkowo spokojnie. Strumień światła wpadający przez okno samolotu tworzył na dłoni Suzanny losowe kształty przypominające ochronne znaki i jakby przypadek znowu igrał z symboliką... w którą i tak nikt już nie wierzył (poza nią samą). Pod samolotem przesuwały się tafle jezior od których odbijało się chłodnawe słońce Ohio. Ricky przeglądał zapisane na kartkach improwizacje gitarowe, Cassius z słuchawkami na uszach notował tempo nowych partii perkusyjnych chcąc się popisać a Romy? No cóż... po prostu ucięła komara i pierwszy raz od tygodni wyglądała naprawdę spokojnie. Na lotnisku przywitał ich wilgotny zapach zbliżającego się deszczu. Miasto wydawać sie można mniejsze od Chicago miało w sobie podobny do Los Santos spokój który po trzech intensywnych (oraz pełnym jak wiemy zawirowań) koncertach wydawał się niemal zbawieniem. Wypożyczony busik jak zawsze stary i wysłużony (w myśl tani a sprawny), z trzaskiem zamykał drzwi jakby sam chciał powiedzieć im że w trasie każdy zbiera swoje blizny. Przez okna przechadzały sie wraz z drogą szyldy knajp, starych hoteli i neony aż w końcu pojawiła się fasada House of Blues a wraz z nią ciepłe światło z wnętrza, drewniane belki i ściany pokryte plakatami po dawnych występach. Hotel który zabookowała Suzanna znajdował sie kilka uliczek dalej, żadne z nich więc nie miało problemu ze szybkim dostaniem sie na wystąpienie - tradycyjnie rozpakowanie manatków i pora na przygotowanie sie pod kolejny występ. Wewnątrz hali już panował znany im półmrok; technicy rozstawiali sprzęt a w powietrzu unosił się zapach przygotowanych do występu kadzideł i dębowej kory. Scenografia była znów swoimi akcentami oparta o motywy słowiańskich rytuałów (co pozostanie niezmienne w całej trasie sądząc po Suzy). Na scenie pojawiły się w tle plecione wieńce, drewniane maski i rozrzucone po podłodze pędy suszonego jałowca. Za sceną ustawiono gliniane misy z wodą do których co jakiś czas dodawano garść soli i kilka liści dębu w przygotowaniach przed występem Suzy (i zgodnie z niewiadome skąd jej poleceniem). Zanim rozpoczęto występ, Suzy wyszła na moment zza kurtyny ciekawsko spoglądając po nowych twarzach - wiedziała że trasa która trwa jest jej szansą na pokazanie sie tym którzy niekoniecznie znają ją z codziennego życia w Los Santos. Zgasły światła, dźwięk dzwoneczków zapowiedział rozpoczęcie 'rytuału' a na scenę wkroczyły statystki w maskach z dębowej kory, niosąc w dłoniach gliniane dzbany rozstawiały je wokół Suzy. Koncert rozpoczął sie spokojnie, statystki obchodząc Suzanne tanecznym krokiem jakby budziły całość do życia; przywoływały przodków - lada moment przedstawiane zostały pierwsze utwory. Tym razem Suzy zaczęła koncert od 'Ритуальная Песня' podkreślając tym samym że bedzie to głośniejszy i agresywniejszy jej punkt trasy - wraz z dźwiękiem rozległ sie jej gardłowy i rozpaczliwy krzyk nakazujący powstać (ale komu, zmarłym?). Utwór rozpoczęła w anglojęzycznej zwrotce aby każdy zrozumiał jej przekaz a słowa**

'Bogowie wielcy, przodkowie nasi miejcie śpiewających w swojej opiece. 

Płomień święty wznosi się w góre - hey wysoko aż po nieba kres.

Bogowie wielcy ześlijcie łaskę na swój lud, by w dostatku wiecznie żył.

Niech chleb i miód Wam niosą na cześć, wola wasza prowadzi przez wieki nas. [..]' 

**stały sie rozpoczęciem kolejnych scenicznych rytuałów. Jako następne zagrano 'Мокош' oraz 'Цветок Папоротника' dopiero po krótkiej przerwie w której Suzy przeniosła dzbany na kraniec sceny przeszli do w pełni anglojęzycznej części koncertu - nie zabrakło w niej takich kawałków jak 'Cursed Santos'; 'Always & Together'; 'Ending' czy 'Unromantic'. Podczas koncertu brzmienie z utworu na utwór stawało się coraz cięższe a gitara Ricky’ego wzbudzała wiele emocji; osoby przy scenie udawały jakoby naśladowały jego ruchy i Romy, perkusja przeplatając brzmienie z nimi niosła się echem po całej sali. W jednej z pieśni artystka rozrzucała po scenie ziarna zbóż (co znamy już z innych koncertów jak i symbolike tego) które przy blasku reflektorów wyglądały jak iskry. Publiczność śledziła wszystko każdy ich ruch, wciągnięta w rytuał który wtedy? Wydawał się trwać poza czasem. Po krótkiej przerwie rozpoczęła się zakulisowa część „One Step Beyond”. Przygotowane do tego wnętrze sali (już po koncercie) oświetlały tylko świece i kilka lamp z matowego szkła. Wokół sceny ułożono krąg z gałązek dębu i wiklinowych koszy. Suzy siedziała pośrodku wraz z resztą zespołu tłumacząc uczestnikom znaczenie karaboszek, masek które dawniej miały chronić człowieka w czasie Dziadów. W tle przygrywano utwory Suzy akustycznie; ale i nie tylko - bo również covery w tym takich pieśni ludowych; rozpalono delikatne kadzidła dzięki czemu zapach jałowca i lawendy unosił sie dodając nastrojowej atmosfery. W rozmowach artyści chętnie opowiadali o sobie, Suzy jak zaczarowana o kulturze i tym co widzi w muzyce. Wśród pytań padały chociażby takie jak:**
- Ricky! Jak Ci sie współpracuje z Suzanną? Co na obecnie jest dla Ciebie największym wyzwaniem podczas gry w zespole? 
- Bardzo dobrze. W zasadzie to ona wyciągnęła do mnie rękę i namówiła do tego abym zaczął tworzyć coś swojego *zerknal na nia "pogardliwo żartobliwie"* wiedźma... A wyzwania nie ma. Początkowo było w postaci dostosowania się do stylu Suzy, ale teraz jest z górki.
- Opowiedz... Jakie odczucia niesiesz za sobą po koncercie w Sacramento? To Twoje rodzinne miasto prawda?
- Sacramento dobrze nie wspominam, ale koncert był jedną z niewielu dobrych rzeczy które będę wspominać. Sacramento dla mnie to masa złych wspomnień, które przeważają nad tymi dobrymi. Nie chcę do końca o nich mówić, i nie wiem czy ten występ odczarował moje postrzeganie tego miasta... Ale, było i minęło. Teraz jestem w innym punkcie swojego życia by się tym przejmować.

- Romy...? Często wydajesz się najbardziej skupiona ze wszystkich... Co myślisz tuż przed wyjściem na scenę?
- No słuchaj... myślę że jak nie zepne pośladków to będzie katastrofa. Scena niby to samo, ale ludzie różni. A co myślę? Jak chodzić żeby nie zaliczyć gleby. 
- Hey powiedz nam! Jak to jest dzielić trasę z bratem? To wsparcie czy czasem dodatkowe wyzwanie?
- Dzielić trasę z bratem zaufajcie mi... jest różnie. Kiedyś mu oddam za podkradanie paletki!

- Cassius? Jak wygląda Twoja codzienność w trasie? Jakbyś miał powiedzieć... to jesteś tym, który dba o organizację czy raczej pozwalasz by leciało wszystko na żywioł?
- U nas wszystko jak na razie idzie swoim tempem, bo co ma być to będzie. Mimo to jednak, gdy gdzieś coś podupada to staram się pomóc - po to jednak jakoś jest zespół i wzajemne wsparcie?

