Skocz do zawartości
 
GRACZY ONLINE

Ranking

Popularna zawartość

Wyświetla najczęściej polubioną zawartość w 11.10.2025 w Odpowiedzi

  1. **Kyrie Brady wyjeżdża na emeryturę razem z Briari Brady i Mack Sinatra.** Domknęliśmy już wszystkie wątki IC, to pora na archiwum. Jeszcze trochę i 335 zaliczyłoby już 9 miesięcy - to całkiem sporo, jak na taką spontaniczną organizację, którą miałem zaszczyt stworzyć po swoim powrocie na klimacik. Było bardzo dynamicznie i chaotycznie, cieszę się, że stworzyliśmy tutaj fajne community do gry czarnych hustlerów. Jako, że to oficjalnie pożegnanie to wrzucam jeszcze podziękowania dla @Patixia, @Mejaru, @Verevi, którzy współtworzyli ten projekt na rolach liderskich od samego początku do samego końca i wkładali w całą rozgrywkę potężny zapał. Poza tym, wielkie pozdro dla końcowego składu organizacji (nie licząc powyższych) - @el padrino, @123456123456, @Gerberinni, @Apogeum, @Scream_1337, a także naszych ostatnich wanna bes. Pozdro też dla każdego, kto brał udział w tej organizacji i przyczynił się do jej rozwoju - chciałbym wszystkich wymienić ale nie dam rady, bo przez te prawie 9 miesięcy było was tutaj naprawdę sporo. Żegnamy się i do zobaczenia w przyszłości na innych charach i w innych projektach.
    24 polubień
  2. A-Park Steppink 🪖 Popa Ckrab ZonKe ❌♿ Park Gang Da Top Opp Gang / CK Bity 🏆
    14 polubień
  3. **Krążąc po sieci możesz natrafic na stronę internetową PLANT FOR PALETO. W informacjach pokazuje się, że jest to akcja organizowana przez Whispering Pines Camp we współpracy z San Andreas State Parks** O AKCJI Lasy cieszą nasze oczy, dotleniają nasze powietrze i stanowią dom dla wielu zwierząt. Są naszym skarbem, o który warto dbać. Gdy niestety nadeszły podpalenia, wiele z terenów ucierpiało. Nie mówimy tutaj o tylko 2-3 drzewach, a potężnych terenach. Na terenach po tragedii działają wolontariusze, sprzątając ile się da i zabezpieczając co się da. Pytanie jednak - co dalej? Chcemy zadziałać z WAMI. Lasy to nasze dobro wspólne, a działając razem zdziałamy najwięcej! Ruszamy więc z akcjami zbiórek, które pozwolą nam na zakup sadzonek rodzimych drzew, krzewów i nasion traw oraz kwiatów, by następnie wyruszyć razem i ramie w ramię zasadzić to wszystko na terenach spalonych. TERMINY ZBIÓREK 12/10 godz. 21:00 | Paleto Bay Market | Stanowisko Whispering Pines Camp 19/10 godz. 21:00 | Paleto Bay Market | Stanowisko Whispering Pines Camp 21/10 godz. 21:00 | Whispering Pines Camp podczas imprezy Dark Western Party 26/10 godz. 21:00 | Harvest Festival | Stanowisko Whispering Pines Camp WESPRZYJ ZBIÓRKĘ ONLINE! NUMER KONTA DO WPŁAT: 3118878392 JAK MOGĘ POMÓC? podaj dalej informacje o naszej zbiórce na social mediach z #PlantForPaleto! szerz świadomość na temat bezpieczeństwa! wspomóż działania w terenach, które ucierpiały! Więcej o tym u San Andreas State Parks! DZIAŁAMY RAZEM: Whispering Pines Camp San Andreas State Parks
    13 polubień
  4. ŚPIJCIE SŁODKO ANIOŁKI......
    11 polubień
  5. KITTY'S PALACE Niewielki klub ze striptizem położony na piaszczystym wybrzeżu, w biedniejszej dzielnicy, gdzie między betonowymi projektami mieszkalnymi słychać szum morza i stukot pociągów z pobliskiego torowiska. Neon nad wejściem miga nieregularnie, a w środku czuć zapach taniego alkoholu i dymu papierosowego. To miejsce, gdzie ludzie przychodzą raczej dla rozrywki po pracy niż dla prestiżu – gwar, głośna muzyka i tanie piwo tworzą klimat bardziej swojski niż elegancki. Większość bywalców to robotnicy z portu, kierowcy, mechanicy i mieszkańcy okolicznych bloków. Wpadają tu po zmianie, żeby na chwilę zapomnieć o codziennych problemach. Tu każdy gra swoją rolę. Klienci udają bogatszych niż są, a barmani słuchają wszystkiego, zapominając jeszcze szybciej. Za kulisami dziewczyny poprawiają makijaż w pękniętych lustrach, czekając na swoją kolej, by wejść w światło reflektorów — przez kilka minut być królowymi nocy, zanim znów staną się tylko imionami zapisanymi na paragonie. Za sceną nie ma blasku. Tam króluje cisza przerywana śmiechem, zapachem potu i lakieru do włosów. Jedna poprawia ramiączko, druga przewija piosenkę na telefonie, trzecia siedzi w kącie z papierosem, patrząc gdzieś daleko – może w przeszłość, może w nic. Każdy ruch to gra, każdy uśmiech – transakcja między tym, co prawdziwe, a tym, co trzeba pokazać. W ich tańcu jest coś smutnego, ale też pięknego. Pojawiają się tu też ludzie z pod ciemnej gwiazdy – drobni kombinatorzy, lokalni oprychy i ci, którzy lepiej czują się po zmroku niż w świetle dnia. Dla jednych to miejsce odpoczynku, dla innych – punkt spotkań, gdzie można coś załatwić albo po prostu przepić ostatni banknot. Nikt nie pyta, skąd masz pieniądze, tylko ile jeszcze zostało. Moralność kończy się tam, gdzie zaczyna rachunek. W tym świecie każdy zna swoją kolej i wie, że prędzej czy później światło neonów zgaśnie także dla niego. Nie ma tu luksusu ani eleganckich dekoracji. Światło z migających lamp odbija się w mokrej podłodze, a rozmowy przy barze przeplatają się z głośnym śmiechem i stukiem kufli. Barmanka zna większość gości po imieniu, a ochrona – po twarzach. Nikt tu nie pyta o zbyt wiele, a każdy wie, gdzie kończy się granica żartu. To miejsce żyje swoim własnym rytmem, gdzie czas płynie wolniej, a noc zdaje się trwać dłużej niż gdziekolwiek indziej – taniego, przykurzonego azylu na obrzeżach miasta. OOC: Otwieramy neutralny nocny klub w szponach Hellbound Angels MC służący jako pralnia pieniędzy i miejsce pracy wielu prostytutek spod rąk alfonsów. Miejsce głównie nastawione na dobrą grę i założone specjalnie jako lokal dla postaci klasy robotniczej/średniej, czy i jedna z dróg umożliwiających załapanie kontaktu z nami w jakiś sposób. Prowadziłem już podobny typ biznesu na tym serwisie i wcześniej na serwerach platformy SAMP, gdzie te projekty cieszyły się zainteresowaniem graczy. Jako organizacja jesteśmy otwarci na kontakt ze zwykłymi cywilami którym chcemy organizować rozgrywkę poprzez organizowanie różnorodnych eventów oraz aktywne prowadzenie strony biznesu na portalu Lifeinvader. UDZIAŁY: @skante @Nathalyne @degus
