Skocz do zawartości
 
GRACZY ONLINE

dzonny

Gracz
  • Postów

    131
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez dzonny

  1. Projekt ma być miejscem stworzonym dla postaci z całego serwera, które w jakiś sposób chcą utożsamić się z El Burro Heights: przesiadywać tam i współtworzyć miejsce, brać udział w jakichś wątkach kreowanych przez postaci grające tam lub po prostu mieszkać i stamtąd dojeżdżać do pracy. Miejsce samo w sobie ma mega potencjał, jest zajebiście klimatyczne i można tam zbudować sporo fajnych rzeczy. Jeżeli chodzi o core projektu - jest to kilku graczy grających postaci z kategorii white trash, które identyfikują się z tą dzielnicą i które na niej aktywnie grają. Cała reszta zależna jest od graczy, których serdecznie zapraszamy do wspólnej rozgrywki - choćby symbolicznej. Od lat lubimy grać postaci typu white trash (niekoniecznie skinhead) i planujemy też tak zagrać tutaj. Wasze postaci mogą pochodzić zewsząd, pracować wszędzie gdzie chcą i grać przy takich organizacjach przestępczych, jak wam pasuje. Konsekwencje wyboru swojej ścieżki życiowej mogą wyniknąć jedynie drogą IC, np. jeżeli wasza postać to gliniarz, który postanowił zamieszkać w okolicznym roju ćpunów lub czarnoskóry gangus, który gardzi białasami. W kontekście IC dzielnica zamieszkiwana jest głównie przez białych i latynosów, którzy się między sobą odlat genetycznie mieszają. Budynek wybrany pod projekt jest pustym budynkiem, który zamieszkiwać będzie starszy gość nazywany przez wszystkich "Wujkiem Jerrym". To gość, który przeżył na El Burro Heights całe życie - był obecny przy jego nielicznych wzlotach i licznych upadkach, przeżył kilka grup przestępczych operujących w rejonie i po prostu wie co się dzieje na ulicy. W związku z tym wychodzi ludziom na przeciw i pomaga im wyjść z kryzysu bezdomności oraz pomaga innym, którzy potrzebują po prostu przenocować na kilka nocy. W rzeczywistości będzie pełnił funkcję spawnu dla osób, które potrzebują przez kilka dni spawnu na El Burro Heights, a gdy zdobędą kasę to kupią sobie własne lokum.
  2. Podbiję to ponownie, bo większość pewnie nie przeczyta: Projekt ma być miejscem stworzonym dla postaci z całego serwera, które w jakiś sposób chcą utożsamić się z El Burro Heights: przesiadywać tam i współtworzyć miejsce, brać udział w jakichś wątkach kreowanych przez postaci grające tam lub po prostu mieszkać i stamtąd dojeżdżać do pracy. Miejsce samo w sobie ma mega potencjał, jest zajebiście klimatyczne i można tam zbudować sporo fajnych rzeczy. Jeżeli chodzi o core projektu - jest to kilku graczy grających postaci z kategorii white trash, które identyfikują się z tą dzielnicą i które na niej aktywnie grają. Cała reszta zależna jest od graczy, których serdecznie zapraszamy do wspólnej rozgrywki - choćby symbolicznej. Od lat lubimy grać postaci typu white trash (niekoniecznie skinhead) i planujemy też tak zagrać tutaj. Wasze postaci mogą pochodzić zewsząd, pracować wszędzie gdzie chcą i grać przy takich organizacjach przestępczych, jak wam pasuje. Konsekwencje wyboru swojej ścieżki życiowej mogą wyniknąć jedynie drogą IC, np. jeżeli wasza postać to gliniarz, który postanowił zamieszkać w okolicznym roju ćpunów lub czarnoskóry gangus, który gardzi białasami. W kontekście IC dzielnica zamieszkiwana jest głównie przez białych i latynosów, którzy się między sobą odlat genetycznie mieszają. Budynek wybrany pod projekt jest pustym budynkiem, który zamieszkiwać będzie starszy gość nazywany przez wszystkich "Wujkiem Jerrym". To gość, który przeżył na El Burro Heights całe życie - był obecny przy jego nielicznych wzlotach i licznych upadkach, przeżył kilka grup przestępczych operujących w rejonie i po prostu wie co się dzieje na ulicy. W związku z tym wychodzi ludziom na przeciw i pomaga im wyjść z kryzysu bezdomności oraz pomaga innym, którzy potrzebują po prostu przenocować na kilka nocy. W rzeczywistości będzie pełnił funkcję spawnu dla osób, które potrzebują przez kilka dni spawnu na El Burro Heights, a gdy zdobędą kasę to kupią sobie własne lokum.