 - Suzy czy jest jakiś utwór którego nie zagrasz nigdy wiecej ponownie?
- Myślę że nie ma, chociaż jest kilka które staram sie grać całkiem rzadko; głównie przez to że zamknęłam w nich pewną opowieść - a za nią mase emocji, niekoniecznie przyjemnych po czasie.
- Interesuje mnie... skąd wzięłaś pomysł by łączyć metal z folklorem i tematyką słowiańską? 
- Kultura Słowian to kultura moich przodków, i mimo bycia na obczyźnie chce wciąż z nią być silnie związana. Metal? Przypomina mi okres buntu, i chociaż jest za mną - pokazał mi że czasami lepiej wykrzyczeć niż wyszeptać o!

**Po ostatnich pytaniach i śmiechach (tym razem sie mendzie udało) sucharów Cassiusa które powoli przycichły, w sali zapadała cisza przemyśleń - w niej świece migotały a ich płomienie odbijały się w spojrzeniach  jak wspomnienia z innego czasu. Dym z jałowca i lawendy unosił się miękko wirując w powietrzu w rytm cichych akustycznych dźwięków, które jeszcze przez chwilę dopełniały przestrzeń. Suzy odłożyła gitarę jakby zamykała nie tylko instrument a cały rytuał. Chwile później po pożegnaniu zespół pomógł w porządkach na sali nawiązując przy tym nowe kontakty i przyjaźnie z osobami które z nimi współpracowali; Ricky w milczeniu wpatrywał się w maskę pozostawioną przez jedną z osób (czyżby ta wzbudziła w nim chwile decyzji i przemyśleń). Na zewnątrz powietrze było już chłodne; wilgotne, na niebie noc a światła miasta migotały jak echo blasków'. Suzy zatrzymała się na schodach patrząc w niebo i na dłonie pokryte popiołem. Cassius przechodząc obok, rzucił tylko: 'Chyba sie starzeje młoda...' - zaraz to zebrali sie wszyscy wspólnie na kolacje a po niej do hotelu gdzie szykowali sie w następną podróż przez przystanki trasy koncertowej Suzanny.  **

Edytowane przez Zazi
Kondor, kage-, gumiarz i 16 innych lubią to
Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

HtiRKtf.gif[..] W pierwszej chwili Mokosz myślała, że to Perun wychodzi z wody, ale zaraz ujrzała czarne włosy oblepiające mocne ramiona i poznała, że to jakiś inny bóg. Weles wyprostował się i ruszył do brzegu. Wkroczył nań i spostrzegł słomę porzuconą na piasku. Podniósł źdźbła i począł łączyć je z wilgotną ziemią, lepiąc dziwne figury. Mokosz, wyzbywszy się pierwszego przerażania, podniosła pozostałe słomki i naśladując tajemniczego gościa, lepiła z nich podobne kształty. Duże dłonie Welesa i drobne Mokoszy obracały słomę i łączyły ją z ziemią, tworząc tułów, głowę i w końcu członki małej postaci. Mokosz zbliżyła się do mrocznego boga, a gdy Weles spostrzegł ją, zadziwiła go pięknem smukłej sylwetki. Patrzyli na siebie długo, bez słowa, aż wreszcie złożyli swoje figury na trawie i zbliżyli się do siebie. Widząc, że bogini wodzi oczami za każdym jego ruchem, Weles śmiało dotknął jej ramion, a spragniona dotyku i stęskniona pieszczot Mokosz zarzuciła mu ręce na szyję. Pan podziemia łapczywie chwycił jej rozedrgane ciało i złączyli się ze sobą.

Leżeli wyczerpani na piasku ciesząc się promieniami słońca, gdy Weles spojrzał na ulepione wcześniej figurki. Postanowił je ożywić ku uciesze swej kochanki. Wziął patyk i zrobił w postaciach otwory, w które tchnął cząstkę mocy. Jednak nic się nie wydarzyło, figurki leżały bez ruchu. Zdenerwowany niepowodzeniem Weles zanurzył się w ciemną toń jeziora i zniknął. Opuszczona Mokosz zrozumiała, że tajemniczy przybysz wykorzystał jej naiwność. [..]'

  • Brama V New York City, na drogach nowe doświadczenia. [Terminal 5]