    10 polubień
  6. Dzięki za wkład w sektor przez ten spory kawałek czasu. Do zobaczenia.
    10 polubień
  7. Epilog prologiem Lojalność to słowo, którym każdy lubi się rzucać, dopóki nie trzeba za nie zapłacić. Widziałam, jak ludzie powtarzali je z dumą, jak tatuowali je sobie na karku, jak robili z niego przysięgi, które miały coś znaczyć. Lojalność to waluta, która traci wartość szybciej niż dolar w kryzysie. Na początku każdy ją ma, każdy się nią chwali, ale z czasem ludzie zaczynają nią handlować. Jedni za spokój, drudzy za wygodę, inni po prostu za własne ego. Lojalność nie istnieje bez strachu. Ludzie są wierni tylko wtedy, gdy boją się bardziej ciebie niż świata na zewnątrz. Gdy ten balans się sypie, zaczyna się rozpad. System, w którym żyjemy, to teatr. Jedni udają, że mają władzę, drudzy udają, że jej nie chcą, a reszta udaje, że wierzy. Na końcu zawsze wychodzi na to samo - każdy gra na siebie. Układy są jak cienki lód, wystarczy jedno słowo, jedno spojrzenie, jedna decyzja, i wszystko pęka. Ludzie myślą, że przetrwają, jak będą wierni komuś, kto trzyma ster. Mój brat, DaVante, wprowadził mnie w uliczny świat robienia szybkiej i łatwej forsy poprzez handel syfem. On mnie nauczył podstaw przetrwania w tym gównie. Po śmierci DaVante i matki nie zostało mi nic. Po rozpadzie grupy Vernona Fieldsa nie miałam już nawet powodu, żeby tam zostać. Pieniędzy też nie. Sprzedałam dom na Strawberry w Davis. Skid Row było tanie i brudne, ale dawało anonimowość. Tam nauczyłam się od nowa oddychać, tam zobaczyłam, jak wygląda prawdziwy głód. Bycie laską na ulicy nie pomagało, wręcz przeciwnie: wszyscy chcieli mnie lekceważyć, testować, sprawdzać granice. Musiałam nauczyć się grać w męską grę. Każdy ruch był egzaminem. Nie mogłam ufać emocjom, okazywanie emocji to słabość, więc stały się moim cieniem. Zawsze obecne, ale nigdy nie widoczne. Głęboko skryte pod zimną fasadą. Pomocną dłoń wyciągnął do mnie czarnuch o ksywce Sickle. Stałam się częścią 335. 335 to po prostu cyfrowe odzwierciedlenie liter w alfabecie C-C-E czyli Central City East. Tak nazywali bloki na Skid Row. Dla obcych to była tylko dzielnica biedy, ale dla większości to był dom, front i rodzina w jednym. Sickle dążył do zbudowania potęgi. Widziałam, jak to rosło, jak pieniądze leciały przez nasze ręce jak woda. Z czasem ludzie zaczęli mówić o tym jak o ruchu, jak o symbolu. 335 przestało być fragmentem ziemi na mapie. Stało się całym movementem, który obejmował ulice Mission Row, biznesy i wszystko, co mogło przetrwać w cieniu miasta. Ruchem, który miał odbudować imperium tam, gdzie wszyscy widzieli tylko ruinę. Grupa była maszyną do zarabiania, organizmem, który tętnił życiem, pieniędzmi, kilogramami i wpływami. 335 to była cała siatka z prawdziwego zdarzenia. Duzi gracze ciągnęli grubą kasę i podejmowali decyzje, od których zależały losy całych bloków, a dzieciaki z osiedla robiły brudną robotę - stały na rogu, sprzedawały towar, strzelały, kiedy trzeba było kogoś uciszyć. Jedni prali pieniądze przez kluby, salony jubilerskie i galerie sztuki, inni kradli diamenty, brali fury spod świateł, handlowali bronią, czyścili mieszkania. 335 miało swoje macki wszędzie. Na ulicy, w gangach, w biurach, a nawet na scenie rozrywkowej. Popełniłam kilka błędów, takich które mogły mnie kosztować życie. Nie raz balansowałam na krawędzi i to nauczyło mnie wszystkiego, co najważniejsze: lojalności i milczenia. To nie były lekcje z książki, to były rany, miesiące ciszy i obserwacja, kto zostaje, a kto ucieka. Potrzebowałam czasu i ruchów, żeby odbudować swój street credit; trzeba było zrobić kilka niewygodnych posunięć, zacisnąć zęby i pozwolić, żeby rezultaty pracowały za mnie. Nie dążyłam do tytułu „grubej ryby”, bo to przyszło samo, jak cień za kimś, kto zaczyna coś znaczyć. Dużo się zmieniło, kiedy z zimną krwią pozbyłam się tych, którzy okazali się być zdrajcami. Podwójne morderstwo było moim punktem zwrotnym. Nie zrobiłam tego z zemsty, zrobiłam to z rachunku, który miał ocalić resztę. Po posprzątaniu zrobiło się ciszej i klarowniej; ludzie wiedzieli, gdzie są granice i co im grozi, jeśli je przekroczą. Zaraz potem dostałam zadanie prowadzenia narkobiznesu na osiedlu, przejęłam stołek po Bricks’ie, który został sprzątnięty za knucie i nielojalność. Nasz produkt 2-CB na lokalnym rynku zaczął być już marką, produkcja tego syfu z miesiąca na miesiąc była coraz prężniejsza i wydajniejsza. Ale to nie był tylko handel i cała logistyka, setki tysięcy martwych prezydentów w obiegu. Za handlem szło coś więcej: czuwanie nad wychowaniem dzieciaków z bloku, pilnowanie porządku, wykładanie reguł… bo jeśli nikt nie nauczy młodych, jak się zachować, to oni nauczą się sami i zawsze źle. Stałam się czymś w rodzaju kapitana. Pomagałam ustalać zasady i wymierzałam konsekwencje; ludzie przychodzili po pracę, po wskazówki, po opinię, po pomoc. Nie byłam już tylko kimś, kto liczy cudze pieniądze i robi drobne ruchy na rogu. Kręciłam własne miliony, kontrolowałam kilka sieci, robiłam ruchy na kilkanaście kilogramów, pozyskiwałam kontakty, miałam swoich kurierów i ludzi, którzy załatwiali sprawy na mieście oraz bliskich współpracowników zanim FBI czy ICE zdążyło ich wziąć, a szkoda, bo Stacks i Tijo byli świetnymi kompanami. Miałam układy na mieście. Czasem dokładałam cegiełkę do prowokowania wojen na Davis, żeby 335 mogło zarobić na sprzedaży broni. To był brutalny rachunek: ktoś podsyca konflikt, ktoś dostarcza broń, ktoś zbiera zyski. Czułam presję zewsząd. Nie dlatego, że ja tego pragnęłam, tylko dlatego, że reszta zaczęła na mnie liczyć. Oczekiwano ode mnie, że wyciągnę konsekwencje wobec tych nieostrożnych i naiwnych czarnuchów, którzy myśleli, że prawdziwa gra to sprzedaż kilku sreberek i bezmyślne wymachiwanie bronią. Dla mnie to była szachownica. Planowanie kilku ruchów do przodu, logistyka, ludzie i zasłony. Ktoś, kto strzela bez rozumu, zaraża resztę i wystawia nas wszystkich na ryzyko oraz na oczy grup z zewnątrz i federalnych, więc takich trzeba było eliminować, zanim zrujnują całą grupę. Każdy chciał być częścią tego krwioobiegu, każdy chciał się ogrzać przy tym ogniu. I przez chwilę to działało. Ale im więcej zbudowaliśmy, tym więcej zaczęło gnić. Cicho, powolnie i od środka. Ludzie zaczęli działać pod siebie, kombinować za plecami, ciągnąć własne linie, które przecinały się z naszymi. Zamiast jednej drogi powstało sto ścieżek. Każda prowadziła w inne miejsce, każda coraz bardziej oddalała nas od celu, oddalała od bycia potężnym imperium. Każdy chciał mieć coś dla siebie. Niektórzy gadali, inni knuli, jeszcze inni milczeli, bo wiedzieli, że cisza czasem jest bezpieczniejsza niż lojalność. Niektórzy chcieli błyszczeć, inni udowadniać, że potrafią lepiej. Tyle że w tym świecie każdy, kto chce błyszczeć, kończy z kulą w głowie albo w kajdankach. Widziałam, jak 335 rosło w siłę, jak ludzie ubierali się lepiej, mówili głośniej, zaczynali wierzyć, że są nietykalni. Ale nie mieliśmy jednego: wspólnego języka. Kiedy zaczynasz się zastanawiać, kto jest po twojej stronie, znaczy, że już jest po wszystkim. A potem widziałam, jak każdy z nich padał. Jedni od kul, drudzy od ostrzy w aorcie, trzeci od własnych kłamstw. Nie było jednego dnia, jednej kłótni, jednej strzelaniny, jednego potknięcia czy jednego morderstwa, który wszystko zakończył. To nie tak działa. To było jak powolnie gnijące ciało w ciemnej, wilgotnej piwnicy: mięśnie wiotczeją, ścięgna pękają jak stare sznury, a tkanki rozpływają się w śluzowatej mazi. Każdy fragment ciała traci formę, warstwa po warstwie i w końcu całość, która miała trzymać strukturę, odpada, odsłaniając cuchnące wnętrze, które nigdy nie powinno było ujrzeć światła. FBI jedynie dołożyło swoją cegiełkę. Naloty kilka razy w tygodniu, IRS na karku, wieczne przesłuchania i podsłuchy, jakby każdy oddech był dowodem. Bloki, które kiedyś tętniły życiem, stały się cmentarzyskami wspomnień. Wszędzie żółte taśmy z napisem Federal Bureau of Investigation, wybite drzwi, wywrócone do góry nogami mieszkania. Przez kilka długich miesięcy próbowali nas rozbić jako grupę ale udało im się wybić jedynie pojedyncze jednostki. Czarnuchy poznikały - na krótkie bądź długie wyroki a nawet dożywocia. Inni w ziemię. A ci, którzy zostali, już nie ufali nikomu. System nie musiał nas zniszczyć. Wystarczyło, że podkręcił chaos, który sami sobie zafundowaliśmy. W pewnym momencie zrozumiałam, że nie ma już czego ratować. Że to, co kiedyś było braterstwem, stało się ciężarem. Zdrada nie zawsze wygląda jak strzał w plecy. Czasem to tylko spojrzenie, które trwa sekundę za długo. Czasem to brak telefonu, kiedy powinien zadzwonić. Niewinne na pozór gesty, drobne manipulacje, niedopowiedzenia, które mnożyły wątpliwości. Czasem to ktoś, kto milczy, kiedy trzeba mówić. Widziałam wszystkie wersje. I każda kończyła się tak samo. Ktoś ginął, ktoś znikał, ktoś tracił wszystko. Taki sam los spotkał nielojalnych skurwysynów, którzy wystąpili przeciwko mnie, chcieli mi zaszkodzić i splamili moje imię. Wynajęcie ludzi do „posprzątania” było aktem przymusu - musiałam udowodnić, że moje słowo ma wagę i kiedy mówię, że polecą głowy to głowy muszą polecieć. To był pokaz siły na arenie półświatka. Zapłaciłam za ciszę i porządek, bo jeśli nie dotrzymam obietnicy ścięcia głów, nikt już nie weźmie mnie na poważnie. Przestałam wierzyć w jakiekolwiek jebane braterstwo. Knuck i Sazzy zginęli od kul. Wiedziałam, że to był gwóźdź do trumny 335, ale wiedziałam też, że zostało już niewiele do ratowania. W międzyczasie duże czarnuchy wyjechały poza San Andreas. Można powiedzieć, że dziesiątego października zaczął się dla mnie nowy rozdział. W tym świecie nie da się mieć skrupułów, jeśli chcesz utrzymać swoje imię przy życiu. Musiałam odejść. Przestałam być częścią 335. To już nie było moje miejsce, moi ludzie. Bo jeśli dom płonie, nie zostajesz w środku tylko dlatego, że kiedyś tam mieszkałeś. Zamykasz drzwi i idziesz dalej. Nowy porządek Teraz jestem tylko sobą. Niezależną jednostką, która nie ciągnie za sobą bloków, ruchu ani cudzych interesów. Teraz liczę tylko na własne decyzje, własne ruchy i własne imię. Nikt nie stoi nade mną, nikt mnie nie prowadzi. Jeśli mam czuć oddech feds na karku to tylko i wyłącznie przez swoje błędy, nie cudze. Ten oddech czuję od miesięcy, depczą mi po piętach, ale czuję, że wciąż jestem o krok dalej. Przesuwam się po mapie jak duch. Próbowali i próbują nas rozgryźć, robią naloty, cisną śledztwa, ale nie znajdują nic co mogłoby mnie udupić - bo nie jestem chaosem, jestem cieniem. Nigdy nie wpadłam na gorącym uczynku, mimo że rachunek sumienia jest długi. Czekam na pukanie do drzwi, bo wiem, że prędzej czy później ktoś zapuka, ale póki co udaje mi się z tego wychodzić cało. To nie przypadek. Fart? Może. Ale to efekt decyzji, zimnej kalkulacji i tego, że wokół mnie są ludzie, którzy wiedzą, kiedy zamknąć usta. Zabrałam jedynie ze sobą Phyllis i Bulla. Jedynych, którzy stanęli po mojej stronie i którym ufałam na tyle, by przejść z nimi przez ogień. Dalej planujemy robić swoją robotę, tylko teraz na własnych zasadach. Razem działamy jak trzy zębatki w jednym, precyzyjnie ustawionym mechanizmie. Każdy w swojej roli, każdy niezbędny, każdy dokładnie wie, co robić, by przetrwać i zarobić. Celujemy we wpływy, nie w wystawne życie. Narkotyki to wciąż serce interesu, pamiętając że kasa to cel, nie narzędzie. Dzięki nim mogę kupować czas, milczenie, ludzi, wpływy i ochronę. Ja zajmuję się tym co robiłam do tej pory - hurtowy handel dragami, pozyskuję kontakty, trzymam rękę na pulsie, badam rynek i planuję logistykę. Phyllis to mózg za ekranem - nie wychodzi na pierwszy plan, nie musi. Phyllis to nasza specjalistka od działania w cieniu. Jej świat to darkweb i kanały, o których normalni ludzie nie mają pojęcia. To ona znajdzie dostawcę, przetestuje próbkę, sprawdzi reputację po kodach, zamknie kontrakt i ukryje ślady tak, że nikt nawet nie pomyśli o powiązaniu. Jej atut to sourcing: potrafi wyskrobać towar z miejsc, gdzie inni widzą tylko ryzyko, i dostarczyć go prosto w nasze ręce. Bull, jak zawsze, ma oczy i uszy wszędzie. Jak cholerny szpieg. Jego intuicja nigdy nas nie zawiodła i jego ruchy sprawiały, że nic nie umknęło naszej kontroli. Nie pyta dużo, obserwuje, zbiera informacje i przekłada je na działania. Gdy trzeba - jest człowiekiem od brudnej roboty. Do tego pilnuje kasy. To on dba o jej wypranie. To jego odpowiedzialność, żeby pieniądz przestał śmierdzieć brudem a zaczął pachnieć legalną świeżością. Przed nami stoi cała plansza do zagrania. Wyzwania, ryzyko i możliwość pokazania, że trio może poradzić sobie tam, gdzie upadła cała armia. Teraz wszystko zależy od nas, naszych ruchów i tego, jak dobrze potrafimy utrzymać swoje imię przy życiu.