  3. Amarillo Vista to nie jest żadna ulica. To paskudna, ropna rana, która nigdy się nie goi. Fabryki wyją, ciężarówki toczą się jak zdechłe konie, a ziemia jest nasiąknięta benzyną, smrodem spalenizny i kwaśnym, chemicznym potem. Kto tu trafi, szybko widzi, że Los Santos to dwa światy - jeden świeci neonami i lśni lakierem od luksusowych fur, drugi tonie w kurzu, pyle i smrodzie taniego alkoholu. Amarillo Vista należy do tego drugiego. Okolica? Krzywe domy, obdrapane, z popękanymi oknami. Wyglądają, jakby już dawno chciały się rozsypać. W środku nie ma nic - parę plastikowych krzeseł, telewizor, który działa tylko wtedy, kiedy ktoś uderzy pięścią w bok. Za cienkimi ścianami słychać kłótnie, trzask rozbijanych butelek, czasem płacz jakiegoś szczyla. Dzieci uczą się szybciej niż gdziekolwiek indziej - nie jak czytać, tylko jak uciekać przed radiowozem, jak rozpoznać, kiedy sąsiad wraca naćpany i kiedy lepiej nie patrzeć temu psycholowi w oczy. Peckerwoodzi wciąż tu wiszą, jak duchy. Fizycznie ich nie ma, ale pozostaną w głowach lokalsów na zawsze. Ludzie nadal mówią o nich szeptem, bo ich ksywki brzmią jak przekleństwo i klątwa z zaświatów. Przez lata zdążyli opanować wszystko - sklepy, knajpy, ulice. Wystarczyło, że ktoś z nich podszedł, i już wiedziałeś, że musisz zapłacić albo naładować mu kałdun za friko. Ochrona - tak to nazywali, jakby ktokolwiek mógł być tu bezpieczny. Ochrony potrzebowano w pierwszej kolejności przeciwko nim. Jak zaczynali ładować w siebie metę, to zamieniali się w zwierzęta. Puste oczy, ślinotok, ręce gotowe łamać kości za byle słowo. Nie byli ludźmi, tylko maszynami, które karmiły się przemocą i chemią. Pierwsze skrzypce na ulicy zawsze grał Butcher - okoliczna, upiorna legenda, której boją się wszyscy i do której każdy gnojek chciał się upodobnić. Dzieciaki patrzyły na to od zawsze. Widziałeś takich gówniarzy na rogu - jedenaście, dwanaście lat, już z papierosem, już z towarem w kieszeni. Wiedzieli jedno - szkoła to ściema, zawód to dla frajerów. Na El Burro Heights zarabiasz tylko wtedy, kiedy coś ukradniesz albo komuś zajebiesz. Tak samo ich starzy - bez pracy, z piwem w ręce, z igłą w żyle. To była ich edukacja - szkoła życia. Dziewczyny? W zasadzie to matki, siostry i córki. Stoją na rogach w tanich sukienkach, nogi mają w siniakach, oczy podkrążone. Nie ma w nich glamouru, nie ma seksapilu. Jest tylko mięso gotowe nadstawić się za pół-darmo. Klient podjeżdża, szyba się opuszcza, parę słów i już znikają w ciemności. Najtańsze w mieście, sprzedawane jak chleb w sklepie. Prostytucja nie jest tu karą. To sposób na życie, zresztą taki sam jak praca na stacji benzynowej czy w fabryce części samochodowych. Ten mental to dziedziczna choroba, która przechodziła ze starych na ich upośledzone emocjonalnie dzieci. El Burro Heights i Amarillo Vista to nie miejsca do życia. To miejsca, które cię zjadają, przeżuwają, trawią. Potem cię wyrzygają, a ty zostajesz w tym wszystkim sam. Smród benzyny, tanie piwo, narkotyki, bójki. Bezrobocie. Marzenia? Nie ma. Tu się nie marzy. Tu się przeżywa, dzień po dniu, jak szczur w kanałach, który szuka czegokolwiek, by nie zdechnąć tej nocy. Daisy Liddell. Miała szesnaście lat, kiedy poznała Ace’a Chuckaby’ego. Szwalnia, smród potu, hałas starych maszyn i matka, która od lat siedziała przy igle, jakby była do niej przyspawana. Daisy chciała czegoś innego, myślała, że jeszcze ucieknie, że zrobi własny szyld, otworzy zakład, który da jej pieniądze, a pieniądze dadzą jej godność. Nie mogła się bardziej pomylić. Ace pojawił się nagle, pachniał tanim piwem, był głośny i miał ten rodzaj pewności siebie, który bierze się z pustki w głowie Zakochała się w nim jak głupia - był otwarty, sprawiał wrażenie groźnego i ważnego, lokalny