**Lot z Cleveland do Nowego Jorku minął składowi w takiej nietypowej wyjątkowej ciszy - jakby cały zespół potrzebował tej chwili zawieszenia między jednym światem własnych myśli a drugim (tym jaki nas najbardziej dotyczy) rzeczywistości. Tym razem to Suzy siedziała przy oknie, obserwując poza widokami chociażby losowo idący promyk (odbicie) słońca po skrzydłach samolotu. W jej dłoniach spoczywał mały lniany woreczek (nawęza) z bylicą i innymi składnikami... właśnie tym zielem które towarzyszyło jej na praktycznie każdym występie od początku trasy i większości koncertów w Santos. Ricky drzemał, otulał niesfornie do siebie koc niczym maskotkę... Cassius przeglądał notatki z rytmami a Romy w milczeniu szkicowała coś w notesie - po przyjrzeniu się był to zarys sceny, być może wizja kolejnego wystąpienia jaką zaproponować chciała Suzy? Gdy samolot wylądował Nowy Jork przywitał ich wyjątkowo chłodnym powietrzem i zapachem deszczu odbijającego się od betonu. Na parkingu czekał znajomy już wyglądem z poprzednich przystanków wysłużony czarny bus, którego karoseria pokryta była śladami (jak wiemy również i to) poprzednich tras. W środku pachniało kurzem, tytoniem, a gdyby muzyka miała zapach - to i nią... właśnie tak jakby sam pojazd nasiąkł dźwiękami i wspomnieniami całej swojej wysłużonej innym artystom drogi. W międzyczasie odbył sie szybki booking noclegu, organizacja, sprawdzenie terminarzy oraz garderoby - bo jakby o niej zapomnieć w tej trasie? Podczas jazdy w stronę Terminal 5 (miejsca odbywającego sie koncertu) światła miasta migały w oknach jak ogromne barwne iskry, za szybą przesuwały się kolejne warstwy rzeczywistości którą byli tym razem ludzie w pośpiechu, neony czy para z krat. Suzy milczała, trzymając dłonie splecione w modlitewnym geście nie tyle z religii co bardziej wewnętrznego rytuału [..]. Terminal 5 to zasadniczo dość chłodna hala o surowych - zimnych ścianach która intensywnie pachniała farbą sceniczną i metalem. W środku panował już gwar techników i dźwiękowców, scena zaczynała powoli przybierać znany wszystkim kształt: wokół rozstawiano zieleń i gałązki, ustawiono gliniane misy w których tliły się nieśpiesznie kadzidła z bylicy i szałwi. Zapach intensywny, gęsty nieco charakterystyczny (chociażby) jak dym z rytualnego ogniska. Wśród osób zaangażowanych tego dnia w wystąpienie poza technikami czy resztą składu pojawiła sie Isalyn; strażniczka trasy a i dokładniej partnerka organizacyjna - w prywatnym spojrzeniu Suzanny kobieta o silnym spojrzeniu i pewnym kroku. Dzisiejsza obecność Is' oznaczała również że za Suzy półmetek jak i nadchodzi moment aktualizacji czy rozmów z dalszymi planami co do wystąpień (a zwłaszcza przy organizacji finału). Suzanna przyjęła Isalyn w prywatnym pokoju, obie spędziły tam dłuższą chwile wymieniając sie przemyśleniami oraz swoimi odczuciami z trwającej wciąż trasy - najprawdopodobniej dopinały również finał jaki miał mieć miejsce w Paleto już dwudziestego listopada. Podczas gdy technicy z resztą zespołu stroili instrumenty te rozmawiały przy stole zasypanym notatkami. Oświetlenie, aranżacje, sposób zejścia po ostatnim utworze - dla Suzy każdy detal ma (i miał) znaczenie; każdy musiał tworzyć spójny rytuał. Dziewczyna słuchała uważnie poprawiając drobne szkice symboli w marginesie kart a na nich dla osoby postronnej niby nic nie znaczące spirale, kołowroty, znaki rodowe. W oczach Isalyn tliło się napięcie oraz pewien mieszający sie z tym spokój kogoś kto wiedział oraz czuł doskonale, że końcówka trasy nad którą przyszło jej pracować będzie czymś więcej niż koncertem. wtxaeD6.jpegKiedy zapadł zmierzch hala pogrążyła się w ciemności; zgasły światła, publiczność ucichła tak jak cichnie się w przeczuciu czegoś niecodziennego. Nadszedł moment w którym rozbrzmiał pierwszy dźwięk (dość głęboki), zaraz za nim niski ton perkusji. Z ciemności wyłoniły się postacie w białych płótnach niosące gliniane misy z których unosiły się spirale dymu. Bylica, lawenda, jałowiec oraz inne zioła dawniej używane by prowadzić dusze przodków przez granicę światów... . Nie trzeba było długo czekać aby na scenie pojawiła się i bohaterka tej trasy - Suzy. Artystka miała twarz pokrytą gliną i popiołem a na dłoniach ślady węgla (co świadczyło o tym że ponownie sama wykonywała dla siebie makijaż). Poruszała się powoli i nieśpiesznie w rytm uderzeń, powoli jak kapłanka prowadząca obrzęd. Gdy Suzy uniosła ręce światło świec odbiło się w dymie tworząc (zaplanowany) krąg w którym zaczęło się coś rodzić - ciężar, napięcie; magia? Statystki ustawiły misy z których unosił się dym wokół niej, z czasem sam dym przesłaniał sylwetkę atystki sprawiając że powoli nikła w nim. W dymie i gęstości pojawiać zaczęły sie pierwsze utwory; wśród nich Suzanna zagrała takie jak 'Ритуальная Песня' rozpoczynający jej wystąpienie w NYC a zaraz to 'Мокош', 'Потерянный' oraz 'Заколдованный Ворон' gdzie role Rodiona zastąpił Cassius (oraz kilka innych - oraz te jakie zagrali po planowanym pojawieniu sie Daagarda). W pewnym momencie niespodziewanie melodie ucichły.. przez kilka sekund panowała cisza tak niepokojąca, że dało się słyszeć jedynie cichy syk palonych ziół. Wśród dymu pojawiać zaczęły sie zamaskowane persony przebiegające przez scene; jedna z nich pozostała na niej zdejmując maskę i ujawniając sie. Ronnie jako zbudzony przez performance Suzy demon wstąpił gościnnie kontynuując jej koncert. Jego pojawienie się było jak przebudzenie czegoś uśpionego? - gdzieś w tym Suzy zniknęła a widownia porwała się w utwory Setha. W trakcie samego koncertu, Ronnie utrzymał swój charakterystyczny już manieryzm śmieszka. Rzucał żartami i nawiązaniami opierając się na całym setupie trasy oraz sceny. Wykorzystał każdą okazję do pogadania z ludźmi NYC, zważając na to, że kiedyś miewał tutaj przeboje z Mindless swoim starym zespołem, głownie te, które wychodziły w trakcie grania w obskurnych pubach i garażach. Przypominał fanom śledzącym go od tego czasu jak jednego wieczora rzucali pluszowymi kaktusami (Maskotka zespołu nazwana Lil Pricky), by później przejść do zakrytej w opowieści niczym ta Suzanny, pełnej mistycyzmu i tajemnicy - a za chwilę dojść do konkluzji, że mogli nie jeść surowych gnocchi przed koncertem, bo zew ducha był nie do wytrzymania! Seth swój koncert wykończył już typowo - Firestarter wybrzmiał głośno, a zakończył się przeciągnięciem ciszy i zniknięciem w dym z którego znów wystąpiła Suzy wracając do swojej publiki jakby odpędziła wywołaną dusze. Podczas tego przystanku w New York CIty scena stała się takim szczególnym rytualnym miejscem spotkania w którym dym tańczył w spiralach, płomienie świec falowały w rytm gitar i perkusji. W tle widać było projekcje symboli w tym takie jak koliste znaki, kołowroty, krzyże słoneczne, maski. Całość przypominała obrzęd wzywania przodków a tego metaforą miało być pojawienie sie Setha z dymu (i jego zniknięcie potem w nim). Suzy została na scenie sama; po kolejnych zaplanowanych utworach w które wchodziło m. in. 'In the shadow', 'Memories of the Trip', 'New Worlds', 'Cursed Santos' jak i kilka nie wydanych kawałków... jej dłonie uniosły się w geście pożegnania. Kadzidlany dym rozstąpił się po raz ostatni pozostawiając za sobą swój zapach i ciężar. Gdy ostatni dźwięk koncertu ucichł a scena otulona była jeszcze resztkami zapachu kadzideł publiczność (naturalnie) powoli zaczęła się rozchodzić. Ci, którzy posiadali bilety premium zostali poproszeni o pozostanie - skierowani do bufetu na godzinną przerwę przed dalszą częścią. Standardowo w tym czasie hala zaczęła sie zmieniać a technicy przygasili reflektory; odsunięto barierki, przestrzeń która jeszcze przed chwilą była miejscem potężnego rytuału zamieniła się w cichy krąg 'zascenicznej' integracji artystki z częścią swoich fanów. Na podłodze ułożono wygodne dywany, wiklinowe kosze z ziołami, a do akustycznych brzmień szykował sie już sam Ricky. Świece które wcześniej otaczały scenę ustawiono między ludźmi, tak by każdy mógł poczuć tego wieczora (z odpowiednim zabezpieczeniem i rozsądkiem) ciepło ognia blisko siebie. Cassius w dłoniach trzymał mały bęben, Romy jak to Romy - gitarę, Rick dodatkowo swoją pozytywną energię. Suzy podczas zakulisowego spotkania w NYC tłumaczyła znaczenie użytych symboli podczas koncertu - bylicy, lawendy, popiołu i mis z gliny w których tliły się resztki kadzidła. Opowiadała o tym jak w wierzeniach dawnych Słowian ogień i dym były bramą między światami czy mostem dla dusz. Uczestnicy spotkania mogli dotknąć masek które wcześniej nosili tancerze, spróbować własnoręcznie ulepić swoją karaboszkę której wizerunek miał ochronić noszącego od złych bytów. W kącie sali inna statystka pokazywała jak wiązać kadzidła z suszonej lawendy, Cassius z fanami tworzył wspólny rytm na małych bębnach podłapując losowe brzmienia i wystukując melodie które być może kiedyś wykorzystają w przyszłych wydaniach... . Tego wieczora artystka siedząc otoczona garstką słuchaczy na ziemi opowiadała szczególnie wylewnie o swojej drodze i tym że muzyka to dla niej pamiętnik a koncerty tej trasy nie są tylko występami. Ricky dostrajając gitarę pod zagranie kilku akustycznych utworów z Suzanną, wspomniał o towarzyszących mu emocjach z pierwszych występów oraz o tym jak tłum potrafi nieść muzyka i jak niebezpiecznie łatwo jest zatracić się w tym wszystkim (dzielił sie przemyśleniami..). Cassius jak to starzec wspominał o zmęczeniu, ale też o katharsis' które czuje po każdym wieczorze. W tle rozmów i rękodzieła rozbrzmiewać zaczęły akustyczne wersje kilku utworów a wśród nich chociażby takie jak 'In the shadow', 'New Worlds', 'Charm' czy 'Ending'. Czas płynął swoim tempem, jakby ta chwila spotkań po koncercie należała do innego świata. Gdy zakulisowa część przystanku dobiegało już końca Suzy uniosła wzrok na zgromadzonych. W powietrzu wciąż unosił się zapach bylicy oraz ciepło wosku. W końcu po pożegnaniach którym nie było końca każde z nich (artystów) czuło że w New York City poza melodią, została część ich historii po którą zapewne będą chcieli wracać jeszcze nie raz.**

Edytowane przez Zazi
Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

NlQaaBI.gif'[..] Nie wiadomo, czy to Dadźbóg podpatrzył ich z nieba, czy też przypadek sprawił, że przybył do nich sam Perun. Początkowo wpadł w straszliwą wściekłość, widząc kochankę z nieznanym bogiem i trójką małych boginek. Sypał błyskawicami we wszystkie strony tak, że okoliczne drzewa łamały się niczym cienkie gałązki.
- Cóż to wszystko znaczy? - ryknął.
Przerażona Mokosz przyznała się do wszystkiego. Opowiedziała Perunowi o Welesie, ich zdradzie oraz ulepionych z ziemi figurkach. Opowiedziała, kim jest Rod i jak dopuściła się zdrad których skutki widzi przed sobą. Perun chciał w pierwszej chwili zmiażdżyć ją, ale widok łkających ze strachu boginek zmiękczył jego serce.
- Za ohydne czyny, jakich się dopuściłaś, poniesiesz karę. Za sprawą twoją i Welesa pojawili się ludzie. Dlatego będziesz karmić ich ciała, które wrócą do ciebie po śmierci! A duch, który w nich mieszka, niech idzie do Welesa!   