    9 polubień
  8. — Loren Joseph Contreras Jedynak, latynos przyszedł na ten cholerny świat dziewiątego lutego tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku (aktualnie ma trzydzieści osiem wiosen z głowy), zgodnie z planowanym terminem porodu, który miał miejsce w publicznej placówce medycznej działającą pod pełną nazwą Hospital Comunitario de Salud Familiar Dr. Eduardo Contreras Trabucco de Coelemuna na ziemi chilejskiej, dosłownie w samym centrum Coelemu - kilka mil od samego miejsca zamieszkania. Na szczęście sam naturalny poród odbył się bez większych komplikacji, w skali Apgar'a otrzymał siedem punktów (noworodek w dobrym stanie). Wówczas naturalnie po dwóch dniach rodzina mogła wrócić do swojego domu, który był położony na Pedro León Gallo 609. Rodzina nie żyła w najlepszych warunkach, co było typowe w tamtych czasach dla społeczności Chile, które było autorytarnym państwem prowadzonym przez dyktaturę wojskową Augusta Pinocheta przez co rodzina Contreras mierzyła się z pewnymi trudnościami. Małżeństwo Isidory (paszport Meksykański) i Leonardo (paszport Chile) miało problemy finansowe, które wcale nie pomagały w przypadku wychowywania dziecka, co bardzo zaniedbali. Za to matka, choć kontakt z nim miała marny to i tak od szkraba wpajali mu zachodnie wartości, dosłownie europejskie, tamtejszą ideologie i światopogląd - wolnego świata, do którego mieli kontakt tylko i wyłącznie przez książki, makulaturę i inne gówna. W rodzinie przejawiała się patologia - co z czasem stało się patologią, Leonardo często wracając do mieszkania był wkurzony łagodnie to opisując, wykorzystywał jego matkę realizując akty przemocy na oczach dziecka - Loren'a, do tego zażywał przy nim używki (alkohol, papierosy), a na dodatek dragi dla relaksu (?). Całość negatywnych wspomnień odcisnęły trwały ślad w pamięci Loren'a, później ojciec poszedł na odwyk - jeszcze w Chile (co faktycznie pomogło), lecz rany emocjonalne pozostały na amen. Loren wyhodował przez ten okres w życiu sobie lęk, boi się, że pójdzie w ślady ojca - stanie się agresywnym, brutalnym predatorem, która faszeruje się gównem (dragami), na dodatek każdy wybuch złości przypomina mu stare (niekolorowe) czas z dzieciństwa, a do tego ma lęk nad utratą kontroli - lubi, a w zasadzie kocha i musi mieć władzę, kontrolę i porządek - moment, gdy traci kontrolę budzi w nim naturalny stres. Co ciekawe aktów przemocy nigdy nie zgłoszono do agencji egzekwujących prawo. Wykształcenie rodziny pozostawiało wiele do życzenia. Ojciec pracował fizycznie w przemyśle wydobywczym za to matka była na tamte czas sprzedawcą w sklepie monopolowym, który był dosłownie pod domem. Nadgodziny i ciągła ciężka praca paskudnie ucinała kontakt z wychowywaniem dzieciaka (rodzice postanowili na rzecz spłacenia długów, które do dziś już zdołali spłacić), przez to ten spędzał często czas z swoją świętej pamięci babcią - Dolores, która w zasadzie go wychowała od dzieciaka, na bank spędził z nią o niebo więcej czasu niż z własnymi rodzicami. Często zatem wychodził dosłownie sam na dwór, gdzie korzystał z lat młodości (jeszcze nie świadomie, nie doceniał tego) uczył się żyć z otoczeniem czy samym środowiskiem, wtedy właśnie zaczął jeździć na deskorolce - czego z czasem się nauczył i wychodziło mu to całkiem w porzo, mógł sobie wpajać tytuł skajtera. Na dodatek czasem wychodził z babcią nad skromny, kameralny basenik, gdzie uczył się pływać od małego - co stało się również jego zainteresowaniem, a może hobby? Czy sposobem na zabicie czasu, bądź nudy. Z czasem doszło jeszcze przedszkole, które skończył mając sześć lat, wtedy właśnie ich życie się obróciło o sto osiemdziesiąt stopni, kiedy ojciec Loren'a Joseph'a Contreras'a - Leonardo zdołał otrzymać wizę pracowniczą H-1B do Stanów Zjednoczonych Ameryki, trzy lata po tym jak władza w Chile została przejęta w demokratycznych wyborach przez Patricio Aylwinowia. Wtedy zdecydowali się opuścić i zapomnieć o tutejszym życiu (zostawili wówczas resztę rodziny samą, Loren'a głównie bolała, wtedy stara bliskich relacji z babcią, a finalnie brak możliwości przylotu na jej pogrzeb) i udali się publiczną komunikacją do Santiago, z którego zrealizowali lot rejsowy do Los Santos, w stanie San Andreas, gdzie to właśnie rozpoczęli dosłownie nowe życie - od nowa stawiając kroki, ojciec (potrafił język angielski) został przetrzepany pod względem wizy i dokumentów przez US Customs and Border Protection. Po przejściu rozmowy stawali się legalnymi rezydentami z możliwością starania się o stały pobyt (co finalnie cała rodzina zrobiła, ba! Nawet kilka lat później aplikowali o obywatelstwo - jak jeszcze była szansa). W dniu dzisiejszym rodzicom Loren'a brakuje dosłownie kilka lat i przejdą na wymarzoną emeryturę, gdzie dostaną kilka centów od pieprzonego systemu emerytalnego przez pracę Leonardo w PostOP i Isidory w LTD Gasoline. Loren czuł się niekomfortowo, poznawał dopiero język angielski - uczył się go w praktyce (najlepiej, najłatwiej) przez co teraz z przyjemnością może się szczycić, że biegle nawija w języku angielski m i hiszpańskim (korzysta z nich na co dzień w pracy) - język przyszedł mu z łatwością, a zwłaszcza, że był jeszcze wtedy dzieckiem, choć gdy wtedy rozpoczynał primary school był wyśmiewany przez rówieśników, z czasem zdobył ich zaufanie i szacunek. W trakcie dojrzewania zmienił się - stał się bardziej stanowczy, samodzielny, zdecydowany, asertywny, zazdrosny, lecz niestety również arogancki, a często i bezczelny.. Potrafi być też fałszywy, leniwy i na pewno wulgarny (przejawia to na różne sposoby) i chamski dla ludzi, którzy są dla niego nie myli - łagodnie interpretując. Potrafi wybuchnąć jak wulkan pozytywnymi, bądź negatywnymi emocjami. Buc z temperamentu jest cholerykiem, niby ma umiejętności dowódcze. Za dzieciaka był zamknięty w sobie, a teraz? Jest ekstrawertykiem. Za nastolatka, już w czasów high school był demoralizowany przez swoje środowisko - imprezy z używkami, alkoholem i dragami za to nigdy nie został aresztowany i postawiony przed sądem rodzinnym, uszło mu to na sucho. Do dnia dzisiejszego w jego życiu pozostały dwie używki, które praktykuje w każdej wolnej chwili, to znaczy energetyki co uznaje za priorytet w życiu, jego rutyną stała się dosłownie nikotyna oraz tauryna, a do tego tytoń, który nałogowo wypala w powietrze, choć sam sobie łatki uzależnienia nie przybije, nie widzi tego sam. Będąc w high school potrafił swoje kilka centów (kieszonkowe) przewalić w zakładach z kumplami czy na stronkach powiązanych z szajkami kasyniarzy, do dnia dzisiejszego potrafi coś nie coś zostawić po sobie w kasynie przy trunku. Skończył tylko i wyłącznie marne Fairfax High School, nie miał ambicji, aby później studiować jakieś prawo czy medycynę - rodzice go do tego nie zmuszali, a sam nie miał takich pomysłów na siebie - jest prostym facetem bez forsy, a college, bądź uniwersytet to nie jego droga do szczęścia. Ludzie go za to punktują, lecz bezskutecznie - wisi mu zdanie innych ludzi związku z tym mając ich dosłownie w dupie. W trakcie swoje aktualnej roboty pali papierosy po kryjomu, non stop. Do tego tłuste żarcie - niby to wszystko to przepis do zawału, cukrzycy czy innego gówna ale niestety on to po prostu kocha, a gdy widzi jeszcze dłuższą listę produktów (chemii) użytych do produkcji produktu spożywczego bardziej świecą mu się oczy ze smaku, mógłby wpieprzać ciągle podwójnego cheeseburger'a w zestawie powiększonym z frytkami i eCola®, często korzysta z takiej opcji, nie lubi gotować, a jednocześnie nie ma kto mu gotować. W dzisiejszej dobie jest samotny, w skrócie singlem - w jego życiu przewinęło się kilka, może kilkanaście romansów, lecz nic więcej z tego nie było, a na pewno nie /miłość/ i jej owoce wylane w eter. Rodzice od dzieciaka wpajali mu religię i wiarę jako priorytet w życiu, że to dzięki wierze i zaufaniu odnajdzie do drogę do czegoś wielkiego, co da mu wieczne