Kiedyś był tu Seven-Eleven prowadzony przez jakiegoś lokalsa, który jeszcze wierzył w sens liczenia drobnych. Sklep zdechł tak samo, jak pada wszystko w tej części miasta - z braku klientów i nadziei. I z powodu kurewsko wysokich opłat. Lokal wpadł potem w ręce Pagan’s MC, którzy chcieli otworzyć tutaj miejsce o nazwie Lowkey Pub. Mieli zamysł, mieli obrotną właścicielkę Angie Palmer. Mieli wszystko, czego potrzeba, aby stworzyć na El Burro Heights miejsce, które ma rację bytu. Problem w tym, że w Burro wizje zderzają się z rzeczywistością szybciej i mocniej niż szklana butelka z czyjąś mordą. Pagansi poszli do piachu, a po planach Angie Palmer zostały ślady - wypalone ściany, noże powbijane w losowych miejscach i mnóstwo dziur po kulach, które zostawił tu niedawno jako podpis. To wszystko stanowi wizytówkę i jednocześnie antyreklamę odwiedzanego przez roboli miejsca. Teraz knajpę prowadzi Cindirella Ramos - dziewczyna stąd, z El Burro Heights. Anielska twarz tworzy maskę, za którą chowa się wyrachowana i zimna sucz, doskonale wiedząca z kim pić, a kogo omijać szerokim łukiem. Ma paskudne usposobienie, nikt jej nie podskakuje. Cindy wie, jak czytać ludzi - jednym spojrzeniem zmierzy ci duszę i portfel, zanim zdążysz otworzyć usta. Za barem porusza się jak królowa brudu, dolewając taniej whiskey do coli, mieszając drinki, które smakują tak, jak wyobrażasz sobie napój, który ma zmyć ci z ust posmak taniej prostytutki.
Sam bar wygląda, jakby najlepsze lata miał już za sobą. I te średnie lata też. W kątach unosi się smród rozlanego piwa, wytarte stołki trzeszczą jak stare kości, a na podłodze lepko od wszystkiego - potu, krwi, rumu. Miejsce jest magiczne, bo jak raz tu wejdziesz, to masz wrażenie, że już nigdy się nie wydostaniesz czysty. Ale ludzie wracają, niby z uwagi na klimat tego miejsca. W rzeczywistości mogą tu tanio się najebać i zapchać kichę. Flaszka stoi zawsze na barze, czeka na każdego, kto ma choć kilka dolarów. Można zjeść coś, co Cindy nazywa obiadem: ociekające tłuszczem burgery, gumowe frytki z hurtowni, mięso, które nigdy nie stało obok prawdziwego mięsa. Dla zaprzyjaźnionych klientów pojawiają się opcje extra - panienki kręcą się po kątach, zbyt młode, żeby tu siedzieć, i zbyt ograniczone, żeby iść gdziekolwiek indziej. Pachną tanimi perfumami zmieszanymi z potem i dymem, a w ich oczach widać chęć zarobienia przynajmniej tyle, aby móc się skuć i zapomnieć o przytłaczającej codzienności i wiercącym dziurę w głowie braku perspektyw.
Nie tylko lokalsi ciągną tu, żeby zatopić się w szklance i zapomnieć, że życie to pasmo porażek. The Rusty Mule to punkt obowiązkowy dla robotników z pobliskich fabryk, magazynów i szybów naftowych - zmęczonych, umazanych smarem i pyłem, z rękami zmarnowanymi od codziennej, ciężkiej roboty. Wpadają tu po zmianie, w brudnych kombinezonach, siadają przy stolikach i piją, póki starcza im siły, żeby podnieść szklankę i powstrzymać ewentualne wymioty. Dla nich ten bar to przedłużenie dniówki, tylko zamiast maszyn, mają alkohol, łatwe kobiety i Cindy, która wie, kiedy się uśmiechnąć, a kiedy uspokoić sytuację ostrzonym każdego ranka nożem kuchennym.