cwaniak. Łobuz kocha przecież najbardziej. Mając dwadzieścia dwa lata, zaszła w ciążę i bajka, którą pisała sobie w głowie Daisy skończyła się z dnia na dzień. Ace się posypał jak domek z kart, bo życie zaczęło wymagać od niego więcej niż tankowania whisky i pierdolenia głupot. Zaczął pić na umór, dzień po dniu, aż po facecie został tylko żałosny, obszczany w kroku żul. Daisy patrzyła, jak wszystko, co sobie wyobrażała, wali się z hukiem. Co ja zrobiłam - ja pierdole.. dudniło jej w głowie jak mantra. Któregoś razu dostała taki wpierdol, że przyjechało po nią pogotowie. I wtedy weszły pigułki. Oxy - cudowny lek na ból, na wstyd, na to, że codzienność przypomina jebany koszmar. Najpierw jedno opakowanie, potem drugie. A potem ona sama - brudna, w obsranym pampersie, snująca się po okolicy jak zombie i czekająca na kolejną dawkę. Nie było już marzeń, nie było przyszłości. Była chemia i otępienie. Ace zniknął. Po prostu wyszedł. Plotki mówiły, że ktoś go znalazł w rowie za miastem, spuchniętego, z butelką w ręce. Ciała nigdy nie zidentyfikowano, bo leżał tam w pełnym upale kilka dni z rzędu. Ale to przecież biały śmieć - po co ludzie mieliby zawracać sobie głowę truchłem jakiegoś jebanego śmierdziucha. Może to prawda, może nie - nikt nie sprawdzał. Nikogo to tak naprawdę nie obchodziło. Buck, ich syn, dorastał sam i wychowywał się sam. Patrzył na matkę, która już dawno przestała być matką, i nauczył się, że świat jest zimny, pusty i brutalny. Że albo coś komuś podpierdolisz, albo to ciebie zostawią w samych skarpetkach. Że szybciej dostaniesz szacunek za nóż w kieszeni niż za pracę w warsztacie. Został tym, czym El Burro Heights robi z dzieciaków - młodocianym gangsterem, złodziejem, dilerem - chłopakiem bez przyszłości, który myśli, że jest nieśmiertelny. Z jednej strony widział perspektywę ojca i matki - nieporadnych, żałosnych - tych, którzy przegrali z grą zwaną życiem. Z drugiej strony - perspektywę peckerwoodów - mieli siano, władzę i lokalny autorytet. Wybór jak między kiłą, a cholerą. Dom był pusty, lodówka pusta, przyszłość pusta - więc Buck nauczył się, że jedyne, co zostaje, to kraść. Najpierw drobiazgi - batoniki ze sklepu, drobne z samochodów, butelki z monopolowego. Potem zegarki i portfele. I tak się zaczęło. Wybrał peckerwoodów. Poszedł w ślady starszych kolegów i sam szybko wpakował się w niezłe gówno. W końcu przyszły narkotyki. Najpierw jako towar - małe paczuszki sprzedawane dzieciakom na rogu, żeby starczyło na jedzenie i nowe ciuchy. Potem jako codzienność – bo trudno handlować towarem, którego sam nie próbujesz. Crack, prochy, biały cukier. Buck wciągał, jarał, łykał - cokolwiek dawało chwilowe poczucie, że jest kimś więcej niż dzieckiem z rynsztoka. Ksywkę Bucket przypięli mu ziomale - niby od imienia, niby od tego, że crack i meta szły przez jego łapy całymi wiadrami. Najpierw go to wkurwiało, czuł się jak pajac z podwórka. Ale potem dotarło do niego, że w tym gównie lepiej mieć ksywę, która brzmi jak żart, niż taką, którą gliny będą wpisywać do raportów, kiedy cię złapią i wsadzą do stanowego. Z glinami nigdy nie gadał i gadać nie będzie. Każdy badge to dla niego sygnał, że istnieje świat, w którym nigdy nie będzie miał prawa bytu. Świat czystych chodników, rodzinnych grilli i normalnych ludzi. A Buck? Buck zawsze będzie śmierdział spaloną gumą, fast foodem i tanimi fajkami dopalanymi do filtra. Kiedyś był tylko obwisłym, tłustym workiem do bicia, wiecznie obitym, z gębą jak księżyc w pełni. Ale potem pojawili się Calaveras MC, do których lgnęli jego bliscy ziomale. Towarzystwo pokazało mu, że nawet jak jesteś nikim, to możesz wyglądać na kogoś. Wystarczy igła, steryd w dupsko i nagle zamiast kulki sadła masz bary jak niedźwiedź grizzly. Dziś