szczęście i masę cholerny głupot! Wszystko to prowadziło do wprowadzenia do jego życia wiary chrześcijańskiej.. Dużo z tych wartości w sercu czy łbie mu wcale nie zostało, koleś preferuje termin deizmu (Bóg stworzył świat ale w niego nie ingeruje), choć i tak się do tego nie przyznaje, a na Boga rzadko się odwołuje - tylko, gdy ma jakieś obrzydliwe problemy w życiu, poza tym zapomina o wierze - nawet z dnia na dzień bliżej mu do zostania ateistą - żyje dniem i ma motto życiowe, dość popularne w popkulturze - "carpie diem", chwytaj dzień. W swoim idealnym świecie jest dość tolerancyjny i z pierwszego spojrzenia (z granicą dobrego smaku), za to ma swoje własne zdanie i światopogląd, z którym na ogół się nie afiszuje, aby nie wyjść na (słabego) pana losu, jak większość hrabstwa Los Santos wspiera lewą stronę polityczną - Demokratów, uważa, że to właśnie imigranci (którym on sam jest) zbudowali w zasadzie ten cały kraj od podstaw, a polityka dotycząca deportacji na tle rasowym czy pochodzeniowym jest dla niego głupotą, dosłownie wymysłem aktualnego prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki, z którym się nie zgadza, w ogóle.. Związku z swoimi poglądami chwali sobie aktualnego szeryfa - Richard'a G. Lunę. Robi często z siebie filozofa - lubi popierdzielić jakieś głupoty pod swoim kinolem, lubi się /zamyśleć/ i wyobrazić przyszłość. Po skończeniu high school i zrobieniu licencji kierowcy zdecydował się pracować jako kurier w tej samej firmie co jego ojciec - Leonardo, PostOP - robił to dosłownie niecałe trzy lata (na siłę), po czym skończył w kasynie na rok - jako krupier. Te prace nie dawały mu wystarczająco satysfakcji, nie mógł znaleźć nic dla siebie, a na bank wchłonęła go era komórkowa, która pędziła jak burza, wcale nie była zrównoważona. Potrafił spędzać kilka godzin dziennie mając wpatrzone gały w matrycę smartfona jak dzieciaki w dzisiejszej dobie, scrollował sobie media społecznościowe szukając szczęścia i zabijając nudę - bezskutecznie, ciągle oglądał durne filmiki. gdzie nagle zdołał obejrzeć filmik promocyjny Los Santos County Sheriff's Department, który zachęcał społeczność do dołączenia w szeregi departamentu (przez ówczesne problemy kadrowe), co później wpłynęło na jego przyszłą (aktualną) pracę. Loren przez długi czas buntu respektował i szerzył hasło "All Cops Are Bastards" silne hasło polityczne i antypolicyjne ukazujące bunt w kierunku agencji egzekwujących prawo i mówiące o brutalności takich służb - zwłaszcza w takich czasach. Koleś na swoje szczęście nie wytatuował sobie na ciele takiego hasła i chwała mu za to.. Z czasem jego zdanie się zmieniło, uznał, że to właśnie agencję egzekwująco prawo odpowiadając za bezpieczeństwo i porządek na tych ulicach. Długo nie trzeba było czekać i w dwutysięcznym drugim roku rzucił tą pracę w kasynie w pizdu. Uznał, że wcale się do niej nie nadaje, a na dodatek miał złe, może bardziej marne relację z resztą personelu lokalnego, mniejszego kasyna (gdzie zarabiał skromną kasę), zdecydował się poszukać czegoś nowgo - przeglądając media społecznościowe i inne fora w sieci znalazł ofertę pracy w Los Santos County Sheriff's Department (przez brak wakatów), uznał tą pracę za godną, a do tego zajebiste zarobki bez studiów zachęciły go jeszcze bardziej do jej podjęcia! Przeszedł wówczas ciężką, oporną, a na dodatek jedną z najtrudniejszych akademii na świecie, po której wylądował na okres osiemnastu miesięcy służby w więzieniu hrabskim - Men’s Central Jail, gdzie ogarnął co i jak, nie raz dostał po mordzie, a na dodatek poznał dokładniej kulturę gangów. Finalnie, gdy doczekał się wolnego Traning Officer'a dołączył do Field Training Program przeszedł go pozytywnie i zdołał otrzymać lapel pin stacji dwudziestej ósmej w mieście Davis. W trakcie zdobywał doświadczenie i zaufanie u reszty zaprzysiężonych zastępców. Z czasem, konkretniej po kilku latach służby przeszedł do Major Crime Bureau - Vice Detail, gdzie latając w cywilnych ciuchach głównie zajmował się prostytucją, handlem ludźmi w celach seksualnych, pornografią, hazardem, nielegalnymi loteriami z wyłączeniem zakładów bukmacherskich, walk kogutów i psów oraz zakładów sportowych oraz nielegalną sprzedażą alkoholi. Wówczas został awansowany na seniora za zdobyte i sprawowane doświadczenie, osiągnięcia i zrealizowane operację, przede wszystkim brał udział w Reclaim and Rebuild czy John Detail i innych.. Kilka lat później, a trzy lata temu pozytywnie ukończył kurs na sierżanta (przez co dziś jest młodym sierżantem), kończący się egzaminem pisemnym.. Który finalnie zaliczył pozytywnie co dostarczyło mu satysfakcję, a na dodatek ulgę po zaliczeniu. Zdecydował się wrócić do centralnej dywizji patrolowej na stację (wybrał ją), gdzie zaczynał swoją przygodę w departamencie szeryfa hrabstwa Los Santos, lecz tym razem z szewronami sierżanta (z granicą dobrego smaku wykorzystuje robotę senior'ów chodząc po scenach i szukając przysłowiowego kija do dupy, szuka potknięć zastępców, które później punktuje, a resztę? Pozostawia zastępcą bonusowanym). Do tej pory stara się zazębiać braterskie relacje z własnej inicjatywy z innym członkami zespołu ze zmiany czy całej stacji, choć w ogóle pracował w czasach kryzysu i masy afer w departamencie uniknął konfrontacji z mediami, na jego opinię nic źle na szczęście nie wpłynęło, nigdy nie był, ani do tej pory nie jest związany z gangami zastępców - co wyszło mu na dobre, nigdy nie był członkiem Davis Executioners, choć często był manipulowany i zachęcany do diabelskiego zła na podtekście rasowym czy kulturowym, także gangstera pod gwiazdą nigdy nikt nie mógł przy przypiąć, a kontakt z takimi zastępcami naturalnie ma - nawet ma go do tej pory, w szeregach spacji jest ich kilkunastu, lesz samo Los Santos County Sheriff's Department nic nie działa w kierunku pozbycia się gangów zastępców, ze swoich struktur łamiąc prawo stanowe, także ten ma to głęboko w kinolu. Co często podkreśla i w zasadzie wyróżnia się na tle innych zastępców szeryfa nosi trzy pięcioramienne miniaturowe, materiałowe gwiazdki służbowe co odpowiada za co najmniej piętnaście lat służby pod gwiazdą szeryfa, przypomina sobie tym czas spędzony w pracy, na zmianie czy też w trakcie służby. Co ciekawe zawsze nosi przy sobie dwie pary okular, przeciwsłoneczne i korekcyjne - ma lekką wadę wzroku. Nienawidzi makulatury, ani innych książek (przede wszystkim przez to, że nie lubi papieru, który kojarzy mu się z biurokracją, do której do tej pory ma problem, a na dodatek nie widzi małych literek) - woli kino i stosunkowo lubi takie wypady, przeszedłby na wszystko co jest elektryczne? Technologia według niego to przyszłość, ufa jej, a na pewno znacznie ułatwia jemu całe życie, jest zbyt leniwy, żeby tracić czas na takie pierdoły, korzysta z AI (co często mu jednak uprzykrza życie, choć w to wierzy). Ma cały ryj, a z resztą też całe ciało w skazach czy niedoskonałościach, przez długi czas nie dbał o siebie jak powinien i taki jest, nie przeszkadza mu to zbyt (choć prywatnie jest to jego kompleks i jest to jego problem, unika tematu), również pojawiają się na jego twarzy pierwszy zmarszczki przez stres, choć dzięki niemu i adrenalinie kocha tą robotę, nie myśli o innej. Jest cały we włosach, choć goli się na twarzy - zostawia tylko zgrabny (regulaminowy) wąsik. Na ciele posiada również dwa ciemne tatuaże - jeden stacji dwudziestej ósmej (co dla zrzeszenia robi większość zastępców) oraz drugi na lewym barku w postaci dwóch czaszek - nie przedstawia niczego bardziej drastycznego, a na co dzień je zakrywa, głównie rękawkiem - naturalnie. Z jego formą, sylwetką nie jest wcale okropnie, bo jest całkiem OK, nie jest muskularny, ani gruby.. Jest przeciętniakiem, po prostu zwykły - jego tkanka tłuszczowa z mięśniami całkiem się wyrównuje, a do tego jego wzrost w miarę to wyrównuje (175 lbs, 5'8''). Jest mańkutem (leworęcznym) i wisi mu to, cały swój szpej to