[..] Rod wraz ze swymi córkami udał się na wygnanie. Zszedł pod ziemię i stanął przed Welesem. Ten, widząc syna i Rodzanice w nieszczęściu zlitował się i udzielił im schronienia. Tymczasem na ziemi ludzie rodzili się i umierali. Ich zwyczajem było umieszczać zmarłych na stosach które podpalano, obracając ciała w popiół. Tak jak przykazał pan błyskawic - prochy ludzi wracały do ziemi w ciało samej Mokosz. Wtedy też uchodził z nich duch, który wędrował do Welesowego podziemia. [..]' 

  • Brama VI Philadelphia, bo nikt nie mógł wyjść ani wejść do zaświatów bez zgody Welesa! [Franklin Music Hall]

**Po intensywnym rytualnym wieczorze w Nowym Jorku zespół wyjechał już z miasta późną nocą (w kierunku następnego przystanku). Terminal 5 mimo to zdawał się jeszcze 'stygnąć' od dźwięków bębnów i zapachu palonych ziół ... - w starym busie w drodze na lotnisko zapanowała cisza. Okna zaparowane, za nimi prawie puste późną nocą miasto rozciągało się jak oświetlona blaskiem neonów rzeka. Suzy, oparta o zagłówek siedziała na tylnej kanapie w pojeździe, jej dłonie pachniały kadzidłem i gliną jakby wciąż była częścią tamtego obrzędu (i tak samo w głowie miała pewne słowa Isalyn jakie padły w ich rozmowie). Kiedy przekroczyli granicę stanu niebo zaczynało już jaśnieć. O świcie artyści dotarli do Philadelphii miasta bardziej stonowanego niż Nowy Jork a zarazem i mniej głośnego. Franklin Music Hall wyrastała z ulic jak stalowy blok (taki bardzo) chłodny, prosty i jednocześnie gotowy przyjąć kolejne setki ludzi pod koncert w trasie jaką wykonują - nieopodal znajdował sie ich budżetowy hotelik z pokojami w których sie zabookowali.  Po krótkiej drzemce w hotelu zespół wrócił (jak zawsze podnajmowanym) busem pod halę. Na rampie stały już skrzynie z materiałami do performance. Obok? Perkusja Cassiusa, wzmacniacze Rickiego, walizki Romy, a na samym końcu skrzynia Suzy z kadzidłami...  glinianymi miskami i akcesoriami. Technicy za uporczywymi docinkami Suzy przenosili ją ostrożnie, już przez to wiedzieli że dotykają czegoś - co dla niej ma wyjątkową ważną symbolikę. Docelowo podczas tego przystanku Suzy miała wystąpić w białej, zwiewnej sukience a materiał jej lekko otulał biodra artystki; we włosy wplecione poroże przypominające rogi symbolicznej (leśnej) strażniczki granicy między światami. Biały kolor był celowy - po nowojorskiej aurze miał symbolizować oczyszczenie i wejście już na drugą stronę. Podczas prób scenicznych, przed koncertem Suzy chodziła boso po scenie omiatając dłonią powietrze tak, jakby badała jego gęstość (i być może faktycznie to robiła?). W Franklin Music Hall akustyka była wyjątkowo czysta (jak nie najlepsza ze wszystkich przystanków); każdy cichy dźwięk odbijał się mniej więcej niczym echo w grocie. Właśnie i ta akustyka, w tym miejscu.. zachęciła Suzy to zmian w performance - na spokojniejszy; o wiele niż mogło sie wydawać. Statystka gdzieś w międzyczasie ustawiła na scenie cztery gliniane misy (jak cztery kierunki świata) napełnione mieszanką jałowca i lawendy - (co wiemy) ziół używanych m. in. dawniej do oczyszczania przestrzeni i odpędzania chorób, złych snów mogących być niesionych przez istoty wędrowne. Gdy światła zgasły jak i przyszła odpowiednia pora a hala zapełniła sie już słuchaczami czy ciekawskimi personami koncertu artystki - nadszedł czas rozpoczęcia... scena rozbłysła mglistym i lekkim pulsującym co jakiś czas oświetleniem. Z głośników wydobył się cichy śpiew - dosłownie jeden głos, chwile później powtarzalny chóralnie przez kilka zatrudnionych pod koncert chórzystek. Suzy weszła na scenę spokojnym krokiem ... - w tej pierwszej (rosyjskojęzycznej) części koncertu prowadziła wystąpienie otulona dymem czysto a i niemal medytacyjnie. Dużo gestykulowała, każdy gest dłoni zdawał się wypuszczać w powietrze niewidzialne nici (nawiązując do Rodzanic). Wśród pierwszych utworów rozbrzmiały takie jak; 'Потерянный' otwierający koncert a następnie kolejne 'Мокош '. 'Род' i 'Перун' będącym ostatnim z tych rosyjskojęzycznych... w anglojęzycznej części m. in artystka zaprezentowała 'Echo of You', popularne 'Cursed Santos', 'Always & Together' i kilka innych wraz z tymi jakie podczas przebiegu trasy prezentowane są przedpremierowo (a docelowo znajdą sie na noworocznym albumie). Gdzieś w międzyczasie też w połowie koncertu rozpoczął się przygotowany wcześniej taneczno-rytualny fragment inspirowany słowiańskimi praktykami 'przebłagania dusz rodzinnych'. Na scenie pojawiły się postacie w półprzezroczystych płótnach, niosące maleńkie lampiony i szepczące słowa modlitw do Bóstw (głównie Welesa, Moreny czy Rodzanic). 0sOjZuq.jpegIch ruchy były powolne zarazem falujące... trochę tak jakby reprezentowały dusze wędrowne, które w czasie Dziadów wracają by ogrzać się w światłach domostwa. W tym wszystkim sam dym z kadzideł unosił sie nadając gęstości powietrza i otulając persony ze sceny, Suzy pochwyciła sama jeden z lampionów dołączając do modlitwy wypowiadanej przez błądzących.**

'Welesie mój Panie cieni i dróg ukrytych... 
otwórz ścieżkę miękką jak mech, cichą jak oddech ziemi.
Niech ci którzy wracają, odnajdą miejsce przy ogniu. *powtarzał chór chodzących postaci za Suzanną*
Mareno moja matko nocy i przemijania,
- otul tych co błądzą, srebrnym ramieniem chłodu.
Ukołysz wszystkie lęki a i odprowadź od bram burz. *powtarzał chór chodzących postaci z Suzanną*
Rodzanice, córki i strażniczki losów splecionych trzymajcie nas w niciach - a te niech nie pękają.
Nasza pamięć nie stanie się popiołem i serca pozostaną domem dla tych, co byli przed nami.
- co byli przed nami, co będą po nas, co pozostaną z nami... *dopowiedzieli półszeptem wędrownicy*
Przychodzimy bez pragnień, z światłem w dłoniach, przychodzimy za nich, i dla nich.
Wy żywi, (my żywi *przeinaczył chór*) pochylmy przed Wami głowy,
- niosąc światło dla tych, co poszli w ciemność nieznaną. *zamknęła z chórem*'