Buck wygląda jak byk naładowany hormonami - szyja jak klocek, ryj spuchnięty od koksu i testosteronu, spojrzenie, które próbuje udawać zimne, a w środku to dalej ten sam zaszczuty grubasek z dzieciństwa. W głowie cały czas siedzi mu matka - przećpana menelka, której nienawidzi bardziej niż kogokolwiek. Myśli, że jest od niej lepszy, że wyszedł na ludzi. A tak naprawdę sam idzie dokładnie tą samą drogą - ćpuńska równia pochyła, tylko z większą pompą i trochę droższym towarem. I bez balastu w postaci gnoja na pokładzie. Nie był sam. W El Burro Heights każdy taki jak on znajdował swoich. Buck miał Borisa Kravtsova - ciężką pięść i zero mózgu, ale był jak starszy brat. Miał Barneya Burnsa - wiecznie spłukanego cwaniaka, który robił wszystko, aby przypodobać się swojej dziewczynie - lokalnej cichodajce Lucy. Swoją drogą niezła ironia losu, bo puściła się z motocyklistą - członkiem jakiegoś klubu i pierdolnęła Barrego w kąt. I Austina Millera - narwanego, zimnego. Tego, który zawsze miał plan, kiedy reszta chciała tylko napierdalać się po pijaku. To była jego ekipa, jego bracia, jego rodzina zamiast rodziny. Później doszedł Shane Moore - chłopak z innej dzielnicy, więc na początku traktowany jak obcy, podejrzanie, z dystansem. Raz zlali się z Barrym na maskę jego fury po babce. Ale po paru bójkach, paru nocach spędzonych razem na melinie, kiedy krew i rum lały się równie łatwo - wszedł do ekipy. Razem robili wszystko. Bójki pod barami, włamania do magazynów, awantury z przypadkowymi przechodniami. Wszędzie ich było pełno, a im więcej problemów robili, tym bardziej czuli, że żyją. Policja miała ich w notesach od dawna - każde nazwisko, każda twarz. Okoliczne pojeby - tak się o nich mówiło. Znani, bo wchodzili w każdą zadymę i zawsze zostawiali za sobą bałagan. Buck nie został bohaterem. Został ulicznym bandytą, który zamienił marzenia matki o zakładzie krawieckim na brudne pieniądze, szybkie działki i niekończący się strach, że któregoś dnia trafi za kratki albo wyląduje twarzą w rynsztoku - tak samo jak jego zdezelowany tanią wódą stary. Chuckaby, Burns, Kravtsov i Moore poszli w robotę dla Żniwiarzy, lokalnego klubu motocyklowego, który ciągnął brudne interesy w całym Los Santos. Tam była kasa, towar, prestiż - cokolwiek oznaczało prestiż w miejscu takim jak Amarillo Vista. Ale wszystko, co dobre, w końcu się idzie pierdolić. Federalni zrobiło nalot, wyciągnęło Żniwiarzy jak szczury z kanału. Posypały się zarzuty: zorganizowana grupa przestępcza, narkotyki, haracze, morderstwa. Kto mógł, ten uciekł, kto nie - zgnił w areszcie. Klub przestał istnieć w jednej chwili, jakby ktoś wyciągnął wtyczkę z kontaktu. Boris, Barney i Shane nie zamierzali zostać na lodzie. Zakręcili się wokół nowej, silnej grupy w mieście - do jednoprocentowego klubu motocyklowego Calaveras Rojas. Nowe kurtki, nowe barwy, nowe zasady. Z perspektywy ulicy - upgrade. Lepsze układy, lepsze zlecenia. Buck patrzył na to jak na zdradę. Nie mógł im wybaczyć. Twierdził, że sprzedali El Burro Heights, że wyrzekli się tego syfu, z którego razem wyrośli. Bolało go to, że został tylko on i Austin. Ale czas zawsze leczy rany. Buck po jakimś czasie przetłumaczył to sobie w głowie - że tak musiało być, że każdy szuka dla siebie lepszej dziury, że może oni naprawdę potrzebowali nowego początku. Wściekłość opadła, ale blizna została. Chłopaki nigdy nie opuścili tak naprawdę El Burro Heights - po prostu zakręcili się wokół typów, którzy dali im poczucie bezpieczeństwa. Choćby namiastkę. Na ulicy został tylko on i Austin Razor Miller. Razor - jedyny, który nigdy go nie opuścił. Dwóch ostatnich z paczki, dwie zgniłe dusze trzymające się kurczowo asfaltu El Burro Heights. Dwa psy bez pana, którzy dalej chodzili tymi samymi