znaczy sprzęt trzyma po lewej stronie, aby było mu wszystko pod ręką. Ma również alergie na pyłki, kurze oraz lateks, co przeżywa.. Przez całe życie nie zdarzyło mu się oddać strzałów w kierunku człowieka, aby kogoś /zabić/ - ma czyste sumienie z resztą jak większość zastępców szeryfa, jego jedyne oddane strzały były tylko i wyłącznie na certyfikowanej strzelnicy LS County Sheriff, konkretnie na obiekcie Weapons Training Unit albo na prywatnych strzelnicach (dla samorozwoju osobistego, bądź rekreacji) przez co na jego szczęście nigdy nie miał rozwiniętego postępowania w Internal Affairs Bureau i Justice System Integrity Division. Wozi swój niezadbany zadek w Vulcar Ingot z dziewięćdziesiątego ósmego roku - dobrze mu w tym złomie, lecz planuje zmianę. Ma własne mieszkanie (gdzie ma burdel, a tak na poważnie to typowy bałagan dla samotnika) - żyjąc na kredycie, który powoli spłaca (jakoś) ale na życie co ważne starcza mu. LIVEINVADER — Rutilio Villarreal Latynos pojawił się na świecie trzynastego marca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku (przeżył na tym świecie trzydzieści dziewięć lat) w Los Santos Community Hospital położonym na 4081 E Olympic Boulevard, SA 90023 w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Najmłodszy syn małżeństwa Villarreal'ów. Syn Pascual'a - gliniarza z Davis Police Department (który po zamknięciu departamentu przeszedł do LS County Sheriff's Department) i Matilde - recepcjonistki. Nie poznał nigdy swojej biologicznej matki - Juanity Curiel, był wpadką z imprezy (matka się go wyparła) i został u ojca, z którym i tak miał gównianą relację, często mu się sprzeciwiał, rzucał się do niego dosłownie od małego. Choć rodzina nie miała fortuny to żyła całkiem w porządku, nie mieli długów.. Wypłaty starczały na wyżywienie, opłaty i edukację dzieciaków, lecz na skromne wakacje nie byli wstanie sobie pozwolić, co najwyżej wypad pod namioty w środku lasu (co praktykowali). Dzieciak od małego miał wpajane do łba wartości /chronić i służyć/, bo przez to każdemu żyłoby się wspaniale, a społeczeństwo nie narzekało. Skończył tylko Davis High School, uczęszczał tam bo miał najbliżej do chaty - mieszkał całkiem obok, trzy przecznice dalej, dojeżdżał autobusem. Po ukończeniu etapu edukacji udał się do US Army, gdzie spędził następne cztery lata - mając dwadzieścia jeden lat dołączył do akademii, którą przeszedł, kolejno spędził osiemnaście miesięcy w hrabskim więzieniu - Men’s Central Jail, realizując straż, przez brak wakatów (wówczas miał pierwsze poważne zetknięcie z półświatkiem przestępczym). Finalnie trafił do Central Patrol Divison, lądując na stacji dwudziestej ósmej w mieście Davis.. Tam spędził swój Field Training Program, po którego ukończeniu otrzymał lapel pin stacji, a kolejno przeszedł do Major Crime Bureau - Vice Detail, gdzie latając w cywilnych ciuchach pełni służbę pod gwiazdą szeryfa po dziś dzień nie występując publicznie, nie pcha się na pierwszy plan (z resztą polityka tego detalu nawet to zabrania). Na swoim koncie zaliczył kilkaset aresztowań - liczy, że w końcu otrzyma challange coin'a za tysiąc aresztowań (niewiele mu brakuje). Kocha swój tytuł 'Vice Investigator', czuje przez to sam do siebie respekt, a na bank podbija mu to EGO. Zdołał brać udział w kilku publicznych medialnie akcjach Vice Detail, to znaczy John Details, bądź Reclaim and Rebuild. Uzależniony od nikotyny, wciąga kilkanaście papierosów codziennie karmiąc choroby nowotworowe, a na dodatek swoją dietę wzbogaca o energetyki i gówniane (tłuste) żarcie. Rozwodnik bez dzieciaka, sam zdradził laskę z kochanką (która z nim zerwała). Lubi oglądać jak gra LS Dodgers' w baseball. Preferuje działać solo, choć jak musi.. To idzie na współpracę - lubi mieć wszystko po swojemu, ma w sobie coś z egoisty. Oddał trzykrotnie strzały w kierunku człowieka, finalnie jego postepowanie w Internal Affairs Bureau i Justice System Integrity Division zostało umorzone, choć strzały zostały oddane na tle rasowym (jest rasistą i homofobem - nie pasuje do reszty społeczność Los Santos). Korzysta z pracy bez kamery nasobnej, czuje wówczas komfort. Jest zwolennikiem skrajnie prawicowej polityki, aktualnego prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki, co wybory głosuje na ludzi z karty Republikanów. Ma niestety niewyparzony język, a przez to lubi się z kimś pogryźć albo nadużywać wulgaryzmów w przestrzeni publicznej.. Zakres działań Vice Detail: - zwalczanie prostytucji, sutenerstwa i handlu ludźmi; - egzekwowanie nielegalnej pornografii; - nie przyzwoite zachowania i pokazy; - nielegalny hazard i działalność nielegalnych kasyn; - inspekcje obiektów licencjonowanych przez Alcohol Beverage Control (ABC); - przestępstwa obyczajowe i alkoholowe (ochrona nieletnich); i - inne nielegalne zakłady/gry.
    9 polubień
  9. Soak & Spoke to rozwijająca się surferska knajpa typu fast food w Los Santos, w której zasady są proste – świeże i dobre jedzenie, podawane szybko i w cenach, na które każdy może sobie pozwolić. To nie luksusowy lokal, tylko spot dla ludzi żyjących plażą, słońcem i falami. Idealne miejsce, by złapać kanapkę po zejściu z deski czy podczas chillowej przechadzki po molo. Można też zostać na dłużej i poczuć klimat surf shacku, gdzie dla każdego zawsze znajdzie się miejsce. Knajpa mieści się na Del Perro. Sam lokal przez rok stał pusty, gotowy do przejęcia, aż w październiku 2025 roku pojawiła się Skye Blade. Z doświadczeniem w gastronomii i charakterem, tchnęła w to miejsce nowe życie. Teraz Soak & Spoke zaczyna działać pełną parą, przyciągając surferów, turystów i lokalsów. W powietrzu najczęściej unosi się zapach pieczywa, grillowanych składników i przypraw, a w głośnikach króluje surf rock i rock’n’roll. To miejsce MA BYĆ głośne, pełne gwaru i energii. Takie, gdzie każdy od razu czuje się częścią surferskiej rodziny. Menu to miks prostych, sycących dań, które mają jedną wspólną cechę - każdy może sobie na nie pozwolić. Kanapki robione są na świeżo wypiekanym pieczywie, do tego dobre mięso, zawsze świeże warzywa i sosy przygotowywane na miejscu, a nie z jakichś gotowych butli. Burgery są solidne, nie tekturowe jak w niektórych fast foodach, a dodatki można dobierać pod siebie. W ofercie są też wrapy, lżejsze i idealne na szybko. Dla tych, co wolą rybę, wpadają kanapki w klimacie seaside. Do lokalu zagląda dosłownie każdy, kto kręci się wokół Del Perro. Gośćmi są m.in. surferzy, którzy wpadają prosto z plaży, skejci rozgrzewający klimat w grupach, a także lokalsi – od robotników po młodzież z okolicy, którzy również zaczynają traktować to miejsce jak swój codzienny przystanek. Soak & Spoke powoli staje się miejscem spotkań całego Del Perro, gdzie jedzenie i klimat idą ze sobą w parze. W planach lokalu jest nie tylko karmienie ludzi, ale też budowanie klimatu wokół niego. Skye Blade chce, żeby knajpa była postrzegana jako część Del Perro, a nie tylko kolejny surowy fast food, który wpadł i zniknie. Przede wszystkim chciałaby, aby zaczął funkcjonować system "Happy Hours", czyli w konkretnych (wieczornych) godzinach jedzenie i napoje byłyby o dany procent tańsze. Do tego dochodzą różnorodne konkursy, które mają pobudzić mieszkańców do życia wieczornymi porami oraz mieli okazję spędzić wspólnie czas w dobrej atmosferze. Przez to, że jest to knajpa z jedzeniem, będzie organizowany tak zwany "Soak Challenge", który polega na zjedzeniu ogromnego burgera w 10 minut. Takie akcje mają na celu zrobić trochę szumu, przyciągnąć grupki ludzi i przede wszystkim dawać ludziom fun. Dodatkowo Soak & Spoke chce wychodzić poza mury lokalu. Zaczną pojawiać się mini eventy na molo czy też darmowe frytki albo lemoniada podczas imprez plażowych. A żeby pokazać, że lokal żyje duchem „od ludzi dla ludzi”, planowane są akcje rozdawania darmowych kanapek mieszkańcom Del Perro, a w szczególności tym, którzy nie zawsze mogą pozwolić sobie na ciepły posiłek.