**W ostatniej części koncertu miski powoli zaczęły 'gasnąć' jedna po drugiej, światło stawało się coraz bardziej subtelne - koncert a domknięto coverem 'The Wolven Storm' z popularnej produkcji; zaraz przy końcu tego na scenę znów weszły w/w postacie z lampionami tworząc swoim ruchem coś, co mogło pozwolić artystom 'zniknąć w tłumie'. Po koncercie w przygotowanej sali do części zakulisowej panował znany nam z opowieści półmrok. Świece i lampiony ustawione w kręgu tworzyły atmosferę odpowiadającą całej trasie - dość prostą ale i intymną, lekko magiczną. Fani wchodzili w małych grupach - Suzy siedziała już na poduchach... nadal w bieli, wciąż tak samo bosonoga bez przebrania po występie. Na sali pachniało woskiem, jałowcem i chłodnym powietrzem wchodzącym przez drzwi. W tym mieście część zakulisowa opierała sie nie tyle na rękodziele (chociaż każdy mógł spleść swoje własne naturalne kadzidło) - co prostych rozmowach, słuchaniu, i wspólnym wraz z artystką śpiewaniu coverów czy jej utworów - 'po ludzku', przy piwie bez pogoni. Dyskusje raczej były spokojne i ciche, padały momenty pełne wzruszeń. Ktoś zapytał o sens jej symboli... Ktoś gdzieś o proces twórczy. czy złamane serce.... a jeszcze ktoś o strach przed występami. Inni dyskutowali z artystką o tym, jak wytrzymuje intensywność trasy. Suzy odpowiadała jakby zmęczona - wyciszona chociaż wciąż uważna. Czasem Ricky czy Romy dorzucali komentarz; a jak trzeba było to i menda zabił cisze jakimś swoim sucharem czy nic nie wnoszącą ale w jego stylu 'uroczą' ciekawostką. Po koncercie, planowanej części zakulisowej artyści udali sie do hotelu aby odświeżyć się i przygotować do lotu; niektóre z nich nawet ucięło sobie małą drzemkę. Przy wylocie na lotnisku panowała cisza. Terminal prawie pusty, oświetlony bladym i zimnym światłem. Suzy szła przodem szukając drogi, za nią reszta ciągnęła swoje walizki - powoli i bez pośpiechu, wciąż każdy z nich był myślami gdzie indziej. Artyści docelowo mieli o pierwszej w nocy samolot do Los Santos - przed nimi chwila przerwy w trasie którą każde z nich wykorzysta na swój sposób; poza Suzy... . Bohaterka tej opowieści (a przynajmniej główna bo jej poświęciłam docelowo temat) doskonale wiedziała że ten czas będzie dla niej inny; pełen napięcia ale i cieszyła sie na spotkanie z bliskimi w tym narzeczonym. W San Andreas zamiast odpoczynku czekają próby i przygotowania do finału; przegląd spraw i postępów a wraz z nimi konsultacje z Isalyn, zielarnia, dojrzenie lokalu po ponownym otwarciu czy inne obowiązki jakie ta pozostawiła w Los Santos na czas realizacji swojej trasy. Gdy samolot wzniósł się nad nocną Philadelphią jeszcze przez chwilę widzieli z góry linie miasta a potem? Chmury zasłoniły wszystko [..]. Podczas lotu noc pochłonęła ich snem - tak jakby pozwalając im odpocząć; w Los Santos wylądowali dopiero nad ranem dnia następnego. [..]. **

Edytowane przez Zazi
Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

UVrR1eU.png 

3 godziny temu, Juzi napisał:

Blenz (kapitał $1,500,000)

**Największym wydarzeniem, w które Blenz zaangażowało się w roli głównego partnera był Harves Festiwal i z perspektywy marketingowej był to ruch wzmacniający widoczność marki. Obecność na największym festiwalu sezonu dała firmie ogromne zasięgi. Jednakże afera związana z Reganem Flahertym i napięciami na linii organizatorzy - Laroque sprawiła, że w dłuższej perspektywie ruch ten stał się ambiwalentny. Mimo to podczas festiwalu oraz na Nordic Delight Costume Party ogromnym sukcesem okazała się firmowa fotobudka BLENZ, która przyciągała tłumy uczestników i generowała zasięgi w social mediach. Setki udostępnień zdjęć przełożyły się na wysoką interakcję i zauważalny wzrost świadomości marki. Firma podjęła także kreatywną współpracę z Suzy oraz Sethem Dagaardem, wspierając halloweenowy storytelling projekt, który pozwolił Blenz pokazać swoje umiejętności w obszarze narracji wizualnej i atmosferycznego contentu. Blenz wsparło również Suzy graficznie w ramach jej trasy koncertowej, dostarczając spójne wizualnie materiały, które wzmocniły estetyczną i emocjonalną stronę wydarzeń na żywo. Dodatkowo spółka opracowała stronę internetową dla marki Royal Geneve, co stanowi dowód zaufania ze strony jednej z najbardziej prestiżowych marek w segmencie luksusowym. Inwestorzy oceniają ruchy firmy jako stabilne, jednak wielu inwestorów czuje niedosyt i czeka na coś, co zwali ich z nóg.**

**Spółka po potrąceniu wydatków uzyskuje pułap $370,000 (Trzysta siedemdziesiąt trzydzieści dolarów amerykańskich) wypłacanych, co tydzień w przestrzeni czterech tygodni w ramach dywidendy przeznaczonej do podziału między udziałowców. Spółka uzyskała dodatkowy dochód związany ze swoją działalnością w wysokości $200,000 (Dwieście tysięcy dolarów amerykańskich).**

(Miesięczna narracja opiekunki sektora zahaczająca o Suzy i również trase przy podsumowaniu spółek w związku we współpracą miedzy BLENZ a artystką.)

Edytowane przez Zazi
Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

0TBcHuP.gif'[..] Cud narodzin był świętem nie tylko domostwa, które obdarował bociek, ale wszystkich w okolicy. Nowo narodzone dziecko wycierano wiechciem słomy na pamiątkę powstania pierwszego człowieka i noszono wokół ogniska, wzywając Roda, by dał mu dobre życie. Kiedy dziecko usypiało w kołysce, kobiety szykowały jedzenie i pozostawiały je przy dziecku dla spodziewanych gości. Nocą przybywały odziane w biel Rodzanice, otaczały nowo narodzonego człowieka i rozprawiały nad jego przyszłym losem. W końcu podejmowały decyzję, kim dziecko będzie i jakie przypadnie mu wieść życie, a wtedy jedna z boginek pozostawiała na jego czole znak. Choć był niewidoczny dla innych ludzi, mówił o przyszłym losie lub - jak kto woli - przeznaczeniu.

Rodzanica malująca tajemny znak na czole dziecka nazywana była Dolą. Od niej zależało wszystko, co człowiek spotka na swej życiowej drodze. Dlatego mówiono o dobrej lub złej Doli, w zależności od tego, jaki los przypisała ona człowiekowi w dniu narodzin. Siostry, wróciwszy do Wyraju, przędły dla dziecka nić, której to sztuki nauczyły się od matki. Była to nić żywota i od Doli zależało, czy będzie ona prosta, czy splątana. Kiedy Dola przecinała nić żywota, człowiek umierał, a jego dusza uchodziła do Welesa. Dusza rodowa zaś wracała w korony Wielkiego Dębu pod postacią ptaka i zasiadała na gałęziach Wyraju. Im bardziej łaskawa okazywała się Dola, tym lepsze życie miał człowiek, a ptak jego rodowej duszy zasiadał wyżej. Często zdarzało się, że dziecko otrzymywało cząstkę swego ojca lub dziada. Tak powstawały sławne rody i plemiona. [..]'