ścieżkami, gdzie reszta dawno klubowy trykot. Martha Dickens latami ścierała gówno geriatryków w lokalnym szpitalu. Całe dnie poza domem, zbierała w mopa resztki czyjegoś życia i wracała do dzieci, które ledwo ją pamiętały. Kochała je jak umiała, poświęcała ostatnie centy, choć sama czasem nie miała co wcisnąć do gęby. To ona dawała im choć odrobinę bezpieczeństwa w świecie, który wyglądał, jakby nienawidził każdego z nich. Ojciec, Dale Miller, był zupełnym przeciwieństwem matki. Cyniczny, zimny, z goryczą w oczach po wypadku, w którym stracił siostrę. Chlał jak szalony, przepierdalał kasę na zakłady, czasem podejmował legalną robotę, żeby kilka godzin później znów wpakować wszystko w automaty albo w butelkę. Dom był piekłem - krzyki, pięści, psy, które słuchały tylko jego, a dzieci musiały wyczuwać każdy ruch, żeby nie oberwać od zapijaczonego starego. W czterech ścianach nie mieli nikogo poza sobą i stadem psów, które dawały im choć trochę ciepła. Bieda była codziennością. Wakacje? Rzadko. Tylko czasem wyjazd do ojca Marthy w Północnej Karolinie dawał im namiastkę dzieciństwa, którego w domu nie zaznali nigdy. Potem przyszła śmierć matki i dom kompletnie się rozleciał. Ojciec stoczył się jeszcze niżej, dzieci zostały same. Darren padł ofiarą naćpanego peckerwooda - temat numer jeden na Amarillo Vista przez cały rok. Podobno dostał w cymbał tak mocno, że pękły mu gałki oczne. Matthew poszedł do wojska i tyle go widzieli. Odciął się od rodziny. A Austin… Austin został. Sprzedawał towar na ulicy, trzymając starego przy życiu, bo nikt inny nie miał siły ani ochoty. Wyrósł na chłopaka zimnego jak lód i wyrachowanego jak żydowski księgowy. Wiedział, że miłość i dobroć w Amarillo Vista to luksus dla frajerów. Sprzedaż narkotyków była jego codziennością, a uliczny, niepisany kodeks jedyną zasadą, której hołdował. Lojalny wobec tych, którzy zostali, szybki w decyzjach, twardy - bo w El Burro Heights sentymenty nie działają. Buck Bucket Chuckaby i Austin Razor Miller szybko zrozumieli, że tu nie ma miejsca na pierdolenie - albo grasz grubo albo gnijesz w rynsztoku. Pierwsze nocne gotowanie narkotyków wyglądało jak szkolna lekcja dwóch cofniętych w rozwoju małp - garnki, kuchenki, gazy, pył, który gryzie w oczy i nos, ręce czarne od chemii oglądanej na vimeo. Crack, prochy, wszystko, co dawało haj i kasę szybciej niż jakiekolwiek inne gówno w tym mieście. Rzadko sypiali. Ulice wołały, a dziewczyny, które spotykali, były tu od zawsze - dzieciaki z podwórka, córki koleżanek matek, czasem nawet stare rury, które były równolatkami matek bandziorskiego duetu. Chłopaki razem chodzili na rogi, razem wciągali syf, razem wchodzili w tanie ciała i tanie haje. Zostawiali za sobą tylko dym, syf i smród agresywnej ignorancji. Pewnego wieczora wpakowali się na gościa, który myślał, że może im się postawić. Chcieli go ojebać na kasę. Niby szybka akcja i niewielkie ryzyko, ale facet był zbyt głupi, żeby zrozumieć, że na El Burro Heights nie ma taryfy ulgowej. Bucket i Razor byli już na haju - adrenalina, meta, crack i chuj wie co jeszcze. Wzięli go na bok i jebnęli tak, że facet do końca życia sikał krwią. Stali się lokalnymi cwaniaczkami. Sprzedawali towar swoim dawnym znajomym, rodzinom, dzieciakom z rogu - wiek nie miał znaczenia. Masz kasę? Masz towar, czyli wszystko, czego potrzebujesz. Burro należało do świeżej krwi i każdy, kto o tym zapomniał, kończył z łbem w krawężniku. Stary Razora miał tę zaletę, że prowadził do domu psy. Behawiorysta? Pierdolenie dla elit. Według ich logiki, pies miał być groźny i miał pilnować kwadratu. Zaczęli organizować walki psów - krew, szczęk zębów, wrzaski - w garażach, piwnicach, opuszczonych magazynach. Pieniądze wpadały szybko, adrenalina paliła krew, a