    8 polubień
  10. **W sobotni wieczór, 11 października, punktualnie o 18:00, zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią na social mediach, DTA JULZ wypuścił swój najnowszy kawałek „Sad Too Soon”. Utwór powstał w zupełnie nieplanowanych okolicznościach - podczas spontanicznej sesji w studio City Boys która z założenia miała być po prostu melanżem ze znajomymi. W pewnym momencie JULZ po prostu wskoczył do booth, a z jego freestyle narodził się surowy, emocjonalny numer. Między ludźmi w studiu krążył kamerzysta, który uchwycił autentyczne momenty i zajawkowe przebitki - to właśnie one posluzyły później jako materiał do teledysku. Zarówno kawałek, jak i klip powstały tego samego wieczoru, a ich premiera odbyła się bez żadnych opóźnień, dokładnie według planu. Sad Too Soon to surowy, kawałek bardziej recytowany niż śpiewany, wypełniony emocją i szczerością. JULZ położył na tracku coś więcej niż tylko barsy - swoja dusze. Dla innych może to być zaskakujący zwrot, może nawet flop, bo w numerze trudno doszukać się znanego z wcześniejszych produkcji muzycznego flow. Jedno jest pewne - to eksperyment i krok w kierunku nowego brzmienia.** klip w całosci nakrecony na klimacie DANE + praca na socialach ODGRYWKA
    8 polubień
  11. Los Santos County Fire Department P.S - Film stworzony w celach humorystycznych!
    8 polubień
  12. Stary budynek przy 2000 Ocean Avenue pamięta więcej niż niejeden mieszkaniec tej dzielnicy. Kiedyś, jeszcze w latach 80., działał tu lokal o nazwie Blue Shell Bar — mały, zadymiony bar dla robotników i surferów, którzy kończyli dzień w oparach piwa i soli z oceanu. Później, w latach 90., budynek zmienił właściciela i stał się klubem karaoke, gdzie przez kilka lat przewijał się tłum ludzi z plaży, lokalnych artystów i wiecznych bezrobotnych. Z czasem wszystko podupadło — dach zaczął przeciekać, prąd był odcinany co kilka miesięcy, a ostatni właściciel wpadł w długi. Gdy zgasły ostatnie neony, lokal zamienił się w opuszczone miejsce, w którym tylko wiatr grał muzykę na rozbitych szybach. Nowe życie dla tego miejsca przyniosło Straight Satans MC — klub, który od lat miał swoje korzenie w Venice, jeszcze z czasów, gdy Dogtown był bardziej legendą niż atrakcją turystyczną.Nie była to inwestycja z kalkulatorem w ręku — raczej decyzja podjęta przy stole, z butelką whisky i wspomnieniem dawnych czasów. Lokal został przejęty w ramach spłaty długu — dawny właściciel, Manny Ortega, nie był w stanie uregulować zobowiązań po swoim bracie Rico, który wpakował się w poważne kłopoty i zniknął z miasta. Zamiast pieniędzy, klub dostał klucz i papier: 90 dni zarządzania lokalem, w ramach czego zobowiązał się do postawienia miejsca na nogi. Zarządzanie klubem odbywa się w ramach tymczasowej umowy (90 dni management lease), z możliwością przedłużenia. Przez ten czas Straight Satans MC odpowiada za remont, rachunki, bezpieczeństwo i prowadzenie lokalu. Właściciel wciąż widnieje w dokumentach, ale faktyczna kontrola leży po stronie operatora — tak długo, jak miejsce działa i nie generuje strat. Część przychodów trafia do właściciela jako spłata długu, reszta zostaje w kasie na utrzymanie i dalsze inwestycje. Velvet Coast opiera się na budowaniu klimatu autentycznego, brudnego baru ze strip tease, który działa jako legalny front dla działalności powiązanej z ulicą i środowiskami outlawowymi. Klub stanowi punkt spotkań, miejsce wymiany informacji i napięć między postaciami, a nie jedynie tło dla tańców — jego siła tkwi w atmosferze ryzyka, relacjach międzyludzkich i podszytym niepewnością zaufaniu. Każda noc to okazja do odegrania scen między klientami, pracownikami i ludźmi z zewnątrz, gdzie granica między interesem a emocjami jest cienka. Tancerki i obsługa baru funkcjonują jako twarze klubu, ale też jako łącznicy — potrafiący przekazać informację, załatwić kontakt lub ukryć to, czego nie powinien widzieć nikt spoza kręgu. Na zapleczu, w cieniu głównej sali, odbywają się spotkania, rozmowy i układy — to przestrzeń, w której klub żyje naprawdę: miejsce nielegalnych ustaleń, prywatnych transakcji, cichego hazardu i rozmów, które nigdy nie trafią na papier. Dzięki temu Velvet Coast ma być przestrzenią otwartą dla wielu środowisk – bikerów, lokalnych przestępców, biznesmenów, a także zwykłych mieszkańców Venice – pozwalając wszystkim tworzyć opowieści pełne napięcia, ryzyka i ludzkich słabości. Velvet Coast Strip & Lounge mieści się w dawnym budynku Blue Shell Bar, położonym bezpośrednio pod Santa Monica Pier, w bocznej alejce odchodzącej od Ocean Avenue. Front lokalu od strony promenady został dawno zamknięty, a całe wejście przeniesiono na tył — przez stalowe drzwi prowadzące z wąskiego zaułka technicznego, oświetlonego jedynie czerwoną żarówką nad framugą. To właśnie ta dyskretna lokalizacja, niewidoczna dla turystów i przypadkowych przechodniów, nadaje miejscu charakteru — Velvet Coast funkcjonuje w cieniu świateł molo, nie będąc częścią jego turystycznego zgiełku. Stary bar, niegdyś popularny wśród lokalnych robotników i rybaków, po latach stagnacji został odkupiony i przekształcony w klub działający półoficjalnie, zachowując w środku część oryginalnych elementów wystroju.
    6 polubień
  13. **11 Października 2025 roku na streamingach po dłuższej przerwie ujawił się kolejny singiel młodej artystki NAli. Utwór opowiada o pewności siebie, dominacji oraz niezależności kobiety która osiąga sukcesy i nie pozwala nikomu umniejszać swojej wartości. Ton utworu jest bezpośredni, pewny siebie oraz prowokacyjny. "Ja" Pokazuje że jest ponad plotkami zazdrością, oraz kopiami które próbują ją naśladować. Krótko mówiąc utwór to rapowy manifest kobiecej potęgi o byciu liderką, pewności siebie oraz wysokich wartości.** __________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________ Lyrics Promocja, Rozgrywka, Koszta Dane Postaci
    6 polubień
  14. **Wczoraj w Redline tavern została zoorganizowana pierwsza od dawna potańcówka w rytmach lat 90/00, zabawa była świetna przez Taverne przebiło się dużo nowych twarzy i nie tylko. Liczne nagrody od najlepszego stroju w tych latach po najlepszego imprezowicza nocy**
    6 polubień
  15. zrobili hopki na autostradach Prosze Zwolnic
    6 polubień
  16. TOGETHER FOR AWARENESS, STRENGTH, AND HOPE. PROUD TO SUPPORT THE PINK PROMISE BY VANTÉ #PINKOCTOBER 💗 CARMEN & BLANCA CARVANTES #1 #2 [08.10] AUTUMN WHISPERS - SELAH VALDES X ZAHRAH AULAQI #1 #2 #3
    6 polubień
  17. Podsumowanie (Końcówka 09.2025, Początek 10.2025 Wrzesień-Październik) Przyjaźń trwa dalej 21 września Jonas Ward zdecydował się opuścić The Rearview Lovers. Koniec wspólnego grania nie oznaczał jednak końca przyjaźni z Gracie Welch i Nicholasem Harmonem. Trójka wciąż regularnie spotyka się w Mayco's - barze, który prowadzi Nicholas. To te wieczory pokazują, że ich relacja to coś więcej niż tylko wspólna scena. Pierwsze kroki w karierze solowej Koniec września i początek października to dla Jonasa czas intensywnej pracy. Nicholas pomógł mu nawiązać kontakt z Reganem Flaherty, który zaproponował mu występ. To będzie pierwszy raz, kiedy Jonas wystąpi solo przed publicznością. Pracuje teraz nad swoim pierwszym singlem, który powinien wkrótce ujrzeć światło dzienne. To ma być coś zupełnie innego niż to, co grał z The Rearview Lovers - jego własne brzmienie, jego wizja. Ciekawe, że rozstanie z zespołem nie zamknęło go w sobie. Wręcz przeciwnie. Jonas zaczął więcej rozmawiać z ludźmi, chętniej spędza czas w Mayco's, nie tylko z Gracie i Nicholasem, ale też z innymi bywalcami. Słucha ich historii, dzieli się własnymi przemyśleniami. Życie prywatne W życiu Jonasa pojawiła się też nowa osoba. Ta relacja wymaga od niego czegoś, czego wcześniej unikał - otwartości. Musi dzielić się nie tylko tym, co dobre, ale też swoimi wątpliwościami związanymi z nową drogą, którą obrał. byli członkowie Lovers widzą w nim zmianę. Więcej się uśmiecha, łatwiej przychodzi mu prosić o radę. Nie boi się pokazać, że czasem nie wie, co dalej. Ich wsparcie pomaga mu nie tylko jako artyście, ale przede wszystkim jako człowiekowi. Podsumowanie Te kilka tygodni to był dla Jonasa naprawdę ważny czas. Opuścił The Rearview Lovers, ale nie stracił przyjaciół. Zaczął budować coś swojego - i singiel, i nowe relacje. Otworzył się na ludzi w sposób, którego nikt się po nim nie spodziewał. Ten zamknięty wcześniej facet nagle stał się kimś, kto potrafi przyjąć pomoc i szczerze rozmawiać o tym, co go trapi
    5 polubień