  • Brama VII Miami, dwa w lewo - a raz w prawo.. [Fillmore Miami Beach]

**Po nocnym locie z Filadelfii samolot osiadł na pasie w Los Santos, niebo dopiero zaczynało przecierać się z granatu w błękit.. [..]. Powietrze pachniało znaną Suzannie wilgocią oceanu - chłodne jednak niosące w sobie zwiastun kalifornijskiego ciepła. Zespół wyszedł powoli z terminala wciąż zaspani i zdezorientowani po ośmiogodzinnej podróży (coś prawie) jakby między jednym miastem a drugim zgubili po drodze właściwy rytm dnia. Zasadniczo obrane dwa dni przerwy rozpłynęły się jak mgła a każdy z nich rozszedł się własnymi 'ścieżkami' próbując w krótkim czasie nadrobić tysiąc zostawionych tutaj spraw, uczuć, oddechów. Cassius większość czasu spędził w swojej dziupli majsterkując przy ulubionym samochodzie który ma już lata w tym też próbując odciąć się od wszystkiego intensywnym biciem rave. Romy zniknęła w pubie mając swój świat czy cele o których nie dzieliła czy rozmawiała z każdym. Ricky spotkał sie z partnerką która wciąż jak i narzeczony Suzy pozostawali w Los Santos - no właśnie a Suzy? Dla niej te dni nie były odpoczynkiem... bardziej częścią trasy i jakby czymś innym bo skrzyżowaniem obowiązków, spotkań i cichego, wyczekiwanego spokoju. Pierwszy dzień artystce pochłonęły przygotowania finału: spotkania z partnerami (w tym i tancerkami oraz innymi artystami), konsultacje świateł, sprawdzanie próbnych nagrań, przegląd kostiumów i rekwizytów na Paleto Bay; kolejno dogląd zielarni czy nowego lokalu po rebrandingu (starego Dead in Vinewood). Drugiego dnia Suzka pozwoliła sobie na zamknięcie sie w swoim mieszkaniu wraz z narzeczonym - a co za tym szło przygotowaniami do wylotu i dalszych przystanków na trasie koncertowej. Para chociaż na kilka godzin zniknęła 'dla świata'... uciekając od trasy, pytań, obowiązków, timleine i presji. Tego samego dnia ale już w nocy (17 listopada) ruszyli w końcu dalej wraz z pozostałymi (poza Rickym który dołączył z późniejszym lotem) na lotnisko. Tym razem Suzy nie podróżowała sama z zespołem; towarzyszył artystce jej narzeczony co jak sie później (w opowieści okazało) pomoże jej utrzymać równowagę między występami a pojawiającymi sie nagle zawirowaniami losu. Gdy artyści dolecieli do Miami miasto przywitało ich cięższym wilgotnym powietrzem. Podnajęty bus to zawsze ten sam model, lekko za głośny ale tani i sprawny zawiózł ich przez wąskie ulice miasta mijając palmy kołyszące się w intensywnych podmuchach wiatrów. Fillmore Miami Beach (po bookingu, krótkim odpoczynku) było miejscem ich wystąpienia jak i czekało już praktycznie przygotowane: oświetlone mocno ściany, reflektory i klimat który wydawał się na tyle lekki aby bez problemu unieść to wystąpienie. Wewnątrz panowały przygotowania na kolejny z koncertów jaki miał sie już niebawem odbyć [..]. Technicy ustawiali sprzęt, Cassius sprawdzał perkusje... Romy pomogła wraz z Rickym w podłączaniu wszelkich przewodów. Sama Suzy z Denisem skupiła sie na wsparciu w dopinaniu scenografii; w tym wszystkim chciała też jak najwięcej pokazać 'swojego świata' partnerowi - który zazwyczaj zna jej prace jedynie ze studia czy widząc ją od drugiej strony, tej 'przy scenie'. W związku ze zmęczeniem i charakterem miejsca Suzy zrezygnowała z pełnego i długiego rytuału wybierając subtelniejszy wstęp na swoim koncercie dla w/w. Statystki spokojnie przy rozpoczęciu miały obchodzić Suzanne niosąc lampiony; i tak nieśpiesznie spacerować zataczały krąg przez pierwszy utwór by potem zmyć się za narastającym z każdą minutą dymem z kadzideł. Właśnie wtedy, po wszystkich próbach kiedy nadeszła godzina rozpoczęcia Fillmore powoli spowiła mgła nawiewanego dymu z kadzidlanych mis, a w tych zioła jakie znamy z poprzednich przystanków. Artystka powitała publiczność po rosyjsku jak i angielsku wypowiadając słowa jednej ze swoich piosenek - w pierwszych momentach koncertu unosiła dłonie powoli rysując nimi kręgi w powietrzu... gesty które wyglądały jak zapisywanie symboli przed wpatrzoną w nią (i ciekawską co będzie dalej) publiką, tych symboli rytualnych czy ochronnych (tych co też mają na ciałach przy każdym występie, a zwłaszcza na twarzy). Podczas koncertu standardowo pojawiły sie pierw rosyjskojezyczne utwory w tym m. in. 'Стрибог', 'Мокош', 'Потерянный' oraz kilka niewydanych które ta trzyma w zapasie pod przyszłe produkcje [..]. Przechodząc do anglojęzycznego wystąpienia Suzy zeszła ze sceny, zapadła kurtyna a część zebranych myślała że to koniec - zdziwiła sie gdy po chwili oświetlenie na sali zmieniło sie na inną barwę. Przed podniesieniem kurtyny z mikrofonu rozległ sie głos Cassiusa który powtarzał chociażby słowa z pomocą megafonu 'Siostro spalona.. w południowym żarze. Córko słońca, strażniczko pól.... - Przynosimy ci popiół jako pamięć o ogniu, ziarno za zabraną obietnicę życia - nie odbieraj nam oddechu; bądź z nami, a nie przeciw nam. [.]' i mimo że słuchacze doskonale wiedzieli co za chwile nastąpi głos przy podnoszeniu kurtyny wypowiadany przez Suzy 'Zaklęte Santos' - był potwierdzeniem jakoby właśnie zaczęła sie anglojęzyczna część. Zaraz po jednej z popularniejszych piosenek jakie ostatnio ta wydała (poza niewydanymi) usłyszeć można było takie tytuły jak; 'Echo of You', 'Forbidden Tale', 'Unromantic ' czy też i 'a shout to him'. Koncert zakończył się coverem 'Nothing Else Matters' w wykonaniu Suzy, odchodząc powoli ze sceny zaśpiewała ostatnie słowa (znanej na świecie) piosenki. Część zakulisowa odbywała się docelowo gdzieś w niewielkiej sali z drewnianą podłogą i kilkoma poduchami rozrzuconymi obok siebie. Tutaj Suzy prowadziła ją sama i tym razem bez zespołu. Ricky zrezygnował z trasy zaraz po zejściu ze sceny i rozmowie z resztą grupy artystów... - po publikacji artykułu w „Celebrity Preview” który rozbił jego serce, i wiarę w ludzi. W sali unosił się zapach ziół, świec i resztek kadzidła przyniesionego przez Suzy. Fani wchodzili jak zawsze powoli... w małych grupkach. Atmosfera była spokojna a sama Suzy siedziała witając ich ciepło bardziej jak gospodyni domowego ogniska niż postać na scenie chcąca zrobić show. Podczas dzisiejszego zakulisowego spotkania dziewczyna postawiła na karaoke do jej utworów; o dziwo wiele osób sie w to zaangażowało - przy tym i dziewczyna dzieliła sie opowieściami nie tyle z kultury Słowian co historią powstania danego utworu pozwalając im poznać nieznane sekrety wydań. Nie zabrakło krótkiego koncertu otulonego akustycznym wykonaniem przez artystkę swoich kilku kawałków - w tym wszystkim otuleni ziołami i naparami mogący (goście) poznać ich smak czy właściwości.  Po zakończeniu spotkania nocne Miami pachniało jak inne przystanki jeszcze w niektórych miejscach (tym charakterystycznym) kadzidłem, część zespołu co została z Suzy wróciła do hotelu. Dziewczyna i jej narzeczony nieśpiesznie szli obok siebie w ciszy wiedząc że przed nią poszukiwanie zastępczych instrumentalistów oraz prawdopodobnie ciężka noc - zwłaszcza artystka jakby niespokojnie zatopiona w myślach o tym, co za nimi i o tym... co dopiero nadejdzie. Trasa koncertowa wchodziła już w ostatni łuk - jednak nad tym wisiało Paleto Bay i finał, który miał być nie tyle koncertem co domknięciem projektu-  a jego los zawisł właśnie na włosku.**