reputacja Bucka i Razora rosła. Młode gnidy uczyły się od nich, że życie to napierdalanie i branie wszystkiego, zanim ktoś zrobi to pierwszy. Broń przyszła później. Nie po to, żeby strzelać, tylko żeby zastraszać. Pistolet w kieszeni, stara strzelba. Wystarczyło, że ktoś spojrzał krzywo, a mogło skończyć się tak, że leżał w kałuży własnej krwi. Zasady na El Burro są jasne - jeden zły ruch i możesz pojawić się na stronie Daily Globe. W zakładce z nekrologami. Razor to żywa definicja swojego osiedla. El Burro Heights - miejsce, gdzie auta zaparkowane wieczorem, o poranku tracą swe szyby i felgi, gdzie trawa na trawnikach gnije razem z butelkami po tanim piwie, a ściany domów pękają od wilgoci i braku kogokolwiek, kto by się tym przejął. On sam wyrósł z tego syfu. Matka mu zmarła na raka, brat Darren został zmielony przez jakiegoś naćpanego małolata z gangu. Został ojciec, człowiek zmęczony, nieobecny i a Austin - chłopak, nad którym los nigdy nie miał litości. Nikt go nigdy nie pytał co chciałby robić w życiu albo kim chciałby zostać jak dorośnie. To było ustalone, zanim zdążył pomyśleć. Najpierw bójki, potem alkohol, a potem już cała reszta: prochy, dilerka, włóczenie się z lokalnymi oprychami. Niby wiedział, co to znaczy ciężka robota - zarywał noce, kombinował, żeby być lepszy, szybciej zarobić, sprytniej ograć - ale sam tonął w tym, co sprzedawał. Od zawsze był samotnikiem. Grupy go męczyły, gangi nudziły, najlepiej czuł się, jak miał wokół siebie ciszę i parę sprawdzonych osób. Był szybki, impulsywny, i właśnie to przyniosło mu ksywkę Razor - kiedyś pociął nożem włamywacza, który chciał zajebać coś z garażu ojca. Austin uczył się na własnych błędach, a jego szkołą były przepisy na gotowanie prochów. Zbierał je, eksperymentował w garażu - miejscu, do którego ojciec dawno już nawet nie zaglądał. Gotował, ćpał, a to, co mu zostało, puszczał dalej - czasem tak zwyczajnie, na schodkach u sąsiada. Buck i Austin stali się symbolem brudu Amarillo Vista. Chemia, krew, alkohol, tanie dziwki z podwórka i psy, które walczą w piwnicach. Tu nie ma bohaterów - są kundle bez pana, które wiedzą, że przetrwanie wymaga wszystkiego: jebania kumpli, niszczenia dzieciństwa i każdej nadziei, że życie może być normalne. White trash (białe śmieci) - słowa, które śmierdzi starym browarem i tanim papierosem, które kłuje w uszy jak rzucona butelka. To określenie na biednych białych - tych, co nie mają nic oprócz podbitego wzroku, popsutego domu i braku perspektyw. Moralność? Standard życia? Zapomnij. Tu wszystko jest tanie, wątpliwe i zardzewiałe, jak rura w piwnicy. Pojawiło się ok. dwustu lat temu i miało oznaczać tych, którzy nie są nic warci w oczach świata. Historia Ameryki pełna jest takich podziałów: ziemia, własność, pieniądze - kto nie miał, był nikim. I tak zostało w głowach ludzi, jeszcze długo po tym, jak zmieniły się rządy i prawo. Kapitalizm. Dziś te słowa nadal kopią po pysku. Rasistowski epitet, używany obok redneck i trailer trash. Ale ciekawostka: niektórzy przyjęli je na siebie. Śmieją się, ironizują, próbują się w tym odnaleźć. Telewizja, komedia, reality show - wszędzie pokazują ich życie, biedne, szarpane, pełne brudu, tanich rozrywek i alkoholu w puszkach. Czasem wychodzi z tego groteska, czasem prawda o tym, jak trudno się wydostać z bagna, w którym się urodzili. I tak zostaje: white trash. Nie po to, żeby mówić elegancko. Po to, żeby czuć brud, biedę, wstyd i dumę jednocześnie. Bo w tym syfie jest jakaś brutalna, pokręcona, dzika logika życia - i jeśli zrozumiesz ją choć trochę, już nigdy nie spojrzysz na biedę tak samo. tekst: dzonny, oprawa graficzna: Niemcu Projekty i biznesy sprzężone z tematem:
  4. El Burro Heights od lat uchodzi za jedno z najmroczniejszych miejsc Los Santos. Z dala od bogatego Vinewood czy luksusowych willi Rockford Hills, tutaj życie wygląda inaczej - to beton, zaniedbane podwórka i rozpadające się domy, które są sceną dla przykrych dramatów zwykłych ludzi. Dzielnica zamieszkana jest głównie przez tzw. białą biedotę (white trash) - rodziny, które od pokoleń żyją na marginesie. Brak wykształcenia i kompetencji sprawia, że bezrobocie osiąga tu wysoki poziom, a frustracja z tego wynikająca często prowadzi do alkoholizmu, przemocy domowej i panującej od lat epidemii narkotykowej. Substancje psychoaktywne są w El Burro Heights wszechobecne - od brudnego cracku po metadon kupowany na czarnym rynku. W zasadzie trudno jest nie potknąć się o strzykawkę. Niemniej jednak, w dzielnicy mieszkają też ludzie, którzy codziennie wstają do pracy - czy to na budowie, w warsztacie, czy w lokalnych magazynach. Dla nich El Burro Heights to nie wybór, a konieczność - tanie czynsze i bliskość miejsc pracy sprawiają, że próbują tu żyć uczciwie, mimo że ich codzienność skażona jest obecnością przestępczości i uzależnień, w które sami często wpadają. Nikogo nie dziwi widok dzieciaków pijących na umór pod płotem sąsiada czy młodych dorosłych, którzy kompletnie naćpani Przez długi czas na El Burro Heights niepodzielnie panował gang San Fernando Valley Peckerwoods. Byli czymś więcej niż grupą przestępczą - stanowili lokalną subkulturę, która wrastała w tkankę dzielnicy i kształtowała ją na przyszłe lata. To oni kontrolowali ulice, wymuszali „podatek” od legalnych i nielegalnych interesów, a ich tatuaże były synonimem strachu. Peckerwoodzi stanowili swoisty kręgosłup przestępczego świata tej części Los Santos. Przez lata to właśnie oni dyktowali warunki, a mieszkańcy, chcąc czy nie, musieli się do nich dostosować. Wchodzenie im w drogę kończyło się tragicznie - od pobić, przez podpalenia, aż po zaginięcia, które nigdy nie były wyjaśnione. Metamfetaminowe potwory wielokrotnie dawały się poznać jako zwyrodnialcy, którzy po wzięciu działki tracili kontakt z rzeczywistością i dokonywali rzeczy, które widuje się tylko w filmach. Dzielnica przez lata pulsowała rytmem wyznaczanym przez ich działalność, a lokalne dzieciaki nasiąkały znanym stereotypem: można wzbogacić się szybko, ale niezgodnie z prawem (albo wcale). Na tle tej brutalnej codzienności wydarzenia z końca sierpnia 2025 roku wstrząsnęły całym wschodnim Los Santos. FBI rozbiło 1-procentowy klub motocyklowy SOUTHERN REAPERS, oskarżając jego członków o udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Naloty, konfiskaty broni, aresztowania - wszystko to odbiło się szerokim echem w El Burro Heights, bo między innymi tutaj klub posiadał swoje powiązania i "terytoria", które wykorzystywał do aktywności przestępczych. Wielu młodych zafiksowało się na punkcie Żniwiarzy - pokazywali się jako silna, lojalna i niezależna grupa, która miała wszystko, o czym młodzik marzy: pieniądze, siłę i władzę. Merch Żniwiarzy był widywany nawet na kilkuletnich dzieciakach, którzy wzorem starszych braci chcieli dla siebie takiego życia - szybkiego, atrakcyjnego i niebezpiecznego. Upadek SRMC dla wielu mieszkańców był momentem symbolicznym i kluczowym: upadek grupy, która przez długi czas budowała swoje wpływy w dzielnicy, oznaczał, że nawet najtwardszych można rozbić. Jednocześnie jednak pojawiła się obawa o próżnię po Żniwiarzach - kto przejmie kontrolę nad tym chaotycznym kawałkiem miasta? Mieszkańcy El Burro Heights nie ukrywają, że ich dzielnica jest trudnym miejscem do życia. Tu zawsze jest ciężko. Człowiek wychodzi z domu i nie wie, czy wróci z wypłatą w kieszeni, czy skończy na pogotowiu - mówi Rick, 43-letni mechanik. - Ale co mamy zrobić? To nasz dom. Tu się wychowałem, tu mam rodzinę i nie