  18. "Wanna come to the court, nigga, just let me know Bitch worryin' about the next bitch, I'm finna let her go Ayy, ayy, bitch, it's more spots than just Figueroa Ayy, ayy, cuddy FaceTimed me with a chilli roll"
    5 polubień
  19. Written by Svat’ - 11/10/2025 Tocząc się przez oś naszego czasu codziennym, a czasem wręcz rutynowym życiem - napotykamy na swojej drodze niewyobrażalną ilość informacji. Plakaty, media, portale społecznościowe, ogłoszenia; bez względu na to, którą z powyższych opcji rozpowszechniania informacji wybierzemy, każda z nich dostarcza nam masę przeróżnej maści oraz formy treści informacyjne, przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, przez siedem dni w tygodniu. Z pewnością wielu z nas nie przykłada zbyt dużej wagi do tego, co proponują nam wspomniane formy komunikacji masowej - i nic w tym dziwnego, bo czasem jest tego najzwyczajniej w świecie zbyt wiele. Niemniej jednak, bez względu na to czy faktycznie interesujemy się treścią widywanych komunikatów, czy może przeklikujemy je bez większej refleksji, jedno jest niemal pewne - zawsze jakiś niewielki ułamek tego co czytamy, widzimy prędzej czy później zapisze się w naszej głowie. Brnąc dalej w tą teorię, nie sposób jest przeoczyć fakt, że duża część pojawiających się w internecie postów, dotyczy motoryzacji. Ogłoszenia, reklamy, imprezy tematyczne, różnej maści przedsiębiorstwa skupiają swą uwagę na pojazdach mechanicznych. Mówiąc prosto, a być może nawet i na skróty - rynek motoryzacyjny w stanie San Andreas ma się świetnie. A przynajmniej sprawia wrażenie bycia w świetnej kondycji, choć ten temat raczej powinien znaleźć się w osobnym artykule. Dziś zerkniemy na sprawę mocno punktowo, bo skupimy się na konkretnym miejscu - które może być naszymi drzwiami do motoryzacyjnego świata, gdy już znajdziemy się w posiadaniu odpowiedniego zasobu gotówki, a przede wszystkim Driver License. Z racji że mocno uogólniony wstęp nakreślił nam temat wejścia do świata motoryzacji, z pewnością już spodziewacie się tego, że meritum dzisiejszego tekstu będzie miejsce w którym możemy samochód pozyskać. Nie skupimy się jednak na samochodach oferowanych w katalogach dealerów samochodowych, a na rynku wtórnym - który z pewnością jest dla wielu osób zdecydowanie łatwiej dostępny, a równie często bardziej opłacalny. Weźmy więc pod lupę jednego z reprezentantów komisów samochodowych, a będzie to BSK Cars, lokalu mieszczącym się w granicach Mission Row, w którym możemy kupić, sprzedać - ale również i wymienić swój pojazd. Jednak rozegrajmy to w odpowiedniej kolejności. W przypadku komisu samochodowego jakim jest BSK Cars, ciężko jest nam mówić o lokalu, zastanawiacie się dlaczego? Bo w praktyce nie jest to lokal, a plac na którego terenie działa obecnie komis samochodowy spod szyldu BSK. Oczywiście to nie tak, że wszystko tam odbywa się kolokwialnie mówiąc ‘na dziko’, czy ‘na kolanie’ - ponieważ na samym środku placu znajduje się niewielkie, aczkolwiek bardzo eleganckie biuro. Oznacza to, że cały proces obsługi klienta zostanie przeprowadzony na możliwie najbardziej profesjonalnym poziomie. I rzeczywiście tak jest, w tytułowym autokomisie z pewnością nie będziemy mogli narzekać na słabą jakość obsługi, bo ta funkcjonuje z naprawdę wysoką jakością. Pracownicy są bardzo sympatyczni, pomocni - a przede wszystkim chętni do dobicia dogodnego targu, co w handlu jest przecież najważniejsze. Pomimo niewielkiego na tle konkurencji placu, wybór pośród samochodów oraz jednośladów jest naprawdę rozmaity. Powierzchnia należąca do BSK jest wypełniona po brzegi różnej maści samochodami, dzięki czemu większość z nas powinna znaleźć coś dla siebie. W momencie gdy ja sam miałem możliwość odwiedzenia tego miejsca, plac zapełniony był w głównej mierze samochodami ze średniej półki cenowej. Czy to dobrze? Moim skromnym zdaniem tak, bo w praktyce - to właśnie takie samochody mają dzisiaj największy zbyt. Aby nie być gołosłownym w swoim tekście, tudzież w mojej opinii - muszę przyznać że w ostatnim czasie, rzeczywiście skorzystałem z usług BSK. Transakcja wymiany wiekowego już samochodu na nowszy, była świetną okazją aby zweryfikować to, jak tytułowy komis działa naprawdę. Sama negocjacja oferty wymiany pojazdów odbyła się w zaskakująco dobrej atmosferze - bez uciążliwych nacisków, bez wytykania typowych jak na blisko czterdziestoletni samochód wad, bez traktowania z góry. W praktyce, mój samochód został wyceniony nieco ponad to, co zakładałem. Oczywiście może być to jednorazowy przypadek, być może trafiłem na ‘dobry dzień’ - niemniej, na podstawie tej właśnie transakcji mogę ocenić sposób wyceny pojazdów klienta bardziej jako pozytywny niż negatywny dla konsumenta. Sytuacja z asortymentem komisu wyglądała całkiem podobnie, bo bez większych starań udało się zbić cenę o całe dziesięć procent. Czy to dużo, czy to mało - to już pozostawiam do Waszej opinii. Jak samochód z szeregów BSK Cars wypadł na tle czasu? Na ten moment - dobrze. Samochód sprawuje się tak, jak powinien się sprawować - ogólnikowo mówiąc, wydaje się być sprawny i stosunkowo zadbany, oczywiście jak na warunki samochodu który w niedługim czasie skończy dwadzieścia lat. Dotychczas nie zaskoczyła mnie żadna awaria, żadna ukryta usterka, żaden defekt o którym bym nie wiedział podczas zakupu. Jak egzemplarz wypadnie na tle dłuższych dystansów? To już pokażą kolejne kilometry. Słowem końca. Komis samochodowy noszący nazwę BSK Cars, w mojej opinii wypada pozytywnie. Transakcja której dokonałem tam przed napisaniem artykułu odbyła się w dobrych warunkach - zarówno w zakresie samopoczucia, jak i rentowności dla mnie jako konsumenta. Samo przedsiębiorstwo cechuje się nieco innym ‘klimatem’ niż większość znanych autokomisów, przede ze względu na to, że fizycznie jest on mniejszy, ale też oferuje samochody w głównej mierze z jednakowej półki cenowej. Sam fakt prowadzenia takiej maści przedsiębiorstwa na świeżym powietrzu, zamiast w zadaszonym pomieszczeniu, niewątpliwie ma swój urok - chociaż to czy jest możemy uznać to za wadę lub zaletę, każdy oceni według własnych oczekiwań. Co warto zaznaczyć, tą to jedynie moje odczucia oraz doświadczenia z komisem samochodowym BSK Cars, więc jeżeli Wasze zdanie jest inne - dajcie znać.
    5 polubień
  20. The Siren Lair Lokal umiejscowiony w Clinton Avenue, Central Vinewood, w którym Panie wolnych obyczajów pokazują swoje wdzięki w trakcie tańców na sławetnej srebrnej rurce, rozpalając tym fantazję mężczyzn i kobiet w mieście aniołów. Miejsce to początkowo zostało otwarte przez Mark'a Wallson'a, jako zwykły bar, który z biegiem czasu rozbudowywano, aż finalnie osiągnął formę klubu go-go po dostawieniu na nieużytkowanej przez żadną kapelę scenie rurek. W swojej ofercie poza wszechstronnie obecnym w takich przybytkach alkoholem, który zazwyczaj współgra z widokiem kobiet i ma za główne zadanie podkręcać libido u mężczyzn, jak obecnie potężnie reklamowane tabletki maca - można znaleźć nietypową przystawkę po której palce klientów są tłuste, jak patelnia po schabowym, a mianowicie pikantne skrzydełka, gdzie znajdująca się w nich kapsalicyna dodatkowo wpływa na mózg, podkręcając tym samym dopaminę do maksymalnego poziomu. Ten klub gogo mimo ciągłego dostawiania w nim rzeczy i rozbudowywania oferty wypadał blado przy królującym w tej dziedzinie lokalu znanym jako Vanilla Unicorn, koniec końców doprowadzając Mark'a niemalże do bankructwa po jego ciągłych wydatkach i niemal znikomych zarobkach, co spowodowało wystawienie tego lokalu na sprzedaż i finalny jego zakup przez Liev Vasin, który powiązany był z lądującymi w mieście aniołów rosyjskimi bandytami. Klub pod nową kuratelą początkowo wygasił wszystko, doprowadzając do kompletnego rebrandingu w którym wyremontowali sam klub, postawili jego stronę, jak też zatrudnili nowe tancerki, zrywając umowy z 65-letnimi Doris, których cycki nie były już pierwszej świeżości i bliżej im było do podłogi niż sufitu. Klub w kompletnie nowym opakowaniu liczył na zawojowanie tej sceny, jak też pokazanie się z najlepszej strony, zapewniając przy tym swego rodzaju świeżość na miejskim rynku. OOC: Witam serdecznie, krótka jednak w miarę treściwa aplikacja który opisuje biznes jakim będzie klub ze striptizem, jednak na chwile obecną nie będziemy celować aby to była konkurencja do innych tego typu miejsc, raczej chcemy zrobić to niszowe miejsce, posiadający swój mało elegancki styl. Innymi słowy mały lokal, ciasno upchany z jedną może dwoma rurkami dla dziewczyn które będą oferować swoje pokazy głownie w weekendy, gdzie w reszcie tygodnia dalej zachowa swoją funkcjonalność, lecz w odmiennej formie oferując drinki, spokojną muzykę i tańczącego peda. Będzie to miejsce nie tylko dla rosyjskich bandziorów którzy pojawili się na vinewood, ale dla każdej osoby chętnej na interakcje i luźniejsza grę. Zdajemy Sobie sprawę że aktualne tancerki na rurkę ze świecą szukać, dlatego chcemy wystartować z właśnie takim modelem, bo nikomu nie będzie chciało grać taniec na rurze przez kilka godzin, codziennie; Dlatego będziemy celować tylko w weekendy - głownie w godzinach wieczornych/nocnych. Link do tematu:strip-club-the-siren-lair Nazwa biznesu/Projektu IC: The Siren Lair Postać lidera: Gabriel Kohlberg UID postaci lidera z panelu gracza: 68090 Nick Discord: adamooficjalnie Link URL do mapy z lokalizacją biznesu/projektu: https://imgur.com/vViLxXA Typ projektu (Biznes/Projekt IC): Biznes Typ biznesu (Gastro, Salon Tatuażu...): Strip Club Wybrany interior* (jeśli nie dotyczy, to n/a): n/a Link do tematu organizacji** (jeśli nie dotyczy, to n/a):