Edytowane przez Zazi
Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Duyfevq.gif'[..] Tak też dusze złośliwych kobiet i starych panien, tudzież krzywdzicieli dzieci, nie miały do Nawii wstępu - wracały na ziemię w postaci polnego biesa. Ludzie bardzo źli i okrutni albo tacy, których ciała po śmierci nie spalono, również nie mogli w zaświatach zaznać spokoju - Weles zaklinał takich w biesy krew pijące i w mięsie ludzkim rozsmakowane. Podobny los czekał kobiety zawistne, co zmarły bezpotomnie lub tuż przed zaślubinami. Zamieszkiwały tedy nad wodami lub w lasach i szkodziły młodym matkom. Pan podziemia nie miał litości także dla tych, którzy sami odebrali sobie życie. Stawali się tacy różnymi biesami i tułali się po lasach, nie zaznawszy spoczynku na łąkach Nawii. Podobnie ludzie utopieni wracali do świata jako wodniki i utopce. Te mogły żywych na głębiny wciągać i w kolejnych topielców zaklinać. Klątwy miały wielkie znaczenie dla Welesa. Był on zawsze opiekunem czarów wszelakich i uroki przez wiedźmy w jego imieniu rzucone sprawiały, że dusza ludzka mogła się zmienić w biesa okropnego o  kształcie dzikiego zwierza. Szczególnie traktował natomiast Weles porońców, dzieci zaduszone przypadkiem przez matki i te uśmiercone umyślnie. Mogły one w postaci ptaków odwiedzać swe domostwa na ziemi i wracać do Nawii, kiedy tylko zechciały. [..]' 

  • Brama VII Phoenix, ostatni przystanek przed powrotem do Santos... [The Van Buren]

**Lot z Miami do Phoenix zajął kilka godzin, Suzy i Cassius spędzili je raczej w ciszy wymieniając sie najważniejszymi informacjami z perkusistą (jakby podłamana i niespokojna z sytuacji która miała miejsce). Artystka przysypiała co jakiś czas opierając głowę o ramie Denisa, mimo to nie przespała więcej niż godziny pozostając nerwowa. Gdy samolot wylądował już na płycie lotniska (a zaraz za nim czekał podnajęty bus') nadszedł świt, powietrze suche i gorące niosło w sobie zapach napięcia które towarzyszyło im przy ostatnim zakręcie - dokładnie tego samego napięcia zbudowanego przez wydarzenia jakie ostatnio miały miejsce; i niespodziewane odłączenie sie od artystki ważnych filarów trasy koncertowej, w czasie jej trwania. Stary czarny van czekał już na nich przed terminalem, oblepiony kurzem z poprzednich najmów... śladami naklejek i lekkimi rysami jakby sam pojazd pamiętał wszystkie historie w których brał udział. Zaraz po szybkiej odprawie w hotelu (a w tym przygotowaniach i jakimś odpoczynku), Suzy ze składem ruszyła do The Van Buren czyli miejsca wydawać sie może w jej ocenie (ale czy faktycznie?) idealnego do stworzenia atmosfery zarówno rytualnej jak i metalowej (bo w końcu nasza bohaterka tworzy mieszając te dwa gatunki muzyki). Wnętrze hali pachniało mocnym zapachem dymu z kadzideł a technicy rozstawiali scenę dbając o każdy jej szczegół: drzewka, wiklinowe kosze, gliniane misy, gałązki jałowca i suszone kwiaty. Suzy z cierpliwością układała kadzidła wiążąc je jakby w spiralne wzory... światło reflektorów odbijało się w powyginanych metalowych ramach sali jednocześnie nadając jej niemal mistyczny charakter. Chwile przed wystąpieniem na scenę wkroczyły statystki w maskach z dębu (karaboszkach), niosąc gliniane misy z których unosił się kadzidlany dym. Spiralny ruch dymu łączył się z pulsującym brzmieniem perkusji Cassiusa a sam (zatrudniony z innymi na resztę trasy) gitarzysta prowadził spokojną niemal hipnotyczną melodie zgrywając sie z resztą osób będących na scenie pod wstęp. Koncert Suzy rozpoczął się od 'Велес ', potem kolejne utwory przeszły w płynne anglojęzyczne wybrane pozycje - wśród zagranych zebrani na hali mogli usłyszeć takie wydania jak m. in - 'Стрибог', 'Велес', 'содержание', 'Echo of You', 'Cursed Santos' i kilka innych wraz z tymi niewydanymi.  Zakulisowe spotkanie po koncercie było typowe dla trasy i znane doskonale ze wcześniejszych przystanków... mały krąg, świece, kosze z ziołami, opowieści o Słowiańskich wierzeniach i znaczeniu roślin. Suzy podczas zakulisowej części (niestety) była samotna, nie otoczona zespołem a jedynie swoją siłą przebicia - uczyła na tym przystanku ponownie tworzenia karaboszek jak i tłumaczyła różnice między prostymi dostępnymi w większości domów ziołami. Poza rękodziełem spotkanie zakulisowe dopieszczone zostało akustycznym koncertem na którym artystka zagrała swoje kilka ostatnich wydań. Nadszedł czas pożegnań, gdy wszyscy opuszczali salę na zewnątrz czekał umówiony z nią (Suzanną) narzeczony jak i SHIRO z którym dziewczyna miała sie złapać po wystąpieniu (prawdopodobnie powspominać, i omówić kilka obecnych spraw). Trójka wyruszyła do lokalnych knajp gdzie spędzili resztę wieczoru przed wylotem do Los Santos na ostatni przystanek trasy koncertowej naszej artystki [..]. **

 

Edytowane przez Zazi
Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

0wOljTC.gif'[..] Wstał więc i poszedł za nowym światłem, które tym razem skrzyło się zielenią. Niepodobna orzec, ile trwała jego wędrówka. W końcu usiadł zmordowany pod starą, rosochatą wierzbą. Oparł się placami o  pień, a długie witki drzewa opadły mu na ramiona. Gdy złapał oddech po długiej wędrówce, podniósł się i rozchylił dłońmi gęstwinę gałązek. Niespodziewanie poczuł, że są bardzo ciepłe i oplatają się wokół jego ramion. Strącił jedną z nich na ziemię i dostrzegł, że nie witka to, lecz żmija, a on stoi w kłębiącym się wężowisku. Gady zasyczały złowieszczo. Młodzik próbował się stamtąd wyrwać, ale dziesiątki węży spadło na niego z konarów. Krzyczał przerażony, czując wzrastające obrzydzenie. Wybiegł z gniazda żmij, zrzucając z siebie ohydne gadziny.


Sroga zaiste była wymierzona mu kara. Młodzieniec szedł teraz, szlochając i śmiejąc się na przemian, bo strach, ziąb i zmęczenie pomieszały mu zmysły. Wlókł się za nowym światłem. Błędny ognik pojawił się ponownie. Barwę miał błękitną, ale młody nie zwracał już na to uwagi. Po prostu podążał za nim bezmyślnie, czując, że i tak wiedziony jest w nowa zasadzkę. Ku jego zdumieniu ognik zatrzymał się nagle, niemal mógł go teraz dotknąć. Stał tam przez chwilę, wpatrując się w pulsujące światło swego przewodnika. [..]'