wyobrażam sobie mieszkać gdzie indziej. W El Burro każdy zna swoje miejsce. To nie jest piękne życie, ale to nasze życie. Podobne zdanie ma Sandra, samotna matka dwójki dzieci: Wszyscy gadają, że El Burro to bagno. Może i tak, ale dla mnie to bagno, w którym nauczyłam się pływać. Tutaj są ludzie, którzy - mimo całego syfu - nie odwrócą się plecami, gdy masz problem. Nigdzie indziej nie miałabym takiej siatki znajomych, którzy w razie czego pomogą: przyniosą zakupy, odprowadzą dzieci do szkoły, pożyczą parę dolarów. To jest nasza siła. Wielu mieszkańców, mimo narzekania na przemoc, biedę i narkotyki, nie wyobraża sobie opuszczenia dzielnicy. Nie jest łatwo, czasem człowiek dostaje po ryju tylko za to, że spojrzał krzywo. Ale tu ludzie trzymają się razem. To nasza ziemia, nasze zasady - dodaje Tommy, były pracownik magazynu. - El Burro to nie dzielnica dla turystów, ale jeśli się tu wychowałeś, to rozumiesz. To coś więcej niż adres - to tożsamość. Problem uzależnień w El Burro Heights stał się tak poważny, że od miesięcy lokalna prasa i ogólnokrajowe portale biją na alarm. Artykuły w Los Santos Times opisują „epidemię metamfetaminy i opioidów”, która rozlała się po dzielnicy jak trucizna. Dziennikarze piszą o młodzieży uzależnionej od fentanylu, o całych rodzinach, które przegrywają życie przez amfetaminę i crack, o starszych mieszkańcach, którzy „żyją tylko dzięki tanim lekom z czarnego rynku”. El Burro Heights stało się laboratorium uzależnień, miejscem, gdzie narkotyki nie są towarem luksusowym ani przestępczym marginesem, ale codziennością całych społeczności - cytowało niedawno Los Santos Times. Mieszkańcy potwierdzają to wprost: Na każdym rogu możesz kupić towar. Nawet dzieciaki wiedzą, kto sprzedaje. Policja czasem wpadnie, zrobi pokazówkę, ale za tydzień znów wszystko wraca do normy - mówi Eddie, 29-letni mieszkaniec, który pracuje dorywczo przy remontach. Dziennikarskie raporty jednoznacznie wskazują, że El Burro Heights jest dziś symbolem „utraconego pokolenia”, które utonęło w narkotykach i bezrobociu. El Burro Heights pozostaje miejscem niebezpiecznym. Nocą ulice należą do tych, którzy żyją z przemocy i narkotyków, a każdy spacer w ciemnych zaułkach wiąże się z ryzykiem. Patologiczne rodziny, walka o przetrwanie, cienka granica między normalnością a światem przestępczym - to codzienność dla mieszkańców. I choć po akcjach FBI pojawiła się iskra nadziei na zmianę, wciąż trudno uwierzyć, by El Burro Heights kiedykolwiek stało się miejscem bezpiecznym i spokojnym. A jednak, mimo biedy, przemocy i chaosu - dla wielu mieszkańców to właśnie lojalność wobec dzielnicy i sąsiadów trzyma ich tu na stałe.
  5. Powstał nowy projekt IC, jakim jest EcoSphere Project - fundacja ekologiczna, "której celem jest zmienianie świata na lepszy". Oczywiście gracz mający pojęcie o tym jak działają fundacje domyśli się, że otwiera to szerokie spektrum działań i możliwości co do kreowania gry, w tym wątków zarobkowych, dlatego jest to kolejny punkt, o który można zahaczyć chcąc dołączyć do VOSTOKA REBYATA lub po prostu znaleźć wspólny mianownik wokół fabuły własnej postaci oraz możliwości jakie daje ww. miejsce. Może pojawi się ktoś, kto będzie chciał wziąć udział w takim przedsięwzięciu - w takim wypadku proszę o PW na forum do mnie lub do Niemcu z krótką notką co do waszych działań i zamiarów. IC rozwiązujemy to w postaci kontaktu e-mail (pw na forum). Post skierowany raczej do szemranych postaci oszustów i krętaczy aniżeli do silnorękich. Jeżeli twoim zamiarem nie jest dołączanie do organizacji, to musimy mieć opłacalny powód, aby dać ci narzędzia w postaci członkostwa w fundacji.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę. Warunki użytkowania Polityka prywatności Regulamin