    4 polubienia
  21. 11 pazdziernika okolo polnocy na Mission Row, pod klubem g-spot stal zaparkowany czarny SUV ktorego wlascicielem byl Tre Chaney, na fotelu kierowcy siedziala Sanaa Chaney. rownolegle w tym czasie spod wiaduktu pod autostrada przy skrzyzowaniu miedzy Mission Row, a Davis wyjechal czarny Karin Asterope bez tablic rejestracyjnych z dwoma ubranymi na czarno mezczyznami, ktorych tozsamosci nie ustalono. Zaparkowal w uliczce pod klubem, pod ktorym po okolo 15 minutach Sanaa Chaney weszla do czarnego Gauntleta XS, ktory prowadzil Tre Chaney. Po paru minutach przejechali przez zaulek w ktorym stal samochod, ktory ruszyl za nimi. wjezdzajac na wzniesienie drogi przy wyjezdzie w strone Sandy Shores, rozpoczal ostrzal samochodu w ktorym siedzialy ofiary, mimo odpowiedzi Tre Chaney ktory oddal ogien w strone strzelcow Sanaa Chaney wczesniej postrzelona pare razy wyleciala z samochodu wpadajac pod kola Asterope finalnie tracac zycie. Tre Chaney zginal od serii strzalow w tyl glowy ginac za kierownica Gauntleta, napastnicy jechali przez autostade, skrecili szosa az za Sandy Shores. porzucili pojazd na wzniesieniu szosy, ktory po jakims czasie zaplonal. zgloszono dym widoczny z autostrady dopiero po mniej, wiecej godzinie ze wzgledu na pore i miejsce w ktorym woz splonal. Na miejscu zbrodni znaleziono jedynie luski pistoletu maszynowego scorpion wz.82 i 9mm oraz slady opon. nie znaleziono zadnych odciskow palcow, czy materialow genetycznych na miejscu zbrodni ani w miejscu, w ktorym splonal samochod. Nizej mapa przejazdu samochodu Karin Asterope i przyklad jak moglo wygladac nagranie z kamer CCTV:
    4 polubienia
  22. Written by Gasro - 11/10/2025 Gasro raportuje: jak głupota i chciwość robią z „bossów” żałosne kukiełki Zajechałem na Jamestown Street, bo ktoś wrzucił cynk — dzieje się tam coś, co warto prześwietlić. Myślałem: pójdę, popatrzę, poskładam fakty. Szybko zorientowałem się, że nie ma tu żadnej „sceny” ani „organizacji” do podziwu — jest amatorszczyzna w najczystszej postaci. Kto by pomyślał, że w sercu Rancho znajdę nie gang, a kabaret. Postanowiłem sprawdzić ich metodę działania. Usiadłem, udawałem kupca. Prosty test — zobaczyć, kto i jak reaguje, czy mają łeb do interesu. Podszedł gość, oczko w oku, łapa wyciągnięta — poprosił o kasę „na start”. Dałem mu dwa kafle (2000$) — nie po to, żeby handlować, lecz żeby sprawdzić, czy mają jajca i handel ogarnięty. I co? Typ wziął hajs i bez skrępowania się popisał: prychnął, powiedział kumplom „mam dwa kafle gratis” i poszedł się chwalić. I teraz najlepsze: kumple, zamiast rzucić mu w twarz, że wymiękł, zaczęli gadać między sobą głośno — „sprzedałeś mu towar? Normalny jesteś?”. I to było jak zaproszenie do słowniczka idiotów. Wygadali się sami, że mają towar. Tak, prosto, bez kombinowania, bez logiki — samodzielnie i bezczelnie odsłonili „magazyn”. Prawie wypadłem z auta ze śmiechu. Naprawdę są tak bezmyślni? Historia nie kończy się na ich głupocie. W trakcie tej całej szopki, przy próbie odjazdu, drobna kolizja — nie moja wina, ich chaos, ich przepychaniny. Efekt? 10 000$ szkody, które mnie kosztowało ich brakiem refleksu i zwykłym buractwem. Tak, zapłaciłem za dominujący brak rozumu na Jamestown Street. 10 tysięcy dolarów za nauczkę — i za dowód, że „wielcy gracze” to w rzeczywistości banda amatorków. A wisienka na torcie: ich „towar” poupychany w dupowatych skrytkach — dmuchane lalki, tak samo jak u niektórych z Grove Street. Kreatywność jak u dzieciaka z podwórka. To ma być profesjonalne? To ma budzić respekt? To wygląda jak tania prowizorka, jak wystawka dla idioty, który chciał się zabawić w handlarza. Zrobiłem im fotki — twarze, auta, rejestracje, miejsca skrytek. Jedno ze zdjęć do wglądu, na dowód, że to nie bajka. Opublikuję je, bo nie mam zamiaru chronić ich „anonimowości” ani udawać, że to kwestia honoru. Nie ma honoru w tym, co robią — tylko cwaniactwo i prymitywizm. Dla tych, którzy myślą, że to prywatna sprawa: to ostrzeżenie. Dla tych, którzy sprzedają pierwszy napotkany towar, chowają go w dmuchanej lalce i chlubią się, że dostali dwa tysiące „za darmo” — wstydźcie się. Jesteście żałośni. Dla kumpli, którzy głośno pytają „sprzedałeś mu towar?” — gratuluję: wasza potrzeba chwalipięctwa wystawiła was na tacy. Kilka jasnych punktów, żeby nie było niedomówień: Nie kupujcie tutaj niczego od tych frajerów. Towar poupychany w zabawkach to nie spryt — to brak wyobraźni i respektu dla własnej roboty. Uważajcie na auta na Jamestown Street — mam numery rejestracyjne. Ich fury błyszczą, ale ich rozum to pustak. Policja? Nie liczyć na cud. Oni mają swoje priorytety. Może złapią kogoś, kto przejedzie na czerwonym, ale niekoniecznie tych, którzy chowają towar w dmuchanych zabawkach i robią sobie z miasta prywatny plac zabaw. Na koniec — parę słów do samych „aktorów” tej farsy: skoro już gracie w ten cyrk, to przynajmniej róbcie to porządnie. Nie przyjmujcie kasy i potem głośno chwalcie się kumplom; nie chowajcie towaru w dmuchanych lalkach jakby to był pomysł sezonu; nie róbcie dramy na środku ulicy, bo ktoś z ciekawości (albo złośliwości) zajrzy, zrobi zdjęcie i powie prawdę. Straciłem 10k — ale zyskałem materiał, dowód i satysfakcję, że obnażyłem kolejną bandę frajerów. Rancho, Jamestown Street — okolica, gdzie głupota i chciwość ciągną się jak smród z rynsztoku. Uważajcie, komu dajecie hajs. I więcej rozumu, mniej parady felg. A teraz kilka słów o policji, bo jak zwykle — ich „reakcja” zasługuje na osobny rozdział. Na Jamestown Street mogłoby się palić, strzelać i fruwać towar w powietrzu, a oni i tak pojawiliby się dopiero wtedy, gdy skończą swoje pogawędki pod stacją. Patrol przejeżdża, spojrzy, pokiwa głową i jedzie dalej — jakby to wszystko było tylko tłem do ich spaceru. Nie wiem, czy to kwestia lenistwa, braku odwagi czy po prostu priorytetów postawionych do góry nogami, ale wygląda to tak: gdy na Rancho dzieje się syf, policja udaje, że nie widzi. Za to jak ktoś przejedzie 60 mph w strefie pięćdziesiątki, to nagle cała jednostka w gotowości — radiowozy, światła, kontrola prędkości. Wtedy są szybcy, wtedy mają refleks. A tu? Gdy handlarze bawią się w półmafijnych cwaniaków, chowają towar w zabawkach i robią cyrk na środku ulicy — cisza. Żadnych interwencji, żadnych patroli. Tylko puste obietnice, że „sytuacja jest monitorowana”. Monitorowana? Nie rozśmieszajcie mnie. Pozostałe zdjęcia pozostawiam sobie... Rozwieszam nad kominkiem i śmieje się jak działają lokalni gangsterzy... Ah... mocne słowa... I w dowód na to, że w przeciągu godziny dowiaduje się więcej nic Policja w ogóle Gasro — ten, który woli zapłacić i pokazać wam, że nie jesteście tak cwani, jak myślicie. @tdwludzietu
    4 polubienia
  23. **Z rana było widać jednego z właścicieli kręcącego się przy lokalu.** **Niedługo przed otwarciem zaczynają zjeżdżać się zamówione produkty - suplementy, napoje. Przed lokalem widać sporo porozrzucanych kartonów, kontener na śmieci wypełnia się.**
    4 polubienia
  24. 4 polubienia
  25. **Na stronie internetowej thepaletobeacon.com pojawił się nowy artykuł.**
    4 polubienia
  26. **Mieszkancy Paleto zniecierpliwieni probuja uzyskac odpowiedz o otwarciu lokalu. Na szczescie ten juz stoi, praktycznie gotowy. Kraza pogloski, ze flash opening bedzie w sobote w godzinach wieczornych.**
    4 polubienia
  27. **Na kolejny dzien Jason zdzwonil sie z handlarzykiem od sprzetu - dogadali dokladnie miejscowe, pojechal tam z Anthonym Moonbeamem.**
    4 polubienia
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę. Warunki użytkowania Polityka prywatności Regulamin