  • Brama IX Paleto, zamykając trase w swoim domu. [Forest Stage]

**Przyszła pora na ostatni przystanek trasy koncertowej Suzanny - a i przy tym zamknięcie jej do końca. Po przygodach w innych miastach artystka postawiła na (jak sie potem okazało niekoniecznie) spokojne miasteczko. Po powrocie z Phoenix do Los Santos Suza wraz z narzeczonym rozpakowali sie, chwilkę odpoczęli we własnych 'czterech ścianach' - i rusz kierunek miejsce wytępienia. Forest Stage to zupełnie nowe miejsca na okolicznej 'mapie'; scena w środku lasu pod patronatem pobliskiego kempingu już czekała na dziewczynę jak i jej słuchaczy oraz osoby wspomagające ją w trasie. W terenie przygotowanym pod koncert nie zabrakło zaplecza gastronomicznego, te kolejne przypadło na Nordic Delight czy Jewish Tavern (które też przy zakupie pozycji z ich oferty, rozdawały pamiątkowe koncertowe upominki z trasy Suzy). Tak naprawdę przygotowania do finału miały już wiele wcześniej swój początek (co wiemy z poprzednich części opowieści) - mimo to, dzisiaj również nie zabrakło wyzwań przed jakimi stawała Suzanna z resztą swojego składu. W Paleto zespół który miał towarzyszyć bohaterce, tworzony był od zera - zastępczo... co już samo w sobie rodziło setki wyzwań przed nimi i finalnym efektem oczekiwanym przez (jak można sie domyślać) większość zebranych w tym punkcie osób. Artystka na samo miejsce wydarzenia zajechała wcześniej gdzie spotkała sie m. in. z tancerkami, strażniczką dróg (Isalyn) czy zastępstwem za zespół z innych miast - w tym Abigail czy SHIRO. Próby, próby i jeszcze raz próby to element pochłaniający ogrom ich pracy - te generalne przed wystąpieniem, otoczeni powoli już podpalanymi gdzieś w rogach sceny przez Suzanne kadzidłami (z ziół jakie doskonale znamy w tej historii). W momencie gdy wszystko zdawało być sie dopięte na ostatni guzik, a ochrona, medycy czy inne zaangażowane podmioty zgłosiły swoją gotowość w tym i także godzina zgadzała sie z tą podaną w plakatach - zabrzmiały pierwsze dźwięki. Podczas performance tancerki odziane w białe szaty wyszły rozpoczynając swój układ - niedługo za nimi (i do instrumentalu) dołączyła sama Suzanna nucąc melodie w której padły takie słowa jak 'Daj mi Moreno język zgniły, chce przeklinać ich życie. Niech moje kości staną się ofiarą, a moje oczy lustrem Twojej mocy. [..]' - co mocno, i z dalszą treścią nawiązywać miało do osób jakich już nie ma przy artystce. Dziewczyna niedługo po performance płynnie przeszła do kolejnej części rosyjskojęzycznych wydań - w których nie mogło zabraknąć tego z początku jej kariery 'История странника' czy innych opublikowanych w tym roku twórczości. W połowie koncertu Suzy 'wywołała na scenę' tajemniczą personę z maską na twarzy - przy wejściu nieznajomego zespół grający przy Suzannie zdjął z twarzy karaboszki (drewniane maski ochronne noszone podczas obchodów Dziadów); zaraz za nim i swoją maskę gość specjalny. PN2itRx.jpeg Jaden Morrow (jako special guest) pozostał z widownią pozwalając Suzannie odejść w ciszy - w tym czasie przygrywał chociażby takie swoje wydania jak 'Empty Wordsl, 'God Save Me'. Mniej więcej w połowie wystąpienia Jadena Suzy powróciła na scene, w zupełnie innej (białej z zasłoniętymi oczami) stylizacji przybierając postać zagubionej - ślepej wiedźmy. Gest zasłoniętych (przez maske z czarnych piór)  oczu miał nie tylko wpłynąć na charakteryzacje a i głębszy przekaz całej trasie - wędrowała (równie na oślep) po scenie wyszeptując przy utworach Jadena słowa rosyjskojęzycznych modlitw, takie także składała z jego utworów które obecnie śpiewał, wyłapując pojedyncze elementy danej piosenki [..]. Podpalając świece za świecą (czasami błędnie, z pomocą statystów) wciąż modliła sie jakoby o błogosławieństwo do bóstw czuwających nad nią, dokładnie tych znanych z neopogańskich wierzeń Słowian (oraz jej utworów). Charakteryzacja Suzy, jej ślepa wędrówka miała nawiązywać do przyszłości dziewczyny... czystości ale niepewności - przekazała tym jakoby sama wiedziała i nauczyła sie jak kruchy może być byt ludzki. Po odprawieniu krótkiego rytuału... w czasie gdy Jaden czarował słuchaczy, wezwaniu bóstw i okadzeniu przestrzeni Suzy powróciła ze swoimi piosenkami; w tym takimi wydaniami jak jej ulubione 'Cursed Santos' (zagrane w bis), czy 'Echo of You' - oraz tymi mającymi pojawić sie na przyszłym albumie. W momencie oficjalnego zakończenia koncertu artystka spaliła na oczach widowni ludową, słomianą lalke przyczepioną do statywu (na początku performance) - gest ten oznaczać miał uwolnienie i pogrzebanie zebranej energii do rogatego pana'. O samym znaku Welesa na trasie warto napomknąć - jak doskonale wiemy ten towarzyszył jej przez całą podróż (a i część prywatną życia w Santos), pojawił sie chociażby kolejny raz na rozdawanych amuletach oraz karaboszkach pozostając swoistym opiekunem Dziadów. Wspólny koncert zwieńczyło (ku zdziwieniu i śmieszkowaniu Suzy z innymi - nie wyniesienie toi toi'a na scene) zdjęcie zrobione wspólnie z osobami które znajdowały sie na wydarzeniu; a przynajmniej chętną do tego częścią. Dziewczyna potwierdziła podczas tego tym prace nad albumem, oficjalnie też zaprosiła do współpracy z nim Jadena po czym nadeszła dodatkowa (organizowana już przez Whispering Pines Camp) część wieczoru. W przypadku Paleto ten wieczór miał inny charakter, meeting zaangażowany przez odpowiednie persony odbył sie na kempingu projektu sceny [..]. Osoby odwiedzające miejsce mogły sie napoić czy zjeść coś ciepłego przy blasku wspólnego ogniska. Całość dodatkowej części miała spokojny, luźny przebieg w którym chętni mieli okazje tak samo poznać (obecną na tym oczywiście) artystkę - w tym pozadawać jej pytania, posłuchać ciekawostek z wierzeń Słowian, zaproponować nowe współprace, czy po prostu zbić 'piąteczkę' bądź spędzić czas z resztą osób (nie tylko tymi co byli na koncercie). Opowieść o projekcie 'Following the Whisper of the Ancestors' to nie tylko historia trasy koncertowej pewnej artystki z Los Santos - to znacznie więcej [..]. Historia przepełniona wzlotami, upadkami, sukcesami, czy też zwątpieniami - ta całość pokazuje nam jak ważna jest współpraca w wielkim ale wciąż małym świecie; ile znaczą przyjaźnie? Jak bardzo konflikty (czy problemy) rzutują na naszych bliskich? 'Following the Whisper of the Ancestors' tym samym stało się kolejnym osiągniętym kamieniem milowym w życiu Suzanny, zwieńczeniem jej roku (ponad) twórczości; jak i cennym doświadczeniem dzięki któremu tylko zebrała na siłach - chociaż i był w tej trasie moment, w którym ta chciała z niej zrezygnować. Przed Samą Suzy na pewno nowe wyzwania, oraz (poza albumem) Szczore Gody - i czas tych świąt które zamierza spędzić w iście słowiańskim stylu [..]. **

ZJQYYpN.jpeg
 

Spoiler

qFIEnnR.jpegOZxLJxM.pngfj3JbSZ.jpegC7CspXA.jpeguWl9jCy.jpegGBBe7ox.jpegVfMgEci.jpegXkwBVAG.jpegR9k5dZl.jpegJDRMbVK.jpegcGwhqhp.jpegL7dWjoZ.jpeg6qWB6Pz.jpegbsEEAbv.jpegfYs1iua.pngY5I7aZ6.jpeg

 

Spoiler

Dziękuje każdemu kto zaangażował sie w realizacje trasy; w tym szczególnie: @ZAW @Centrolewus @kage- @samer @Vigdis @Crunchiper @Jessi @Kituss @bajtek @Vee666 @Meph @Vigdis @Pafelix @Sava @Darmin @STRXRD @Harlem @Katharina - oraz wiele innych osób których nie wymiennie bo nie znam nicków, bądź nie znajdziecie ich w narracji a było takich sporo. Projekt trasy uważam za zakończony, wspólnymi siłami! 

 

Edytowane przez Zazi
Odnośnik do komentarza
Udostępnij na innych stronach

Gość
Ten temat został zamknięty. Brak możliwości dodania odpowiedzi.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę. Warunki użytkowania Polityka prywatności Regulamin